R.C.
Choć według wcześniejszych planów mieliśmy kierować się w stronę stolicy Peru postanowiliśmy podjechać jeszcze trochę, dwa dni J i odwiedzić kilka mało znanych, ale podobno ciekawych kompleksów ruin. Pierwsze z nich to najstarsza w Andach przed Inkaska świątynia Temple of Kotosh położona koło miejscowości Huanuco. Podróż zajęła nam cały dzień przez nieciekawe tereny kopalniane z jeszcze mniej ciekawymi miasteczkami górniczymi. W trakcie jej poznaliśmy następny, nieplanowany, cel naszej podróży, przepięknie oświetlony masyw Cordillera Huayhuash. Z całego dnia tylko ten widok był wart wspomnienia. Huanuco to praktycznie już Amazonia, miasto o „cudownym” klimacie, jedno z najbardziej gwarnych, jakie odwiedziliśmy w Ameryce. Kolejnego dnia wybraliśmy się do ruin jedną z setek riksz. Ruiny świątyni „skrzyżowanych rąk” wzniesione podczas trwania kultury Yarowilca to raczej „ruinki”, ale najstarsze. 
Miejscowy kustosz robił, co mógł, aby uatrakcyjnić pobyt. Pokazał nam „bajer” z echem i mu się udało. Po powrocie do miasteczka zaczęliśmy się wypytywać o autobus do Tantamayo kolejnych ruin Yarowilca. Autobus podobno jest i podobno dojechać jeszcze się da, ale wrócić? Peru pustoszone jest przez powodzie i niektóre rejony mogą być odcięte od Świata z dnia na dzień. Odnaleźliśmy agencję, przed którą stał „gruchot”, który podobno dojeżdża do Tantamayo, ale czy stamtąd wraca za bardzo jednoznacznej odpowiedzi udzielić nam nie chciano. Godzina odjazdu „gruchota” to 2 w nocy. W naszym hostelu długo trwała walka o to abyśmy mogli się przespać do północy nie rujnując budżetu. Stanęło na 5$ za pół dnia. Do Tantamayo ześlizgnęliśmy się po 10 godzinach jazdy, po resztkach drogi. 
Na miejscu otrzymaliśmy komplet złych informacji. Drogi w rejonie są zniszczone, komunikacja nie działa, we wsi nie ma gdzie zjeść a nocleg zaproponowano nam w kolejnym szpitalu, pogoda deszczowa a Tantamayo wyglądało jak koniec Świata. Czy moglibyście dać nam jakąś iskierkę nadziei, że do ruin, które były widoczne z wioski da się jakoś dotrzeć? Podobno czasami ktoś jedzie z zaopatrzeniem do wiosek znajdujących się w pobliżu. Przed jedynym sklepem – hurtownią stała piękna terenówka załadowana podstawowym zaopatrzeniem. Tak jak w większości miejsc na Świecie było to przede wszystkim piwo. Choć samochód oblegały tłumy chcących się załapać, „gringo” mieli pierwszeństwo. Szoferem okazał się właściciel sklepu. Zależało mu, na wypromowaniu tego rejonu. Udało mu się podwieźć nas najbliżej jak się dało, choć w połowie drogi prosiliśmy, aby nas wysadził. Praktycznie osuwaliśmy się do doliny lub topiliśmy w błocie, my byliśmy wystraszeni a wokół wszyscy się z tego faktu nieźle bawili. Do ruin mieliśmy kilka kilometrów po prostym, wwieźli nas na szczyt góry abyśmy nie musieli iść pod górkę, i skasowali 10 zł. Po drodze napotkaliśmy kilku górali, z którymi wymieniliśmy uprzejmości, oni w zmian uspokoili sforę psów, próbujących nas zjeść. Okolice Tantamayo to tereny odludne. Jeżeli spotykasz na drodze człowieka nie możesz przejść obojętnie. Może być to odebrane nawet jako akt agresji, i wtedy właśnie pieski by cię zjadły. Wyciskaliśmy się ze wszystkimi, wymieniliśmy uprzejmości, wskazano nam drogę „za rączkę”, przesympatyczni ludzie. Ruiny Piruro to pozostałości osady mieszkalnej z sześcio kondygnacyjnymi domami, centralną świątynią, murami obronnymi, basztami, bramami. Całość bardzo autentyczna, pięknie położona i raczej zapomniana przez wszystkich. Archeolodzy nie prowadzili tu jeszcze prac rekonstrukcyjnych, jak stało tak stoi, choć miejscowi coś wspominali, że chcą wprowadzić bilety wstępu. Miejsce magiczne, spędziliśmy tam kilka godzin bawiąc się w berka z pogodą i z przerażeniem ruszyliśmy w drogę powrotną.

