Nadszedł wreszcie upragniony piątek i koniec tygodnia. Czas odpoczynku, spędzenia czasu z rodziną, odstawienia na bok pracy. Co robisz? A) Idziesz do meczetu, po czym wracasz do swojego sklepu/kramu/kiosku itp. B) Śpisz do 11, po czym cały dzień nie robisz nic produktywnego. C) Jaki koniec tygodnia?
Odpowiedź C wybrali prawdopodobnie przeciętni mieszkańcy Zachodu z pracą, która jako tako pozwala godnie żyć, odpowiedź B - studenci, natomiast z odpowiedzią A zapewne utożsamia się większość mieszkańców Kairu i już wyjaśniam dlaczego.
Po pierwsze, należy zaznaczyć, że weekend jest tutaj traktowany bardzo odmiennie w stosunku do "sposobu" europejskiego. Podstawowa różnica to oczywiście główny dzień wolny, który wypada w piątek, a nie w niedzielę, która z kolei stanowi pierwszy dzień tygodnia (co się w dodatku wyraża w nazwie - الأحد (يوم) - [yawm al-aḥad] (dzień) pierwszy), a więc środek ciężkości niejako przesuwa się o dzień do tyłu w porównaniu do Zachodu, choć też nie do końca. Można powiedzieć, że piątek tutaj to jak niedziela, podczas gdy sobota pozostaje sobotą, ale stwierdzenie, że weekend trwa w Egipcie dwa dni to już raczej przesada. Sobota jest dużo bardziej dniem pracującym aniżeli w Polsce, a i samemu piątkowi dużo brakuje do pełnej definicji dnia wolnego, choć tu już bardziej mowa o sektorze prywatnym, bowiem wszystkie lokale publiczne są wtedy pozamykane i załatwienie czegokolwiek w bankach, szkołach, czy urzędach, jest niemożliwe. Ale już kupno świeżego, chrupiącego pieczywa, owoców, produktów na obiad, czy aktualnej gazety, nie nastręcza żadnych kłopotów. Nie wspominając nawet o Śródmieściu, które w piątki tętni życiem tak jak przez pozostałe sześć dni (i pomijamy w tym momencie wydarzenia ostatniego tygodnia). Tak naprawdę najwidoczniejszą oznaką dnia wolnego jest mniejszy ruch drogowy, choć ponownie jak przy Święcie Ofiary - mniejszy nie oznacza mały, ale różnica jest na tyle wyraźna, że o wiele rzadziej tworzą się zatory. Sobota natomiast to taki trochę dziwny twór, bo jakichś super ważnych spraw (chyba) nie uda nam się załatwić, ale już np. na uniwersytecie zajęcia odbywają się od soboty do czwartku, więc ustalenie wymiaru tygodnia pracy w Kairze wydaje się nieco karkołomnym zadaniem. I muszę przyznać, że trochę ciężko się przestawić na taki tryb funkcjonowania po 20 latach życia ze świadomością, że w sobotę i niedzielę można pospać. Odkąd tu jestem, nie wstałem w niedzielę później niż o 7.30, jako że to pierwszy dzień tygodnia, a więc i zajęcia i wszelkie ważne sprawy akurat wtedy wymagają naszej obecności od wczesnych godzin. Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że oznacza to pracowitość Egipcjan - o ich charakterze pod tym względem już pisałem i zdania nie zmienię. Przychodzi jednak i pora oficjalnego odpoczynku od pracy i co wtedy robić?
