Angelito

17 maj 2010
Angelito

- Uno, dos, tres… !!! Vamonos !!!- komenderuje indianin.

Juz po chwili, jednak, okazuje sie, ze kolejna proba spelzla na niczym.

Przez pol godziny pieciu mezczyzn brodzac po szyje w wodzie, usiluje przepchnac lodz, w gore dwumetrowej katarakty na rdzawej od tanin, rwacej rio Carrao. Balwany spienionej wody uderzaja w ciala z bezlitosna sila. Co chwile ktos wywraca się na sliskich kamieniach, kogos image147ainnego porywa prad. Niekiedy zdaje sie, iz piroga to raczej oparcie chroniace przed spadajaca z ogromna predkoscia woda anizeli obiekt bezowocnych staran. W trakcie szesciomiesiecznej suszy poziom wody obnizyl się na tyle, iz podobna operacje trzeba bedzie powtorzyc jeszcze ponad dwadziescia razy w trakcie siedmiogodzinnej podrozy w gore rzeki.

Dwoch indian, dwoch Polakow i Wloch decyduja sie zaplacic cene zmeczenia, ran, otarc, guzow, kompletnego przemoczenia ubran i butow dla osiagniecia jednego celu- doplyniecia do Salto Angel- najwyzszego wodospadu swiata.

Jednak ta historia rozpoczela sie gdzie indziej. Jej poczatek mial miejsce szesc dni wczesniej i sto czterdziesci kilometrow dalej w jednym sposrod wielu, zapomnianych przez Boga, wenezuelskich pueblos- La Paragua.

Sawanna- swiat trawy

Miasteczko lezy na koncu miedzystanowej szosy troncal 16. Dalej, na poludnie, znajduje sie rozlewisko rzek tworzone przez laczace sie rzeki Paragua i Chiguao. Stanowi ono brame do swiata rozleglej, trawiastej, niemal niezamieszkanej krainy sawanny.

Po piatej rano, slonce pojawia sie na horyzoncie i od razu rozpoczyna blyskawiczna wspinaczke po niebosklonie. Juz ok. dziewiatej, cienie staja sie tylko malenkimi, zdeformowanymi namiastkami drzew, ktore je rzucaja. Pojecie “slonce w zenicie” nabiera nowego znaczenia- niemal czuje sie ciezar promieni padajacych pionowo na ludzkie barki. Z szaroniebieskiego nieba, na ktorym niepodzielnie kroluje rozpalona biala kula, leje sie nieopisany zar. Wyschnieta ziemia peka, w powietrzu unosi sie zapach plonacych traw, zwierzeta ukrywaja sie w cieniu, z rzadka porastajacych rownine, drzew.

Jedyna droga przecinajaca kraine wije sie niczym potok piasku. Rozowawy pyl zalega w glebokich koleinach, pamietajacych odlegla o pol roku pore deszczowa. Pomimo swiadomosci dystansu, rozleglosc i monotonnosc sawanny przekracza wszelkie wyobrazenia. Nadzieja na ujrzenie za kolejnym zakretem, czy pagorkiem czegos odmiennego, nowego, kojacego nieprzyjemne uczucie kurzu, wypelniajacego nozdrza i szczypiacego w oczy, staje sie niemal obsesyjna. Minuty staja sie godzinami, godziny trwaja niemal wiecznosc, goraco spowalnia nawet czas.

Monotonnie marszu urozmaicaja jedynie, pasace sie gdzie niegdzie stada krow. Spotkanie czlowieka musi laczyc sie dla nich z jakims wydarzeniem, gdyz zazwyczaj obserwuja przechodniow tak dlugo, jak ci pozostaja w zasiegu wzroku. Niekiedy nawet zaczynaja podazac za przechodzacymi ludzmi. Wraz z dzwiekami jakie wydaja, krowy moga wzbudzac rozbawienie. Smiac odechciewa sie, gdy bacznie obserwujace czlowieka zwierze z odleglosci pieciu metrow, okazuje sie byc wielkim, rogatym bykiem.

