Dzień 23, 24, 25

9 wrzesień 2009
Dzień 23, 24, 25

Dzień 23 (~39 km)
Głubczyce - Gadzowice - Rusin - Slezske Rudoltice - Divči Hrad - Jindřichov - Petrovice - Biskupia Kopa

Noc w internacie pełnym bardzo wykształconej młodzieży płci obojga. Znowu miałem szczęście. Dyżurny wychowawca najpierw chciał mnie spławić w deszcz, ale zauważył moje kijki trekkingowe i tylko spytał czy piechur. Ano piechur. Bo on też piechur. A skąd idziesz? A z Użockiej. A to dla piechura miejsce się znajdzie, powiedział, sięgając do magicznej szafki, w której znajdował się klucz do mego szczęścia, czyli suchego pokoju. Szczęście było zresztą podwójne, bo jeszcze pokazał mi skrót na Czechy i dalej na Zlate Hory i Žulovą, dzięki czemu zaoszczędziłem co najmniej pół dnia drogi.

*

Miałem właściwie skupić się już tylko na robieniu kilometrów, jednak pod koniec dnia nie wytrzymałem, zboczyłem z trasy i wlazłem na Biskupią Kopę. Ale moja wycieczka już dawno straciła charakter krajoznawczy, a być może nawet nigdy go nie miała. Być może od początku więcej było w niej wyskoku i wyczynu niż ciekawości natury martwej i żywej? To dosyć cienka granica, bo jednak staram się widzieć i opisywać, chociaż obserwacje siłą rzeczy muszą być powierzchowne. Jak ta dzisiejsza z Czech: ruiny domu na skraju wsi, powybijane szyby w oknach, dziurawy dach, do najbliższego domostwa kilkaset metrów. Samotna, wykluczona rudera. Na brudnym, zagraconym podwórku stadko cygańskich dzieci wokół mężczyzny, chyba ich ojca, który bezskutecznie, lecz hałaśliwie próbuje uruchomić jakieś urządzenie spalinowe, może kosiarkę, może piłę, nie widzę dokładnie. Głęboka bieda. Ujadający pies.



Dzień 24 (~49 km)
Biskupia Kopa - Konradów - Zlate Hory - Mikulovice - Żulova - Przełęcz Piekło

Niby znów cały dzień po asfalcie, ale asfalt jakby miększy, bo czeski, z bocznych dróg i ścieżek, przez małe wsie i miasteczka. Miła odmiana po kilku dniach tępego marszu ruchliwymi szosami. Wieczorem awaria nawigacyjna: zapada zmierzch, a ja nie mogę znaleźć skrótu z Žulovej do Bielic. Kilkanaście lat temu wiele razy tędy chodziliśmy z Kubą, Michałem, Pawłem i Arkiem przez zieloną granicę na czeskie piwo, ale wszystko się pozmieniało - szutrowe drogi pokryto asfaltem, wyznaczono nowe szlaki, polany to już nie polany, ale regularny las. I znowu nieoceniona pomoc od Magdy, która na podstawie mojej stareńkiej mapy Jeseników nakierowała mnie na Przełęcz Piekło (przez telefon na roamingu kosztowało mnie to majątek). Było już zbyt ciemno, by ryzykować zejście do Bielic, więc rozbiłem namiot na przełęczy. Zasypiałem z głową po czeskiej, a mniej szlachetnymi częściami ciała po polskiej stronie granicy. Rano okazało się oczywiście, że kilka metrów od mojego biwaku schodziła do Bielic wygodna ścieżka.



Dzień 25 (~36 km)
Przełęcz Piekło - Kowadło - Smrk - Przełęcz Płoszczyna - Śnieżnik - Międzygórze

- Nie boi się pan tak sam chodzić?
- A czego tu się bać?
- W górach to nigdy nic nie wiadomo.

Zaprawdę powiadam wam, wiele razy w trakcie wycieczki ćwiczyłem ten lub bardzo podobny dialog, jednak tym razem okoliczności były szczególne, gdyż moim rozmówcą nie był ani zażywny emeryt nad Morskim Okiem, ani kuracjuszka w parku zdrojowym, ani drwal w lesie, ani nawet studentka polonistyki w bazie namiotowej, lecz dość zniszczony mężczyzna w prostym drelichowym ubraniu, ze strzelbą na ramieniu i solidnym myśliwskim nożem wetkniętym za połę kurtki. A że miejsce i czas były, by tak rzec, niespecjalnie zaludnione (góra Kowadło, 7 rano), to poczułem się trochę, ale tylko trochę, nieswojo i zacząłem nawet żałować, że przed wyjazdem nie poprosiłem Adama, żeby mnie nauczył kilku morderczych chwytów aikido. Kłusownik. Najprawdopodobniej - albowiem byłem na tyle taktowny, że nie dopytywałem o szczegóły i szybko przekierowałem rozmowę z kwestii BHP na pogodę, przyrodę tudzież drogę na Śnieżnik.