Do pewnego momentu nie było źle. Stare drogi Inkaskie są genialnie wykonane i pomyślane. Ani za strome, ani za kręte, prosto do celu najbardziej płasko jak się da. Trochę się pogubiliśmy, ja spadłem „w przepaść” skręcając kolano i od połowy drogi zostałem kaleką. Na szczęście jakoś doczłapaliśmy się przed nocą do ”szpitala”, w którym mieszkaliśmy. Kolano nie rokowało dobrze, więc resztę dnia spędziliśmy rozglądając się po „szpitalu”. W kuchni znaleźliśmy stado świnek morskich hasających po podłodze. Zażyczyliśmy sobie jedną na śniadanie. Rano z kolanem było raczej gorzej niż lepiej. Po zjedzeniu świnki próbowaliśmy się przespacerować po wiosce. Miejscowi nawet chcieli wezwać do mojej nogi miejscowego znachora, odmówiłem. Po południu nie wiadomo skąd przyjechał autobus. Miał „tylko” 8 godzin spóźnienia, powinien być o 9 rano. Obsługa wyglądała jak siedem nieszczęść, cały dzień przekopywali się przez osuwiska. Pomimo tego, że w pobliżu były jeszcze ruiny Susupillo oraz kompleks wież grzebalnych, wsiedliśmy do niego. Moja noga i stale pogarszająca się sytuacja na drogach nie pozwoliłaby nam do nich dotrzeć. Autobus jak ruszył tak po kilkunastu minutach stanął. Chłopaki wzięli łopaty i zaczęli się przekopywać przez błoto.
Ale mieli już wszystkiego dość, szło to bardzo mozolnie. Jak już się przekopali to zaczęła się naprawa resorów. W ciągu trzech godzin mieliśmy dotrzeć do punktu przesiadkowego na końcu doliny a byliśmy dopiero w połowie drogi. Oprócz kilku pasażerom, którzy jechali autobusem nikomu - obsłudze, już się nigdzie nie spieszyło zrobili przerwę na kolację. Nie wytrzymaliśmy dłużej „szaleńczego” tempa tego ”gruchota”. Przespaliśmy się we wiosce i rankiem złapaliśmy „colecivo” bezpośrednio do La Union. Miasteczko nieciekawe, depresyjnie zalewane deszczem. Mieszkaliśmy w najwyższym budynku, 2 kondygnacyjnym, z widokiem na połać stalowych zardzewiałych dachów. Ponad nami w chmurach i deszczu znajdował się kolejny kompleks ruin Huanuco Viejo Rankiem podjechaliśmy na miejsce. Te rozległe pozostałości miasta z centralną platformą ofiarną, pozostałościami pałacu, świątyni, łaźni i magazynów pomimo padającego deszczu wywarły na nas duże wrażenie. 
Resztę dnia snuliśmy się po szarych ulicach La Union, a rankiem pojechaliśmy w wypatrzone z autobusu Cordillera Huayhuashi. 

Tylko trochę chyba bez sensu.
Zapraszamy również do galerii fotografii z podróży w miare możliwosci uaktualnianej:
http://shutterstock.com/g/rchphoto
Na patelni to chyba kurczak a nie świnka morska :) Nieźle:sfora piesków, kolano i pogoda...Same atrakcje :) Najlepszego w przebijaniu się przez świat!
Ależ Wy macie zdrowie!... Oszczędzaj to kolano, Rafał, bo potem dłuuuugo możesz mieć problemy (czego Ci oczywiście nie życzymy).
Żaneta i Rafał Cichawa – jesteśmy małżeństwem z Wrocławia; fascynują nas podróże z domem na plecach; przed nami wielka wyprawa, pozostawiliśmy rodzinę, przyjaciół, dom, pracę i wyruszamy w Świat; pierwsze nasze kroki kierujemy do Azji – startujemy 31.10.09 r. Warszawa- Moskwa – Delhi. Znajomych i przyjaciół oraz ludzi ciekawych Świata zapraszamy na Bloga. Postaramy się przekazać to co nas urzekło i przedstawić to co zobaczyliśmy w fotograficznym skrócie.
kontakt:
Zaneta - z.cichawa@onet.eu
Rafal - r.cichawa@onet.eu
Zainteresowania: Kultura, Fotografia, Podróże
| Komentarze: | ilość: 36 | punkty: 36 |
| Suma | 36 | 36 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
2012.05.11 – 14, Peru, Santa Cruz Trek – jeden z najpiękniejszych trekingów na Świecie!?:-(
2012.05.02 – 10, Peru, Huaraz, Huari, Caraz – Peru mniej znane z rodzinką - część IV
2012.04.29 – 05.02, Peru, Huanchaco – Peru mniej znane z rodzinką - część III
2012.04.26 – 28, Peru, Chachapoyas – Peru mniej znane z rodzinką - część II
2012.04.19 – 25, Peru, Lima, Chiclayo – Peru mniej znane z rodzinką - część I
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.