Posrod bezkresnych, suchych rownin woda okazuje sie bezcenna, a lek o jej brak motywacja do dalszego marszu. Zapasy kurcza sie blyskawicznie, a czlowiek wbrew wszelkim instyktom musi racjonowac zyciodajny plyn. Niekiedy, nadzieja napawaja widziane z daleka IMGP0712akoryta potokow, niestety zazwyczaj okazuja sie one wyschnietymi rowami. Dojscie do jednej z duzych rzek przecinajacych region wlewa w serce piechura radosc, ktora porownywalna jest chyba tylko z uczuciem doswiadczonym przez Zydow po dojsciu do Ziemii Obiecanej. Nieznosna staje sie mysl, ze woda moze nie nadawac sie do picia. I znowu trzeba stoczyc walke ze wszystkimi instyktami, aby podjac dalsza wedrowke oddalajaca od niewyczerpywalnego zrodla.

Wieczorami nadchodzi czas na rozbicie obozu. Znalezienie miejsca, gdzie mozliwym jest  rozwieszenie hamakow, nie nalezy do najprostszych zadan w krainie trawy. Karlowate drzewka o bialych pniach sa wyjatkowo miekkie i kruche. Dlatego tez nierzadko zdarzaja sie bolesne przerwy w snie, w srodku nocy, spowodowane peknieta  nagle galezia.

Wieczor to czas kiedy wreszcie mozna ulec, ogarniajacemu cale cialo, zmeczeniu. Obolale stopy nie musza juz pokonywac kolejnych metrow, ubranie nie drazni obtartej skory, potoki potu przestaja splywac po rozpalonym ciele, a plecy nie uginaja sie juz pod ciezkimi plecakami. W skrzypiacym ogniu, w menazkach gotuje sie woda, na oczekiwany z tesknota posilek.

Nad glowami zas rozciaga sie widok, ktory rekompensuje wszelkie trudy dnia. Widok nocnego, bezksiezycowego nieba, pokrytego milionami gwiazd zebranymi w klebowiska galaktyk, pozwala zatrzymac sie w czasie i przeniesc do swiata snow. Wraz z ciemnoscia nocy rozswietlana tylko przez nabardziej hipnotyczny z zywiolow – ogien, sceneria staje sie surrealistycznym marzeniem- fantastycznym tworem z obrazow Hieronima Boscha.

Chlod nocy nie jest w stanie powstrzymac snu. Te niespokojne kilka godzin na ozywajacej po zapadnieciu zmroku sawannie jest konieczne, aby nastepnego dnia kontynuowac marsz po drodze, ktora wreszcie doprowadzi do tropikalnej dzungli.

Dzungla- swiat drzew

Dzungla widziana z daleka zachwyca swoimi kolorami. Zywa, soczysta zielen, urozmaicaja wielobarwne kwiaty, blekit rzek oraz kolorowe papugi fruwajace nad koronami drzew. Zdjecia znane z katalogow biur podrozy kusza magia tropikow, fantastyczna roslinnoscia i magiczna image109aatmosfera. Na mysl o dzungli umysl zaczyna kreowac przyjemne skojarzenia, laczace sie z obrazami rajskich ogrodow.

Tymczasem wewnatrz selwy jest zgola inaczej. Wyobrazenia rozbijaja sie na pierwszych rafach brunatno- zielonego oceanu. W tropikalnym lesie panuje permanentny polmrok, a widocznosc ograniczona jest do kilku metrow. Rosliny rosna tak gesto, iz nawet z maczeta poruszanie sie jest niezwykle problematyczne. Sciezki przecinajace las stanowia swoiste tunele o niebieskich sklepieniach. Dzungla zyje i robi to w sposob niezwykle niepokojacy. Ciagle szmery, pohukiwania, trzaski, wciaz powtarzajace sie nerwowe ruchy otaczaja czlowieka meczac  i przytepiajac zmysly. Wilgotnosc powietrza uniemozliwia normalne oddychanie, blokuje parowanie potu, potegujac odczowanie goraca paralizujacego ruchy. Ciemnosc i wrazenie zaciskania sie brunatno- zielonego kordonu na waskich sciezkach tworzy klaustrofobiczna atmosfere zamkniecia, niepokoju i leku.

Ucieczka z pacyfikujacego umysl lasu sa rzeki. Stanowia one autostrady dzungli. Podroz piroga po spokojnej, leniwej rio Caroni pozwala spojrzec na otaczajacy las w inny sposob. Umysl uruchamia postrzeganie rzeczywistosci w kategoriach estetycznych. Krotkie chwile spedzane na lodzi pozwalaja odpoczac, wylaczyc sie- w pewien sposob oswoic grozny las.