Cóż, zakres rozrywek, jakie oferuje egipska stolica, jest porównywalny do tego, co można robić w Polsce i pod tym względem różnice między nami nie są wielkie. Począwszy od siedzenia w domu z książką lub myszką w ręce, przez wyjście do kina, teatru, opery do zawędrowania do klubów nocnych, gdzie taniec brzucha to jedna z głównych atrakcji. W odwodzie zawsze zostają jeszcze spacery wzdłuż Nilu, przebieżka po sklepach w Śródmieściu, bilard, kręgle, czy po prostu posiedzenie w kawiarni. Nie będę się skupiał na wszystkich aspektach, bo nie da się zbyt długo o niektórych rzeczach opowiadać, a po drugie, w kilku przypadkach nawet bym nie wiedział, co mam napisać. Zacznę natomiast od wymienionych na końcu kafejek (po egipsku قهوة [ahwa], która oznacza także "kawa"). Są one popularnym miejscem spotkań w każdy dzień tygodnia i oferują klientom oprócz napojów i łakoci także sziszę, której popularność sięga tu niebotycznych rozmiarów (a którą w języku arabskim dosłownie się pije, a nie pali). Praktycznie codziennie można minąć jej palaczy i przyjemny zapach owocowego tytoniu towarzyszy nam zarówno na głównych ulicach miasta jak i w ciasnych zaułkach. Nie ma sytuacji jak w Polsce, że osiem osób tłoczy się przy jednej fajce, tutaj jeden mężczyzna korzysta z jednej sziszy, bo ta kosztuje grosze i towarzyszy kairczykom nie tylko w kawiarniach - normalnym widokiem jest właściciel kramu siedzący przed wejściem do swojego lokalu, leniwie wydmuchujący dym w oczekiwaniu na klientów. Palenie zresztą to podstawowy nałóg i miłość Egipcjan, bo palą prawie wszyscy i podczas pierwszych kilku dni mojego pobytu zostałem poczęstowany papierosem chyba kilkanaście razy, choć na szczęście nie wygląda to tak, że nie rozumieją, że ktoś może w ogóle nie palić. Jednorazowa odmowa całkowicie wystarcza i nie jest się później nagabywanym. W przeciwieństwie do picia wódki na polskich imprezach. Uwielbienie kairczyków do tytoniu objawia się z kolei tym, że palić można praktycznie wszędzie, pomijając szkoły, restauracje, stacje metra, czy urzędy (choć tam parę razy już trafiłem na palaczy tuż pod znakiem o zakazie palenia). Wracając jednak do kafejek - są one nie tylko punktem, gdzie można posiedzieć, napić się herbaty (tak, tak, o wiele popularniejsza niż kawa) i wypalić sziszę, ale przede wszystkim zacieśniają więzy społeczne. Znajomi mogą zasiadać do stolika, po czym opuszczać je po długim czasie, a w międzyczasie przedyskutować wszystkie bieżące wydarzenia, wypytać o rodzinę, podzielić się emocjami z ostatniego meczu, jednocześnie zagrać parę partii szachów lub tryktraka, których każda ahwa ma kilka zestawów na wyposażeniu, a które wydają się być naprawdę bardzo popularne. Jest też jedna kawiarnia symbol - al-Fishawy - coś jak krakowska Jama Michalika albo warszawski Pod Picadorem, gdzie miał przesiadywać Nagib Mahfuz ze śmietanką kulturalną Kairu. Wydaje się jednak, że takich miejsc jest pełno w każdym kraju.