Kilka minut później, obierając azymut na Smrk i ciesząc się, że tym razem nie zostałem rozstrzelany, pomyślałem, że ten biedny człowiek wzbudził we mnie mimo wszystko mniej antypatii niż banda wypucowanych myśliwych, których mijałem dzień wcześniej na drodze na Zlate Hory. Szli sobie wyluzowani w wyprasowanych moro, w kapelusikach z niehomofobicznymi piórkami, wprost błyszcząc wypracowaną w solarium opalenizną, trzymając za szyje martwe kaczki jak pęczki rzodkiewek. Sado-naziści, którzy zabijają dla zabawy i nie przesłoni tego obłudna retoryka o potrzebie regulowania liczebności gatunków itd. itp. Przesadzam? Wystarczy trochę poszperać w Internacie, aby znaleźć zdjęcia z podpisem np. "Piękny lipcowy poranek", przedstawiające polany pełne martwych zwierząt, a następnie porównać je z fotografiami, które robili SS-mani w Auschwitz.

*

Późnym popołudniem Śnieżnik. Podejście od Płoszczyny nieźle mnie wymęczyło, ale wręcz chciałem, żeby nie było za łatwo. Bo od kilku dni już wiedziałem, że ta góra to mój mentalny punkt bez powrotu, i że po niej nic mnie nie zatrzyma.

Na szczycie spotkanie z Rafałem, który pofatygował się tutaj z Wrocławia i przywiózł mi mapy, moralne wsparcie, plotki i rewelacyjne batony. Widząc go, uświadomiłem sobie, że meta jest tuż, tuż. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że Rafał należy do specyficznego i hermetycznego gatunku ludzi - jest administratorem sieci komputerowych, czyli osobnikiem, który w bardzo wysokim stopniu optymalizuje swoje wydatki energetyczne, i który rzadko kiedy podejmuje działania ponad absolutnie niezbędne minimum. To, że Rafałowi chciało się tutaj ruszyć, powiedziało mi więcej o bliskości celu niż mapy, które przywiózł.

Schodząc do Międzygórza minęliśmy Trójmorski Wierch. Rafał, z właściwą administratorom subtelnością, lecz mało oryginalnie, zauważył, że jest to jedyna w Polsce góra, z której można nasikać do trzech mórz - Bałtyckiego, Czarnego i Północnego. Ja nie wiem, co ci faceci mają z tym sikaniem. Śmiem wątpić, by kobiecie przyszło do głowy wspinać się na wzgórze, żeby zrobić siusiu na trzy albo cztery strony świata.

Później pomyślałem, że to jednak bardzo charakterystyczne dla naszego gatunku, któremu sukces ewolucyjny zapewniła wybuchowa mieszanka mrocznych atawizmów i morderczej innowacyjności. Psu wystarczy obiec podwórko i naznaczyć wszystkie kąty, człowiek szcza totalnie, od razu na pół Europy, ale to wciąż ten sam pierwotny terytorializm.

Nie, żebym potępiał. Zresztą mi też kiedyś przyszła podobna myśl do głowy. Na miejscu tutejszych władz postawiłbym na Trójmorskim Wierchu trzy repliki słynnej fontanny Marcela Duchampa, czyli trzy pisuary, ażeby w sposób prawdziwie ludzki uczynić z prymitywnych instynktów wesoły showbusines.

  • Tagi:
  •  

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2009-09-09 19:45

    niezły "spacerek" - ja niedawno po 15 km miałam dosyć... jednak kondycja ostatnio nie ta :( choć nie rozumiem, czemu tak ludzie boją się w górach chodzić sami, za to nocą wracać do domu... nie problem! a tu ciemno, głucho, i ileś tam podejrzanych typków się mija :P

te_em

  • 0/5
  • Ranga: Początkujący odkrywca
  • Płeć:Mężczyzna
  • Fotograf:Nowicjusz

O mnie

Widzę i opisuję ;-)

Zainteresowania: Kultura, Nauka, Podróże, Trekking, Literatura

Aktywności użytkownika

Komentarze: ilość: 30 punkty: 30
Suma 30 30
Zobacz jak naliczane są punkty

Mój blog

Ostatnio odwiedzili mój profil

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się