Da sie to jednak zrobic jedynie we wlasnej jazni. Nie sposob bowiem, oswoic nieoswajalnego. Pazury dzungla pokazuje dopiero noca. image150aDzwieki dnia, po zmroku, zdaja sie zaledwie gaworzeniem niemowlecia. Po zachodzie slonca – nie rozswietlona nawet najmniejszym blyskiem- ciemnosc, rozbrzmiewa potezna, zlowieszcza, wagnerowska symfonia. Tumult otepia zmysly, miesnie napinaja sie, a spocone dlonie zaciskaja sie na nozach i latarkach.

Niekiedy poznym popoludniem gesty las ogranicza czlowieka trudna alternatywa. Niemoznosc rozbicia obozowiska zmusza do podjecia karkolomnej decyzji. Mozna isc dalej sciezka, liczac, iz w koncu trafi sie na jakas polane, czy chocby nieco rzadsza roslinnosc. Mozna tez, zdecydowac sie pozostac na srodku drogi i spac w metrowej koleinie z nadzieja, iz ta nie stanie sie trumna z zaschlego blota. Istnieje takze trzecia mozliwosc- mozna spotkac indian…

Czterech braci wodza

My spotkalismy indian. Prawdziwych, zyjacych na granicy lasu i sawanny indian. Nie, nie… calkiem cywilizowanych- poubieranych i jezdzacych samochodami (a raczej toyotami, bo jak sie okazuje istnieja miejsca na swiecie, gdzie kazdy samochod nazywany jest toyota) indian z plemienia Pemon.

Zyja oni z dala od cywilizacji i bardzo rzadko sie z nia kontaktuja. Tym razem koniecznoscia okazalo sie przewiezienie chorej matki wodza do szpitala.

Siedzielismy na srodku drogi i zastanawialismy sie co zrobic. Ok. w pol do piatej, znalezienie miejsca na obozowisko staje sie nieodzowne. Tymczasem, gesty las uniemozliwial przejscie nawet dwoch metrow, o rozwieszeniu hamakow i przygotowaniu paleniska nie moglo byc mowy. Wiec siedzielismy bliscy podjecia decyzji o  dalszym marszu, ktory wiazal sie z ryzykiem pozostania na noc posrod ciemnej dzungli bez ognia i miejsca do spania, gdy uslyszelismy odlegly dzwiek silnika.

- Fura!?- zapytal Kisiel

- Chyba tak…

Po kilku minutach z lasu wylonil sie bialy pick- up z zawieszeniem bardziej przypominajacym monster trucka anizeli zwykly samochod. Usunawszy pospiesznie rzeczy ze srodka drogi, zamachalismy, a toyota zastygla przechylona o kilkadziesiat stopni na jedna z burt. Czterech mezczyzn, wyraznie zdziwionych nasza obecnoscia, zaczelo zadawac serie pytan w ledwie zrozumialym jezyku stanowiacym mieszanke hiszpanskiego i pemon. Upewniwszy sie, ze nie jestesmy przedstawicielami zadnego biura podrozy, z ktorymi indianie najwyrazniej zyja w kiepskich relacjach, zdecydowali sie zapakowac nas na pake toyoty.

Komfort jazdy w warunakch dzungli w zasadzie nie istnieje. Metrowe koleiny kolysza samochodem niczym wzburzony ocean rybacka lodeczka. Ponadto zwisajace galezie i liany raz za razem smagaja bolesnie po twarzy, podrozujacych z tylu pasazerow.

Objasniwszy wszystkie okolicznosci naszej wyprawy, indianie stwierdzili, stawiajac to sobie niemal za punkt honoru, ze dowioza nas do Canaima – celu naszego marszu, bazy wypadowej do Salto Angel.

Wczesniej jednak musielismy dojechac do ich wioski. Osmiogodzinna droga przez dzungle na rzucanym we wszystkie strony samochodzie, niezwylke sie dluzy. W zasadzie, jedynym urozmaiceniem w trasie byl przystanek w samotnie stojacej maloce, w miejscu o malowniczej nazwie tierra blanca. Ryba przygotowana przez gruba indianke smakowala bajecznie (inna sprawa, ze jakakolwiek odmiana od makaronu z sosem pomidorowym z menazki, w tych warunkach, bylaby spelnieniem kulinarnych snow).