Wspomniałem, że o paleniu można mówić jako o pierwszej miłości Egipcjan, ale piłka nożna dzielnie depcze mu po piętach. Uczucie to wytwarza się już od najmłodszych lat i przez lata ewoluuje, bo z początku niemal każdy dzieciak kopie piłkę na ulicy, potem z wiekiem gra coraz rzadziej, by całkowicie przerzucić się na oglądanie meczów w telewizji, ale silny afekt pozostaje niezależnie od sposobu wyrażania go. Najmocniej natomiast uzewnętrzniany jest na linii konfliktu dwóch odwiecznych rywali, stołecznych klubów - al-Ahli i Az-Zamalek, których mecze to jednocześnie wydarzenie i wojna, ale myślę, że sytuacja ta znana jest kibicom piłkarskim choćby z naszego podwórka, więc nie muszę tego jakoś specjalnie szerzej wyjaśniać. Silny podział kairczyków na kibiców jednej lub drugiej drużyny sięga na tyle głęboko, że na uniwersytecie, tuż przed wykładem, obok zwyczajowych pytań kto, skąd i dlaczego, padło też - "Za kim jesteście? Al-Ahli czy Zamalek?" Nie zauważyłem natomiast jakiejś specjalnie dużej wrogości przy odmiennych poglądach, szczególnie, że wszyscy Egipcjanie zgodnie się jednoczą podczas meczów reprezentacji narodowej. Paręnaście dni temu Egipt grał z Brazylią i było to naprawdę wielkie wydarzenie i spotkanie oglądali chyba wszyscy, co mogli. To zresztą żaden problem, aby tego dokonać, samemu nie mając telewizora. Przeciętna kawiarenka ma go w swoim wyposażeniu (a nawet sporo aptek, czy sklepów) i chętnie przyjmuje kolejnych widzów, więc nie trzeba się nachodzić tyle, co w Krakowie, by trafić na właściwy lokal. Nie ma się co spodziewać oczywiście wielkiej plazmy na pół ściany, ale przecież dwadzieścia kilka cali całkowicie wystarczy. Futbol to także jeden z podstawowych tematów do rozmowy między kairczykami i większość z nich bardzo chętnie go podejmie w każdej chwili.
Kolejny ważny sposób spędzania, czy może tracenia, wolnego czasu to telewizja. Nie jest to zaskakujące, bo ten trend prawdopodobnie można odnaleźć na wszystkich kontynentach i zapewne wszędzie spectrum programów wygląda podobnie, ale mimo wszystko trochę przybliżę, co można tu oglądać. Najpierw jednak zaznaczę, że na pewno mam rozszerzoną perspektywę w stosunku do przeciętnych kairczyków, bowiem trafiła nam się w mieszkaniu satelita, więc ilość kanałów idzie w setki, choć kto wie - może nie jest to tutaj takie rzadkie? W każdym razie udaje nam się łapać stacje telewizyjne z każdego rejonu świata arabskiego - od Mauretanii po Irak, Kuwejt i Turcję i w zasadzie nie ma wielkich różnic pomiędzy nimi. Oczywiście - w Omanie informacje będą skupione na Omanie, w Tunezji na Tunezji itd., ale generalnie czasem trudno się zorientować z jakiego kraju nadawany jest dany program. Podobnie jak na zachodzie to, co widzimy na ekranie można podzielić na kilka kategorii - informacje, filmy i seriale, rozrywka, sport, religia, nauka. W każdej z nich kanałów jest do wyboru do koloru, więc nie powinno być problemu z trafieniem odpowiedniego dla nas. Wśród stacji informacyjnych najważniejsze są al-Jazeera, BBC Arabic i al-Arabiya i właściwie nic więcej nie potrzeba, bo wszystkie są rzetelne i przekazują wiadomości z pierwszej ręki, choć trzeba naturalnie wziąć poprawkę na to, że al-Jazeera jest katarska, a al-Arabiya saudyjska, więc może mieć to wpływ na dobór niektórych informacji i przedstawiania ich. Ale to raczej nie czas i miejsce na dyskusję na temat niezależności mediów. Pośród kanałów naukowych warto dłużej zatrzymać się przy National Geographic Abu Dhabi oraz al-Jazeera Documentary, bo można trafić na ciekawe materiały, choć na tym pierwszym jak na mój gust trochę za dużo techniki, a za mało przyrody i historii, ale to chyba już obowiązująca polityka stacji od kilku(nastu) miesięcy. O stacjach religijnych natomiast trudno mi napisać coś szeroko. W każdym razie są takie i przedstawiają islam w dużo większym natężeniu niż prezentowane jest chrześcijaństwo w Polsce. Można trafić na recytację kolejnych sur Koranu, objaśnianie świętej księgi, dyskusje z "uczonymi w Piśmie", a na kanale Islam Today całą dobę pokazywane są ostatnie wpisy z Facebooka i Twittera jakiegoś imama, czy innego muftiego (tak, religia też już dawno wkroczyła na portale społecznościowe). Stacji sportowych z kolei jest dużo i w większości włączymy na piłkę nożną, ale rzadko można trafić na coś interesującego, bo większość meczów to lokalne pojedynki. Spotkania międzynarodowe można obejrzeć na kilkunastu (!) kanałach al-Jazeera Sport, ale niestety akurat tych na naszej satelicie nie ma. Zamiast tego widziałem już m. in. piłkę wodną, tenis stołowy, piłkę dla niewidomych, a także wyścigi wielbłądów. Najśmieszniejsi w sportowych programach są zawsze komentatorzy, którzy tak się ekscytują piłką nożną (niezależnie od wyniku, czy tego, co się dzieje na boisku), że ich koledzy po fachu z Hiszpanii czy Włoch wyglądają przy nich trochę jak osoby nieśmiałe. A Szpakowski jakby umarł dwadzieścia lat temu.
