2012.01.04 – 12, Peru, Cotahuasi, Velinga – Canyon del Cotahuasi – najgłębszy kanion Świata

R.C.
Canyon Cotahuasi odwiedza tylko „garstka odważnych podróżników”, tyle wyczytaliśmy z pożyczonego przewodnika. Nawet przez chwilę zastanawialiśmy się czy starczy nam odwagi i siły po hucznie spędzonych świętachJ. Nie było wcale prosto. Autobus nasz stanął po 12 godzinach jazdy pozostawiając cywilizację za przełęczą pomiędzy dwoma sześciotysięcznikami, wulkanami Solimana i Coropuna. Kilka godzin wspinaliśmy się na nią gruntówką, potem kilka zjeżdżaliśmy, mgła ograniczała widoczność do kilku metrów. Wydawało nam się, że dojechaliśmy na miejsce, nawet ktoś potwierdził, że jesteśmy na dworcu autobusowym. W całkowitej mgle mogliśmy tylko potwierdzić, że jesteśmy w górach, na środku drogi a pasażerowie odbierają bagaże i gdzieś sobie idą. Szybko jednak wrócili. Wyszukaliśmy tłumacza, który poprosił nas abyśmy zostali z innymi w autobusie do świtu, bo na zewnątrz jest niebezpiecznie?! Ręce i nogi nam opadły. Czy to dzikie zwierzęta, czy uzbrojone bandy, może kataklizmy, zawróciły tych ludzi, o co chodzi. Ranek dał odpowiedź. Na odcinku kilku kilometrów z drogi pozostała góra gruzu. Po tych gruzach, po kostki w błocie doczłapaliśmy się do busa, który zwiózł nas do Cotahuasi, stolicy prowincji, ostatniej iskierki cywilizacji po tej stronie przełęczy. Cotahuasi to prawdziwa metropolia z ulicą handlową, parkingami, lokalnym radiem i ‘szpitalem”.




Wystawiając nos poza „miasto” cofasz się dziesięciolecia w tył, a na miejscu masz wszystko, aby godnie wypoczywac. Całkowitym zaskoczeniem było dla nas przyjazne nastawienie mieszkańców. Tutaj pytając o drogę nie oczekuj, że ktoś ci wytłumaczy gdzie iść. Najpierw się przywita, odstawi szklankę PISCO, przywiąże owcę lub konia do słupa, pożegna znajomych i za rączkę zaprowadzi do miejsca, z którego się już nie zgubisz. Nie przejdziesz po tych bezdrożach obojętnie obok drugiego człowieka, nie sposób. W mieszkańcach Cotahuasi zakochaliśmy się ze wzajemnością, uwielbiają oni takich przybyszów jak my. Oprócz tego, że jesteśmy bardzo fajni J to jeszcze wydajemy pieniądze bezpośrednio u nich a nie nabijamy kabzy biurom turystycznym. Wynajmując pokój na cztery dni przekonaliśmy do siebie większość z nich. Zrozumieli, że przyjechaliśmy tutaj, aby ich poznać i dokładniej rozejrzeć się po kanionie. Codziennie musieliśmy zdawać relacje z tego gdzie byliśmy, czy nam się podobało i podpowiadano nam gdzie mamy się jeszcze wybrać. Z Cotahuasi zrobiliśmy sobie trzy wycieczki. Odwiedziliśmy gorące źródła we wiosce Alca. Żanety z basenu z gorącą wodą wyciągnąć się nie dało, więc spędziliśmy tam prawie cały dzień. Kolejnego dnia wybraliśmy się do wioski Pampamarca. Trzy godziny jechaliśmy ostro pod górę. Na miejscu bajkowe widoki w tym na przepiękny wodospad Oskune. Nad nami kołowały kondory w dole wodospad skąpany we mgle a my pośrodku na śniadaniu.



W trzeci dzień zrobiliśmy sobie spacer w kierunku wioski Mungui. Ogólnie rzecz biorąc przepięknie. Pogoda zaczęła się poprawiać, więc postanowiliśmy zmierzyć się z kanionem, z jego najgłębszą częścią. Przepakowaliśmy się do 2 plecaków, zamierzaliśmy dotrzeć do wioski Quechualla. Wydawało się to proste. Autobusem jedziemy do wioski Velinga, w której podobno można się przespać a następnego dnia robimy sobie kilkugodzinny treking do najgłębszej partii kanionu. Autobus podjechał planowo, ruszyliśmy i po kilkunastu kilometrach stanęliśmy. Drogę rozmytą przez strumień udało nam się jeszcze naprawić, ale przez lawinę błotną już się nie przekopaliśmy.


Stanęliśmy kilkanaście kilometrów od Velingi w pobliżu wodospadu Sipia, nad którym zjedliśmy śniadanie.