Inna forme rozrywki zapewnilo nam raptowne zatrzymanie samochodu i zgaszenie silnika, wiazace sie z uciszeniem nas przez indian. Jeden z mezczyzn, a scislej rzecz ujmujac, jeden z braci wodza (co zostalo wytlumaczone nam dosc dosadnie) wyszedl z toyoty z shotgunem i zaczal skradac sie przez las. Po chwili ogluszajacy huk przecial cisze. Polowanie okazalo sie nieudane, niemniej ogromne wrazenie zrobil na nas fakt, iz w rozkolysanym samochodzie, otoczonym przez zielone sciany, ktokolwiek byl w stanie dostrzec w lesie niewielkie zwierze.

Po zapadnieciu zmroku, formy urozmaicania podrozy wyczerpaly sie. Poniewaz jednak, braciom wodza fantazji nie brakuje, znalezli sobie rozrywke wsrod indian szerzej nie znana, za to czesto praktykowana w krajach slowianskich- picie- i to picie w sporych ilosciach.

I tak, w specyficznych okolicznosciach, niezwyklej scenerii, na pace toyoty rozpoczela sie regularna polsko- indianska pijatyka.

<object althtml=" <embed type="application/x-shockwave-flash" width="560" height="340" src="http://www.youtube.com/v/Un0H7zDWLoA&amp;hl=es_ES&amp;fs=1&amp;" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true"></embed>" codebase="http://download.macromedia.com/pub/shockwave/cabs/flash/swflash.cab#version=6,0,40,0" classid="clsid:d27cdb6e-ae6d-11cf-96b8-444553540000" height="340" width="560"><param value="14816" name="_cx" /><param value="8995" name="_cy" /><param name="FlashVars" /><param value="http://www.youtube.com/v/Un0H7zDWLoA&hl=es_ES&fs=1&" name="Movie" /><param value="http://www.youtube.com/v/Un0H7zDWLoA&hl=es_ES&fs=1&" name="Src" /><param value="Window" name="WMode" /><param value="0" name="Play" /><param value="-1" name="Loop" /><param value="High" name="Quality" /><param value="LT" name="SAlign" /><param value="-1" name="Menu" /><param name="Base" /><param value="always" name="AllowScriptAccess" /><param value="NoScale" name="Scale" /><param value="0" name="DeviceFont" /><param value="0" name="EmbedMovie" /><param name="BGColor" /><param name="SWRemote" /><param name="MovieData" /><param value="1" name="SeamlessTabbing" /><param value="0" name="Profile" /><param name="ProfileAddress" /><param value="0" name="ProfilePort" /><param value="all" name="AllowNetworking" /><param value="true" name="AllowFullScreen" /></object>

Wraz z uplywajacymi kilometrami i oproznianymi kubkami mocnego trunku, bariera jezykowa zanikala.

Po standardowym zdaniu relacji z liczebnosci naszych rodzin, indianie zainteresowali sie naszym sposobem spedzania nocy w dzungli.

- I wy, tak spaliscie, po prostu, pod golym niebem?

- tak

- I nie baliscie sie Chiluna?

- A co to jest?

- Taki tutejszy tygrys (pozniej dowiedzielismy sie, ze chodzilo zapewne o pume)

- To tutaj sa tygrysy!?- ni to spytalismy, ni stwierdzilismy, konstatujac jednoczesnie, iz glupota jednak nie boli.

Pozniej rozmowy zeszly na polityke. Indianie okazali sie goracymi zwolennikami Chaveza. Zawdzieczaja mu autonomie, dzieki ktorej na terenach gdzie zyja, sami ustalaja prawo, posiadaja formacje stanowiaca substytut policji, a najwyzsza wladze w wioskach sprawuje wodz, a nie wyslannik rzadu. Niestety, zostalo nam to wyjasnione juz po tym, jak nazwalismy prezydenta Wenezueli bandyta i dyktatorem. Dyskusja o polityce spowodowala krotkotrwale ochlodzenie naszych relacji. Jednak niedlugo pozniej przeszlismy do klasycznego przy spotkaniach miedzykulturowych tematu przeklenstw i ich tlumaczenia na wlasne jezyki.

A potem… potem bylo juz jutro.