Arabska ramówka telewizyjna byłaby jednak bez nich niepełna. Podobnie jak bez stacji muzycznych, których nie ma zatrzęsienia, ale tych kilka w zupełności wystarcza, bo i tak na wszystkich puszczane jest to samo. Wszędzie te same piosenki o miłości, gdzie habībī w refrenie wrzuca się, gdzie tylko popadnie i z reguły muzycznie brzmi to bardzo podobnie. Straciłem kontakt z VIVĄ i MTV parę lat temu, więc nie jestem tego pewny, ale wydaje mi się, że akurat świat arabski nie jest pod tym względem odosobniony i większość dzisiejszych hitów to zbiór tych samych akordów i bitów. No ale może jestem już stary i anachroniczny. W każdym razie ogólnie rzecz ujmując, niespecjalnie trawię tutejsze przeboje, choć parę perełek można znaleźć. Należy jednak Arabom oddać, że pomimo ujednolicenia wszystkich piosenek do jednej popowej stylizacji muzycznej, orientalne korzenie zawsze są słyszalne poprzez wykorzystanie instrumentów. Dzięki temu od razu słychać, że dana piosenka jest akurat z Bliskiego Wschodu i nawet jeśli kilka brzmi podobnie, czy wręcz tak samo na początku, to zdecydowanie odróżniają się na tle hitów amerykańskich. W przeciwieństwie do utworów japońskich (wybacz, Stary), w których często stężenie krzyku i wszystkiego, co najgorsze w muzyce, dla mnie jest wręcz szkodliwe. No i wolę mimo wszystko słuchać i oglądać teledyski arabskie niż przaśne produkty etiopskiej i erytrejskiej sceny muzycznej. To zresztą chyba jedyny sposób, by ujrzeć Arabki, które nie noszą hidżabów (wiele piosenkarek to chrześcijanki z Libanu). Mało tego - w teledyskach ich ubiór coraz bardziej przypomina zachodni styl klipów, a więc krótkie spódnice, duże dekolty i dużo kręcenia ciałem (choć daleko jeszcze do soft porn obecnego w niektórych amerykańskich teledyskach). Widać wtedy, że to naprawdę ładne kobiety i szkoda, że większość się zakrywa na co dzień na ulicach. Niestety sporo piosenkarek ingeruje w swoją urodę i zauważalne są wyraźne wpływy skalpela, przez co zaczynają się do siebie upodabniać, szczególnie patrząc na kości policzkowe, usta i nos. Sięga to na tyle głęboko, że czasem mam problemy ze stwierdzeniem, czy widziałem przed chwilą trzy różne kobiety, czy trzy piosenki tej samej wykonawczyni. Nie wiem, czy to od Nancy Agram wyszło, czy jest to wina tego, że ją poznałem najwcześniej, ale wygląda to tak jakby się właśnie do niej upodabniały. I przy okazji teledysków, chcę wspomnieć o jeszcze jednej ciekawej rzeczy - każdy jeden jest traktowany jak krótki film. Na początku tuż po pokazaniu nazwiska wykonawcy i tytułu piosenki, podawany jest reżyser, a także autor słów i muzyki. Z kolei na koniec puszczane są napisy końcowe jak w normalnym filmie z wymienionymi nazwiskami osób odpowiedzialnych za oświetlenie, kostiumy, montaż, makijaż itd. W większości można też zauważyć jedną odpowiedzialną rolę, a mianowicie - mustashiego - czyli człowieka odpowiedzialnego za... wąsy. Co robi, jakie ma narzędzia i jakim szacunkiem się go otacza, pozostawiam wyobraźni czytelników.
