Początkowo mieliśmy trochę pod górę… dosłownie i w przenośni :-) Problem z wylotem z Nabire, lokalna ludność groziła, że zablokuje helikopter, więc musieliśmy przekraść się o 5 rano na pokład, ale na szczęście udało nam się wystartować. Potem z kolei negocjowaliśmy nadbagaż… W kółko coś. W końcu, z jednym międzylądowaniem dotarliśmy do bazy pod Piramidą Carstensz. Jak tylko wysiedliśmy z helikoptera, Robert rzucił, że właściwie to będziemy się od razu aklimatyzować i możemy wyruszać na szczyt. Powiem szczerze, że byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu… Ludzie zwykle wychodzą na atak szczytowy o 3 nad ranem. Ale ruszyliśmy…
Do tyrolki wszystko szło nadzwyczaj dobrze. Właściwie to założyliśmy, że będziemy się aklimatyzować i jeżeli wszystko pójdzie dobrze poważnie rozważymy atak. Ja jednak rozważałam go trochę mnie poważnie niż Robert, przynajmniej na tamtą chwilę… Pogoda była niesamowita – mieliśmy wszystko: słońce, chmury, mgłę, deszcz, śnieg… Byliśmy sami, bez guida. Wydawało się, że za tyrolką to już blisko, ale okazało się, że wcale nie. Dopadł mnie kryzys, byłam wściekła, właściwie to miałam ochotę położyć się i umrzeć. Mówiłam, że nie wejdę, że nie mam siły. Przejścia rzeczywiście nie należą do przyjemnych. Poza samą tyrolką jest kilka przepaści. Wygląda to tak, że między jedną, a drugą skałą jest przerwa, 100 metrów w dół i aby przedostać się na drugą stronę trzeba przeskoczyć z jednej na drugą… Ot tak, zrobić krok. Wymaga to dużej odporności psychicznej… Ale jak to po każdej burzy – przychodzi słońce. Gdy tylko zobaczyłam szczyt, dostałam skrzydeł. Adrenalina była niesamowita. Prawie tam wbiegłam, popłakałam się jak szalona. Droga zajęła nam 5 godzin, oficjalnie stanęłam na szczycie Piramidy Carstensz o godz. 14:30 czasu lokalnego, czyli 6:30 AM czasu polskiego. Cała droga z namiotu i z powrotem niecałe 10 godzin, bez aklimatyzacji. Chcieliśmy zdążyć przed chorobą wysokościową, która na pewno by nas dopadła, stąd tak szybka decyzja o atakowaniu szczytu.
Niepodważalnie był to jeden z najlepszych dni w moim życiu! Rewelacyjna wspinaczka, wyjątkowo dobra forma (poza półgodzinnym kryzysem :-)). Mimo że nie jadłam już 24 godziny i prawie nie piłam – jestem w super formie. To zdecydowanie jedna z najlepszych Gór! Gdyby teraz ktoś zapytał mnie, co czuje osoba, która stanęła na ostatnim szczycie w Koronie Ziemi odpowiedziałabym, że… jest głodna i chce jej się pić :-) Najwyraźniej w najważniejszych chwilach wszystko sprowadza się do najprostszych rzeczy :-) Dziękuję, że byliście ze mną!
Dla niezorientowanych - informacja z pewnoge zrodla, martynka wlatuje sobie na ok 4300 m n.p.m. i atakuje szczyt - zalosne. Niem usiala sie przedzierac pod gore przez dzungle, poporstu po latwiznie na maksa!!! A o koroenie nie ma co mowic bo chyba nie byla na Gorze Kosciuszki.
Gratulacje ! ! ! Szczerzę zazdroszczę pani dokonań ! ! ! Mocno trzymałem kciuki ! ! ! Teraz czekam na album ze zdjęciami !!! Pozdrawiam ! ! ! Maciej
Gratuluję z całego serca!!!i czekam na książke!!
SUPER !!! OGROMNE GRATULACJE !!!! , Poszło lepiej niż można było pomyśleć :))) Gorąco pozdrawiam Alina
Gratulacje!
Wielkie gratulacje:) a teraz wracaj do Malutkiej :))
Wielkie Gratulacje !!!
Gratulacje. Chociaż duże ryzyko, jako matka małej dziewczynki. Czekamy na nowe podróże i ciekawe programy.
Wielkie brawa za zdobycie Korony Ziemi ;) pani Martyno, jest Pani super !!!!!!!!!!!!!!!!!!
Serdeczne gratulacje!
Krótko o wyprawie - dla niezorientowanych :-) Siedem lat temu rozpoczęłam projekt Korona Ziemi, polegający na zdobywaniu najwyższych szczytów wszystkich kontynentów. Pozostała mi jeszcze tylko jedna góra, na którą wybieram się już 17 stycznia - Piramida Carstensz ( 4 884 m n.p.m.) na Nowej Gwinei. Wyjeżdżam tam z moim partnerem wspinaczkowym z Antarktydy - Robertem Millerem. Po, mam nadzieję, szczęśliwym zakończeniu projektu - planowana jest wystawa zdjęć oraz pokaz filmu z całej Korony Ziemi. Bądźcie ze mną i śledźcie bloga!
Zapraszam również na moją stronę www.martynawojciechowska.pl
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.