Spore ilosci alkoholu zasadniczo skrocily podroz. Staly sie takze elementem, ktory zniweczyl szanse na szybkie dotarcie do Canaima. Lodz odplynela, a my wciaz bylismy w idianskiej wiosce o czarujacej nazwie La Bonita.

Juz z odleglosci kilkusetmetrow widac, ze osada polozona jest na malym plaskowyzu krolujacym nad otaczajacymi go rowninami, porosnietymi trawami i w nieco wiekszej odleglosci selwa. Taki sposob usytuowania wioski wiaze sie zapewne z zabezpieczeniem sie na wyjatkowo duze opady, ktore moga zdarzyc sie w porze deszczowej.

La Bonita ma okolo czterystu mieszkancow. Na jej czele stoi wodz, nazywany capitano, ktory w swoich rekach skupia pelnie wladzy. W wiosce, poza chatami robionymi z blotopodobnej masy, jest szkola, wybudowane przez panstwo ambulatorium, maly sklepik, w ktorym w sloikach serwuje sie pepsi, oraz worki z cementem, z ktorych moze kiedys cos powstanie. Bezowe chatki stoja w cieniu ogromnych drzew mango. Owoce sa obiektem ulubionej zabawy indianskiej dzieciarni. Grupki kilkulatkow potrafia godzinami ciskac kamieniami w korony drzew w nadzieji na trafienie jednej z pomaranczowych bulw.

Wiekszosc mieszkancow wioski nigdy nie widziala bialego czlowieka. Dorosli indianie odnosili sie do nas z dystansem i rezerwa. Jednak dla nieznajacych uczucia zazenowania, dzieci, stanowilismy wydarzenie. Od rana cale gromady malych Pocahontas przynosily swoje sniadania pod nasz budyneczek, aby w trakcie posilku przygladac sie przybyszom. Niekiedy jakis komentarz, czy nasz nieswiadomy gest powodowal salwe smiechu. Zazwyczaj jednak, obserwacja odbywala sie w zupelnej ciszy.

Kontakty z doroslymi mieszkancami ograniczaly sie w zasadzie, do zasypywania wodza pytaniami i prosbami. Ze wzgledu na bariere jezykowa i nastawienie capitano do rozwiazywania problemow zazwyczaj bladzilismy, podejmowalismy dziwne (w oczach tubylcow) dzialania albo kompletnie nie mielismy pojecia co robic.

Pomimo iz, w wiosce znajduje sie kilka generatorow pradu, La Bonita zasypia wraz z zapadnieciem zmroku. Budzi sie natomiast tuz przed switem, wyrywana ze snu przez znienawidzone, przenikliwe, agresywne i zdawaloby sie, wprost ordynarne pianie, conajmniej, trzech kogutow.

Probe dotarcia do Canaima podjelismy dwa dni po przybyciu do wioski. Wyjatkowo niefortunna wyprawa spelzla na niczym. Bezposrednim powodem porazki okazala sie nasz skaposc. Nie zgodzilismy sie zaplacic ostatniemu, jak w efekcie sie okazalo, indianskiemu przewodnikowi zbyt wygorowanej, naszym zdaniem, ceny za przekroczenie rzeki. W koncu, pod koniec dnia, zmeczonych i zrezygnowanych, spowrotem do La Bonita, zabral Indianin objezdzajacy okoliczne obozowiska.

Tego dnia po raz pierwszy powaznie sie zgubilismy. Tam gdzie indianie twierdza, ze jest sciezka, bialy czlowiek nie ma pojecia gdzie isc. I tak, maszerujac od rana, w pewnym  momencie znalezlismy sie miejscu, gdzie definitywnie nie bylo zadnego szlaku. Wskazania GPSa po raz kolejny utwierdzily nas w przekonaniu, ze glupota nie boli. Ostatnia nadzieja i punktem orientacyjnym stala sie rzeka. Zeby nad nia dojsc, trzeba bylo pokonac kikladziesiat metrow gesto porosnietego brzegu. Polgodzinna walka stoczona przy pomocy nozy, zaowocowala niezliczonymi ranami, otarciami i kolcami powbijanymi we wszystkie czesci ciala. Marsz wzdluz rzeki  takze nie przyniosl pozadanego efektu. Spotkani na lodzi indianie odradzili nam dalsza wedrowke i poradzili wracac, do oddalonej o pol godziny glownej drogi.