Wreszcie pod koniec tematu arabskiej telewizji - kanały filmowe. Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej nie obejrzałem tyle filmów w tak krótkim czasie. Można tu trafić na naprawdę dobre, a przede wszystkim zróżnicowane kino. Zależnie od stacji, na ekranie ujrzymy albo hity zza oceanu albo znad Nilu, czy Zatoki. Jeśli chodzi o produkcje zagraniczne, to seriale są dubbingowane w dialekcie (i nie chodzi tylko o amerykańskie, bo np. znana czwartemu rokowi perła tureckiego przemysłu filmowego pt. Noor również leci z dubbingiem), a do filmów dołączane są napisy z tłumaczeniem na język literacki, co wygląda czasem kuriozalnie, kiedy filmy Quentina Tarantino, czy Bad Boys są na niego przekładane. Jednak jeszcze gorzej wygląda cenzura obecna w stacjach, która zresztą jest mocno niekonsekwentna i dla nas absurdalna. Obcięcie ucha we Wściekłych psach? Proszę bardzo. Rzeź, którą robi Statham w co drugim swoim filmie? Ależ nie ma problemu. Pocałunek lub scena łóżkowa? Broń Boże! Ujęcia seksu jeszcze nawet jestem jakoś w stanie zrozumieć jako gorszące w tutejszej mentalności, ale zwykłe pocałunki to już chyba przesada. I tak jak napisałem - lejąca się krew, odcięte kończyny nie stanowią problemu, okazanie uczuć do drugiej osoby już tak. Niezrozumiałe to dla mnie. Równie tragikomiczne jest wyciszanie przekleństw z "fuck" na czele, przez co w pewnym momencie bohater porusza ustami, ale nic z tego nie wynika, a wizytówka Johna McClane’a brzmi "Yippee-ki-yay...". Ale i to absurdem nie dotrzymuje kroku emisji Mostu do Terabithii na kanale dziecięcym, w którym to filmie został wycięty fragment, kiedy bohaterowie byli w kościele! Całkowicie nie rozumiem tej decyzji i pozostawiła mnie ona w naprawdę dużym szoku jak to zobaczyłem. To zresztą wiąże się z dużym problemem takiej cenzury, bo czasem obraz ucinany jest w takim momencie, że kolejna scena z poprzednią nie ma nic wspólnego i gdyby nie fakt, że już film widziałem i jako tako pamiętam, nie miałbym pojęcia, dlaczego nagle bohater znalazł się na lotnisku, a jeszcze przed chwilą siedział w Aston Martinie (przykład z Casino Royale). Producenci stacji jednak nie zastanawiają się nad logiką, najważniejsze, aby tych bezeceństw nie pokazywać. Jeszcze się młodzież naogląda i też tak będzie chciała!
W tym miejscu chyba bezpiecznie będzie zakończyć, bo po raz kolejny rozmiar notki przerósł moje plany, w dodatku gdzieś w połowie zauważyłem, że zacząłem odbiegać od początkowego narzuconego tematu. Kontynuować go nie będę, bo właściwie nic więcej na temat spędzania wolnego czasu przez kairczyków nie mam do powiedzenia, bo i nie ma jakichś znaczących i ciekawych różnic. Jedni czytają książki, inni grają na Play Station, jeszcze inni spacerują po mieście, a w żadnym klubie nocnym nie byłem, żeby móc opisać jak to wygląda. I słysząc, że i tak większość odwiedzających to mężczyźni, jakoś niespecjalnie mam ochotę to zmienić.
| Prenumeraty: | punkty: 200 | |
| Suma | 0 | 200 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.