64. Ulice Guadalajary

18 wrzesień 2009
64. Ulice Guadalajary

 

 

 

           Spacerując przez kilka dni po tym wspaniałym mieście udało nam się “wyłuskać” typowe motywy meksykańskiej ulicy. Pierwsza trójka na liście najszybszych skojarzeń z tą scenerią to: wszędobylska muzyka, ludzie kopiący piłkę na placach, skwerkach i w podwórkach - widać, że piłka nożna to sport "narodowy" - oraz wizerunki “naszego” papieża Jana Pawła II na każdym kroku. No i policjanci w hełmach i z karabinami maszynowymi pełniący wartę całą dobę przed każdym bankiem i pocztą.

 

           To wszystko składa się na ogólnie panującą tu, radosną atmosferę. A ludzie? Są głośni, ale w znaczeniu – weseli, bez zahamowań dają upust emocjom, nie przejmując się konwenansami, wszystko robią “na całego”, ten sposób bycia przypomina mi trochę włochów, jest tak samo głośnym, lecz więcej w tym śmiechu i radości. Więc jeśli się kłócą to tak, że aż pioruny lecą; kiedy się smucą to tak, że cały świat wokół nich płacze; a kiedy się weselą to tak, że nie możesz nie cieszyć się razem z nimi.

 

            Odnoszę wrażenie, że ich luz polega też na nie przejmowaniu się za bardzo zbyt wieloma sprawami na raz, a co najważniejsze i widoczne na każdym kroku – potrafią się cieszyć w taki prosty, bezpretensjonalny sposób z małych rzeczy, z drobnych codziennych radości. I to jest piękne. I tego im można pozazdrościć. Jest to o wiele naturalniejsza, bardziej szczera radość i pogoda ducha niż to amerykańskie keep smiling, how-are-you?-ok-thanks-ok! i  ich no problem! - philosophy. Choć tamten, amerykański sposób bycia też ma swoje zalety, to tutaj, w Meksyku, to zupełnie co innego. Pozwolę sobie przytoczyć w tym momencie własne słowa sprzed kilku tygodni i zacytować fragment mojego tekstu nr 16 “Wielka radość i jeszcze większa rozpacz”, w którym mówiłem między innymi o Meksykanach żyjących w Kalifornii:

 

           

 

            [...] Powiem wam jedno: kocham ich wszystkich! To wspaniali, serdeczni, przyjacielscy, niesłychanie uprzejmi i pomocni ludzie, którzy przede wszystkim zachowują jedną swoją podstawową, wspaniałą cechę narodową – mają w sobie niesamowitą radość życia! Radość codzienności, zwykłych chwil, małych przyjemności. Dla nich całe życie to jedna, wielka, niekończąca się fiesta! I nie wiem w czym to tkwi, ale żaden Amerykanin, pomimo swoich milionów, pomimo swojego przeważnie o wiele wyższego niż Meksykanie standardu życia, oraz pomimo tego całego swojego “Keep smiling i do przodu!” nie ma w sobie tak wielkiej i szczerej radości z życia jaką mają Meksykanie. Oczywiście, nadal utrzymuję, iż jestem dużym fanem amerykańskiej filozofii na życie, nazwijmy ją “No problem philosophy” i też cieszą się każdym dniem, od rana do wieczora, ale w inny sposób. Ten meksykański jest mi o wiele bliższy, ma w sobie więcej uroku. [...]

 

 

            Ci żyjący tutaj, w swojej ojczyźnie, są tacy sami, jeśli nie jeszcze bardziej weseli! Potrafią się cieszyć i z radości śmiać na głos kiedy słońce wyjrzy zza chmur, kiedy witają się codziennie rano ze swoimi współpracownikami, albo kiedy mówię im, że jestem z Polski. Dużo i często żartują, a najpopularniejsze są teraz dowcipy o... świńskiej grypie. Nie wszystkie rozumiem, ale w każdym razie kiedy pytam ich o nią, śmieją się tylko: “Świńska grypa? Jaka świńska grypa? Nie ma żadnej świńskiej grypy.” Czasami nazywają to zjawisko “raczej świńskim przekrętem”, bo kiedy drążę temat, niektórzy z nich przyznają, że jakiś tam problem jest, ale nie na taką skalę jak pokazują to media na świecie, które według nich działają w porozumieniu z wielkimi koncernami farmaceutycznymi, produkującymi m.in. szczepionki przeciwko świńskiej grypie. I biznes się kręci... Coś w tym jest – na lotnisku jedyna kontrola pod tym względem, to kamery termowizyjne, przekazujące na monitor obraz temperatury ciał przechodzących przed nią pasażerów. W ten sposób można by wykryć osoby z gorączką. Można by, gdyby ktoś był obecny na stanowisku i patrzył w ten monitor...

 

 

            Tymczasem wróćmy na ulice – zapraszam Was na spacer po Guadalajarze...

 

 

Pomnik poległych w walkach o niepodległość Meksyku

 

 

Meksykański

street art

 

 

Obecni na każdym kroku pucybuci

 

 

 

Zaciszne podwórza wielkich haciend

 

 

Drzwi oraz wnętrze biblioteki uniwersyteckiej

 

W  komunikacji miejskiej panują ogromne tłumy. Przeważnie wiadomo, że nie uda się wsiąść do pierwszego autobusu, dlatego ludzie na przystankach ustawiają się grzecznie w kolejkę, a nie pchają wszyscy na raz.

Rozbawiły nas te gigantyczne szczotki do zamiatania ulicy :)

Wieczorami odpoczywaliśmy tutaj...

 

Dodaj komentarz

jjjaaa

  • 2/5
  • Ranga: Zapalony globtroter
  • Płeć:Mężczyzna
  • Fotograf:Nowicjusz

O mnie

http://www.blogroku.pl/national-geographic,gwbkr,blog.html
jeżdżę, patrzę, latam, wącham, skaczę, czuję, widzę, myślę, słyszę, cieszę, spadam, czekam, wracam, idę, sunę, martwię, płynę, siedzę, śmigam, wstaję, radę daję, s z u k a m

Zainteresowania: Historia, Kultura, Podróże, Bieganie, Narty, Jazz, Sztuka miejska, Festiwale filmowe, Niezależna kinematografi, Blog.html reportaż, Gwbkr, Http://www.blogroku.pl/n

Aktywności użytkownika

Quizy: ilość: 30 punkty: 188
Komentarze: ilość: 98 punkty: 98
Suma 128 286
Zobacz jak naliczane są punkty

Mój blog

Ostatnio odwiedzili mój profil

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się