W tym miejscu, tytulem dygresji, warto opisac indianski system okreslania odleglosci. Istnieja tylko dwa dystanse- to, co znajduje sie blisko (w indianskim mniemaniu) nazywane jest „pol godziny”, cala reszta jest „daleko”. Pytajac nawet w nieskonczonosc, nie sposob uzyskac precyzyjniejszej informacji.

Tak wiec, proba dotarcia do Canaima, po przekroczeniu w brod dwoch potokow, pokonaniu meczacej gory, zgubieniu sie, nieudanej probie zakupu pirogi i przejsciu trzydziestu kilometrow, zostala zniweczona przez skaposc. Wracajac do La Bonita, po godzinie jazdy, toyota zatrzymala sie posrodku „nigdzie”. Indianin wysiadl, a my wreszcie moglismy dac odpoczac dloniom, ktorymi przez cala droge, kurczowo trzymalismy sie beczek z benzyna.

- Tam jest sciezka do Playa Linda- oswiadczyl indianin, patrzac jednoczesnie na inne nigdzie polozone w oddali.

- Gdzie?- zapytalem nie widzac sladu jakiegokolwiek szlaku.

- Tam- odparl, wskazujac palcem nieokreslone miejsce.

- Tam? Nic nie widze. Widzisz cos?- zapytalem przyjaciela.

- Nic tam nie ma.

- Jak jutro „tu” dojdziecie i pojdziecie „tam”, to dojdziecie do Playa Linda. Tam na pewno ktos was przewiezie przez rzeke- dodal indianin.

- Tylko, ze dla bialego czlowieka definicja „tu” i „tam” pasuje do tysiecy miejsc w Bladzenie pol dnia po bezdrozach, gdzie odnosi sie wrazenie, ze nawet GPS zasiegu wzroku na monotonnej sawannie- dopowiedzialem w myslach- Zreszta, dzisiaj juz i tak wystarczajaco sie zgubilismy na tzw. „indianskich sciezkach”. zwariowal od goraca, jest wystarczajaca lekcja praktyczna „samodzielnego kozystania z indianskich sciezek przez bialych ludzi”.

Wreszcie podjelismy ostatnia, skuteczna probe dotarcia do Canaima. Pozegnawszy sie z wodzem, opuscilismy goscinne progi La Bonita i poszlismy w kierunku umowionego punktu na brzegu rzeki. Po krotkich targach z oczekujacym na nas indianinem zaladowalismy sie na lodz i przeplynelismy okolo dwadziescia kilometrow. Wedlug indianina, sciezka prowadzaca do selwy, w ciagu pol godziny mielismy dotrzec do miasteczka, ktore w naszych umyslach obroslo juz fantastyczna legenda obiecujaca wszelkie komforty proponowane przez cywilizowany swiat. Poltorej godziny pozniej wspinalismy sie, bo wchodzeniem tego nazwac nie mozna, po pionowej scianie, ktora wiodla „sciezka”, stanowiaca skrot omijajacy „daleki” marsz zwykla droga. Po dotarciu na szczyt, przemoczeni do suchej nitki, zasapani, ujzelismy w oddali nasza Ziemie Obiecana- Canaima.

Malutkie domki z oddali zdawaly sie przyzywac nas, obiecujac odpoczynek zmeczonym konczynom. Polozona nieopodal laguna, do ktorej image116awpadaja trzy wodospady, zdawala sie ukrytym przed ludzkoscia, rajskim ogrodem zachecajacym przyjemnym chlodem wody kojacym rozpalone ciala, posrod malowniczej scenerii i spiewu tropikalnych ptakow.

Dwie godziny pozniej, przedarlismy sie przez ostatnie krzaki i znalezlismy sie na asfaltowej patelni, po ktorej w obu kierunkach startowaly i ladowaly male awionetki. Po drugiej stronie pasa, wsrod mezczyzn ubranych w zielone mundury, zapanowalo ozywienie. Sekundy pozniej podjechal do nas jeep Gwardii Narodowej, a jeden z zolnierzy tonem nie znoszacym sprzeciwu, zaprosil nas do srodka. Zawieziono nas na posterunek, gdzie zajal sie nami, usilujacy groznie wygladac, oficer.