W pobliżu nie było nikogo, pustkowie a przed nami kilka godzin marszu do koca nie wiadomo dokąd. Do wioski dreptaliśmy 6 godzin mijając po drodze kilka domów. W jednym wprosiliśmy się na zupę w kolejnym zakupiliśmy owoce kaktusów, zawsze pytaliśmy się ile przed nami drogi, zawsze odpowiadano, że jeszcze dwie godziny. Przed samą wioską zgubiliśmy drogę, więc za rączkę zostaliśmy doprowadzeni na właściwą ścieżkę. Jeszcze został nam ostatni „zig – zag” pod górę i ledwo żywi dotarliśmy do Velingi, oazy życia na tym pustynnym pustkowiu. We wsi faktycznie jest możliwość przenocowania w skromnych warunkach za to z pysznym lokalnym jedzeniem. Opłacało się pomęczyć. Po drodze mijaliśmy przepiękne krajobrazy i miejsca, a sama oaza to owocowy raj.


Z.C.
W następny dzień naszym celem było dotrzeć do najgłębszej części kanionu Cotahuasi i zobaczyć 3535m dziurę. O świcie przeganiani przez stado skrzeczących papug, mijając winnice, piękne sady awokado i mango dotarliśmy do pierwszego mostu. Tu obopólnie, po przeanalizowaniu darmowej mapki, wybraliśmy trudniejszą i niestety błędną drogę. Po godzinnej wspinaczce bardzo stromo pod górę ja zaczęłam protestować a Rafał zjechał na tyłku po skałach. Zawróciliśmy do mostu i zaczęliśmy wszystko od nowa. Na nasze szczęście do wyboru była jeszcze tylko jedna ścieżka wzdłuż rzeki, która przy wysokim stanie wody była częściowo zalana. Nad nami szybowały kondory a przed nami rozpościerał się las kaktusów i to nie byle jakich tylko „tower cacti” - iście westernowy krajobraz.

Pustynia opanowała również inkaskie kamienne ruiny. Dopiero za kolejnym mostem na płaskowyżu ukazała się osada Quechualla a za nią imponująca najgłębsza część kanionu. Powrót był wyczerpujący. Zapasy wody przy niesamowitym skwarze zaczęły gwałtownie maleć. Na ostatnich stromych schodach babulinka z laską nas wyprzedziła – byliśmy wycieńczeni przez słońce. Velinga jest tak miłym odludziem, że rozważaliśmy pozostanie w niej jeszcze jednej nocy, ale rano po losowaniu padło na powrót i 5 godziny marsz do Sipia. Całą drogę miałam lekką obawą czy na pewno będzie czekał tam na nas autobus, ale czekał i to tylko na nas. W Cotahuasi  spędziliśmy jeszcze dwa dni, ciężko nam było stąd wyjeżdżać.

 Kanion Cotahuasi to miejsce gdzie pewnie kiedyś wrócimy lepiej przygotowani i nastawieni na piesze wędrówki. My przepadamy za ślicznie położonymi małymi „full” prowincjami.

Zapraszamy wszystkich do galerii fotografii z Boliwii.

http://www.national-geographic.pl/foto/fotografia/fotografia-90ffc6e19b/

Zapraszamy również do galerii fotografii z podróży w miare możliwosci uaktualnianej:

http://shutterstock.com/g/rchphoto



Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2012-01-18 11:18

    Peruwiańskie kaniony wymiatają! Ten i Colca to jak dla mnie jedne z piękniejszych miejsc jakie dotąd odwiedziliście. To jest to co tygrysy lubią najbardziej. Pozdrawiam serdecznie, powodzenia! PS. Jak ktoś Wam mówił wcześniej, nie ma co wracać, u nas zima i ON po 6 zł!

  • Do moderacji
    2012-01-15 21:18

    Przepięknie tam jest! Wspaniale, że się nie poddajecie! Ściakam

ZRCichawa

  • 0/5
  • Ranga: Początkujący odkrywca
  • Fotograf:Zaawansowany

O mnie

Żaneta i Rafał Cichawa – jesteśmy małżeństwem z Wrocławia; fascynują nas podróże z domem na plecach; przed nami wielka wyprawa, pozostawiliśmy rodzinę, przyjaciół, dom, pracę i wyruszamy w Świat; pierwsze nasze kroki kierujemy do Azji – startujemy 31.10.09 r. Warszawa- Moskwa – Delhi. Znajomych i przyjaciół oraz ludzi ciekawych Świata zapraszamy na Bloga. Postaramy się przekazać to co nas urzekło i przedstawić to co zobaczyliśmy w fotograficznym skrócie.
kontakt:
Zaneta - z.cichawa@onet.eu
Rafal - r.cichawa@onet.eu

Zainteresowania: Kultura, Fotografia, Podróże

Aktywności użytkownika

Komentarze: ilość: 36 punkty: 36
Suma 36 36
Zobacz jak naliczane są punkty

Mój blog

Ostatnio odwiedzili mój profil

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się