Canaima- Raj utracony

- Co wy tu, kurwa, robicie!? Co wy sobie wyobrazacie!? Mogliscie spowodowac wypadek w ruchu lotniczym!!!- zaryczal oficer Gwardii Narodowej.

- Nie wiedzielismy- odparlismy naiwnie, uzywajac naszej uniwersalnej odpowiedzi, gotowej na takie sytuacje.

- Stanowicie zagrozenie!!! Z jakiej firmy jestescie!?

- Z zadnej…

- Jak to z zadnej!? Z kim tu przybyliscie?

- Z nikim, sami, tylko nas dwoch.

- ¿¡ … !? Skad przybyliscie !?

- Z Polski.

- Pytam z jakiego miasta!?- oficer zaczynal sprawiac wrazenie bardzo zirytowanego byka, nie mogacego pojac dlaczego za muleta torreadora jego rogi wciaz przecinaja powietrze.

- Z La Paragua.

- ¿…? Jak to… eee… samochodem?

- Nie, na piechote.

- ¿…? eee…, co?- wyjakal, tracac koncepcje pacyfikacji intruzow.

- Na piechote, szlismy piec dni. Dwa dni temu bylismy u indian w La Bonita, dzisiaj doszlismy do La Candelaria, spotkalismy indian z lodzia. Przewiezli nas przez rzeke. Cztery godziny szlismy tutaj od brzegu.

- ¿………………………?- a potem dodal jeszcze- ¿…………………….?- Usta oficera powoli lecz znaczaco rozchylily sie i nastapilo dlugie, krepujace dla obu stron milczenie. Z za jego plecow dochodzily szmery, z posrod ktorych wychwycic dalo sie wylacznie: „La Paragua”, „piec dni”, „na piechote”. Cisze przecinal tylko bezdzwieczny swist oficerskiej szczeki poddajacej sie sile ciazenia

- Paszproty!!!- warknal po dluzszej chwili namyslu- Zawod!!!

- Student- sklamalismy zgodnie.

- Ja sie nimi zajme- Uslyszelismy z za plecow oficera. Slowa te wypowiedzial pulkownik Marco, nasz przyszly amigo i przewodnik po najtanszych cenach w Canaima.

Aby uwierzyc w to, co ujrzelismy, musielismy kilkakrotnie przecierac zdumione oczy. Canaima to turystyczna osada, zabudowana bialymi, stylowymi posadami, oferujaca uslugi bankowe, internet, sklepy wilobranzowe. Pokrytymi zwirkiem alejkami spaceruja grubi, biali jak papier, Niemcy poubierani w za krotkie shorty i komiczne slomkowe kapelusze. Wszystko to ma miejsce ponad sto kilometrow od najblizszego punktu zaslugujacego na miano cywilizacji. Po dniach spedzonych na odludziu, nawet w najsmielszych snach nie przypuszczalismy, iz mozemy znalezc sie w turystycznej fabryce, gdzie przyjezdni spedzaja najwyzej trzy dni, przywozeni i odwozeni dziesiatkami awionetek, bezustannie krzatajcych sie po pasie startowym.

Tym bardziej, nasze przybycie stalo sie dla mieszkancow Canaima wydarzeniem urozmaicajacym wygodne, leniwe, ale dosc monotonne zycie. Po zalatwieniu wszystkich formalnosci i wyplataniu nas z tarapat zwiazanych z wtargnieciem na plyte lotniska, Marco, niezwykle uradowany spotkaniem imennika, zabral nas do baru, gdzie „jest najtaniej, najsmaczniej i nie ma turystow”. Plynace z glosnikow dzwieki latynoskiej muzyki przyspieszyly proces unifikacji naszych cial z niezwykle wygodnymi i komfortowymi, plastikowymi krzeslami barowymi.

- Kawal czasu temu, na piechote przyszlo tu dwoch Hiszpanow- wznowil przerwana lykiem zimnego piwa, konwersacje, kompan Marco- Wygladali strasznie, jeden przyszed bez buta. Jak ich tu przyprowadzilismy, wypili po dwa litry wody i nagotowali sobie kilogram spaghetti- dodal wyraznie rozbawiony.

Poczulismy sie naprawde zadowoleni. Toast z zimnego, wodnistego piwa smakowal wyjatkowo. Odczowane permanentnie zmeczenie, bol poobcieranych stop i dyskomfort brudu oblepiajacego cale cialo musialy ustapic miejsca uczuciu zimnej fali, przelewajacej sie przez przelyki. Oznaczalo ono osiagniecie zamierzonego celu i koniec wyczerpujacego marszu.

Tej nocy mielismy spac jak niemowlaki. Rano bowiem, wysilek zaczynal sie na nowo. Czekala na nas lodz, dwoch indian- przewodnik i motorista, Giovanni- rodowity sardynczyk i swietny kompan podrozy oraz gdzies u kranca dnia, najwyższy wodospad swiata- Salto Angel (a raczej, jak mialo sie okazac, Angelito).

Podroz rio Carrao i Churun jest niezwykla. Nietknieta reka czlowika natura wprawia w stan oslupienia. Miedziane rzeki zdaja sie z trudem opierac zalaniu przez soczysta zielen oceanu dzungli. Las rozbrzmiewa tysiacem odglosow, hipnotycznym koncertem, przedziwna, niezamierzona harmonia dziczy. Na niebie kraza dostojnie wielkie drapiezniki, zas obok lodzi, trzepoczac blyskawicznie skrzydełkami, zawisaja co chwile, malutkie kolibry. Sposrod zieleni dzungli wyrastaja monumentalne, zdawaloby sie, nierealne, potezne tepui. Kolosalne gory stolowe o pionowych scianach zdaja sie byc tworem z innego swiata. Plaskie szczyty skapane w bieli oblokow wprawiaja w niemy zachwyt. Czas sie zatrzymuje, znika przestrzen, mysli przestaja krazyc w glowie. Niesamowite pomniki natury, pochodzace gdzies z image209azaginionych mitycznych światów, powalaja przybyszow na kolana w bezkompromisowym holdzie, skladanym pieknu, potedze i nieskonczonym mozliwosciom kreacyjnym przyrody.

I tylko chrobot kamieni, ocierajacych o dno lodzi wyrywa czlowieka ze stanu hipnozy. Osiadla na mieliznie lodz trzeba raz za razem przepychac po kamienistym korycie rzeki. Nikt jednak nie ma watpliwosci, ze wysilek sie oplaca. Otaczajaca przestrzen przyzywa. Narcystycznie przegladajace sie w zwierciadle wody tepui obiecuja estetyczna nirvanne. Z jednego z nich, za ktoryms z zakoli Churun, w koncu ujrzymy wode spadajaca z olbrzymiej sciany.

Pomimo, iż  Salto Angel nazwe zawdziecza swojemu odkrywcy, musi miec w sobie cos anielskiego. W porze suchej, waska struga wody spadajacej wzdluz pionowej ciemnopomaranczowej sciany, w polowie swego lotu staje sie oblokiem drobnych kropelek, tworzacym delikatna mgielke, kontrastujaca z monumentalnoscia gory. W koncu, niemal kilometrowy (976 m.) wodospad znika w dzungli.

Rzeczywistosc miesza sie z marzeniem. Swiat dzieciecych snow istnieje.

P.S.

Zazwyczaj, w trakcie podrozy nie zachwycamy sie. Piekne obrazy odwiedzanych miejsc w umyslach powstaja pozniej. Dopiero po jakims czasie, wrazenia ukladaja sie w glowach, tworzac unikalne wspomnienia.

Tym razem bylo inaczej. To co mielismy okazje zobaczyc odjelo oddech, zatrzymalo serca i powalilo w niemym zachwycie.

Dlatego tez koncepcja, jak i sam tekst powstawaly dlugo. Staralismy sie przelac na papier wrazenie, ktore przypadlo nam w udziale.

Jednak czytajac ten tekst po raz kolejny wydaje sie on byc blady, nieostry, niekiedy trywialny w porownaniu do tego, co widzielismy.

Byc moze, brakuje nam umiejetnosci, aby oddac wszystko, co chcielibysmy powiedziec. Byc moze, w miejsca, w ktorych bylismy powinno wyslac sie poete, aby ten wlasciwie uchwycil piekno. A byc moze, istnieja miejsca na swiecie, ktorych nie sposob opisac, sfotografowac – zrelacjonowac, gdyz powtarzajac za Szekspirem „sa rzeczy na niebie i na ziemi, o ktorych filozofom sie nie snilo”.

P i K

Dodaj komentarz

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się