2010.08.26-27,  Kambodża, Kampot – trekking po Górach Słoniowych

R.C.
Kampot to byłe kolonialne miasto Francuskie, do którego dostaliśmy się prywatnym samochodem, taksówką. Było najtaniej i nie trzeba „dyskutować” o cenach, godzinach wyjazdów, wysłuchiwać „bajek”, że połączenia nie ma i najlepiej jest wziąć taksówkę za 30$. Sama miejscowość nie przedstawia się imponująco, choć widać, zwłaszcza na deptaku nad rzeką, ładnie utrzymane kolonialne wille zaadoptowane na hotele i sympatyczne knajpki. Całość nabiera kolorytu wieczorem, gdy jest ciemno i podświetlone jest to, co jest podświetlenia warte. Deptak zapełnia się ludźmi, garkuchniami, sprzedawcami. Jest spokojnie, miło i sympatycznie. Reszta miejscowości to oczywiście gwarny bazar oraz budowa. Chyba ktoś zastał Kambodżę drewnianą a zamierza zostawić murowaną. W naszym kraju sprawdziło się to dość dobrze, a patrząc na zamierzenia budowlane Khmerów wydaje się, że im też się uda. Khmerowie mają swój styl budowania, jak to w Azji trochę pstrokacizny, kolumienek i lwów, ale całość wygląda po wybudowaniu dość fajnie, Kambodżańsko. My tutaj jednak nie przyjechaliśmy podziwiać Kampot, ale odwiedzić letnią rezydencję Francuską „Phnom Bokor” znajdującą się w Górach Słoniowych, na które rozpościerał się przepiękny widok z knajpek nad rzeką. Dowiedzieliśmy się wcześniej, że cały kompleks jest zamknięty, ponieważ inwestują tam Japończycy. Było to prawdą, spędziliśmy pół godziny przed budką strażniczą ulokowaną ok. 20 km przed „Phnom Bokor” i nic nie wskóraliśmy. Poinformowano nas, że obiekt można odwiedzić jedynie ze zorganizowaną wycieczką. Postanowiliśmy, że tam wejdziemy od drugiej strony, od nowej tamy. Objechaliśmy górę, zostawiliśmy skuter u miejscowych rolników i udaliśmy się w gęstwiny lasu deszczowego, aby tam dotrzeć.
Z.C.
Pokazując zdjęcie z przewodnika kościoła w Phnom Bokor byliśmy przez miejscowych kierowani wąską ścieżką w górę. Szliśmy niedawno założoną plantacją bananów i lychee. Wykarczowano las i powstały nowe tereny pod uprawę. Po pół godzinnym marszu pod górę, weszliśmy w gęstwinę, uratowało to nas przed dostaniem udaru słonecznego, bowiem pogoda nam dopisywała 40 stopni i bezchmurne niebo. Po drodze mijali nas ludzie ciągnący za sobą deski. Zrobił się nawet lekki tłok. Trzeba było uważać by nie dostać deską po nogach. Początkowo była to dla nas zagadka, o co chodzi z tymi deskami. Moja niepewność była do momentu natrafienia na zwalone ogromne drzewo, po ścięciu którego od razu, na miejscu w górach tnie się je na deski. Przytłaczające były widoki ogromnych drzew, które po ścięciu zostały wykorzystane może w 20% i pozostawione z powodu sęków lub próchnicy. Założyliśmy, że możemy iść w górę do godziny 14, bo później będzie trudno wracać po ciemku. Przez ostatnie dwie godziny nie mijaliśmy już nikogo. Przerażone intruzami ptaki, co róż robiły ogromny raban by nas przegonić ze swojego terytorium, modliłam się by nie spotkać małp. Pot nie kapał, lecz lał się z nosa a na plecach mieliśmy rzekę. Rafał chciał już zawracać, a ja zastanawiałam się gdzie ukryć statyw, bo nie miałam siły już go dźwigać. Ale założenia rzecz święta i do 14 pięliśmy się w górę, czasami zjeżdżając po glinie w dół, przechodząc na czworaka po gęstwinami lub przeskakując zwalone drzewa. Powoli zaczynaliśmy dojrzewać do tego, że nie damy rady dojść do kościoła i dawnego kurortu. Na szczęście tuż przed 14 usłyszeliśmy wodospad. Najprawdopodobniej dotarliśmy do wodospadu Popokvil Falls. Zrzuciliśmy wszystko i wskoczyliśmy pod „prysznic”. Kąpaliśmy się w lodowatej, krystalicznie czystej wodzie, było to wynagrodzenie za nasz trud marszu. Rafał rozstawił się z aparatem, ja jeszcze podeszłam nieco dalej. Tuż za wodospadem znajdowała się grota z posągiem Buddy. Malownicze miejsce, w koło rośliny, które w Polsce trzymamy w doniczkach na parapetach, tu rozrośnięte do ogromnych rozmiarów. Grota wyglądała na zamieszkałą, umyte naczynia leżały w misce, nad wypalonym ogniskiem wisiał czajnik. Nikogo jednak nie spotkałam. Powrót poszedł nam dość sprawnie, byliśmy zmordowani. Zrobiliśmy ok. 30 km w upale po górach. Zdążyliśmy na zachód słońca, który podziwialiśmy z tarasu kolonialnej willi.
R.C.
Nic nie było widać, tylko deszcz lub duszący kurz. Tak 5 godzin spędziliśmy jadąc do stolicy w „mini busie” z kilkunastoma materacami na dachu. Miałem zamknięte oczy, jak padał deszcz, kurz na ciele zamieniał się w błoto. Całą tą koszmarną podróż zastanawiałem się, jakie jest to Phnom Penh. Czy przywita nas brudem, rozgardiaszem i placem budowy, raczej tak. Po dotychczasowym pobycie w Kambodży nic innego nie przychodziło mi na myśl. Mamy tam spędzić kilka dni załatwiając min. wizę do Wietnamu. Nie mam ochoty spędzić tego czasu brodząc po kolana w błocie po kolejnym ulewnym deszczu lub wyciągać z oczu tony kurzu. Wjazd do stolicy utwierdził mnie w moich przewidywaniach. Ale jak już wjechaliśmy….

Zapraszamy do galerii fotografii w miare mozliwosci uaktualnianej:
www.shutterstock.com/results.mhtml

Dodaj komentarz

ZRCichawa

  • 0/5
  • Ranga: Początkujący odkrywca
  • Fotograf:Zaawansowany

O mnie

Żaneta i Rafał Cichawa – jesteśmy małżeństwem z Wrocławia; fascynują nas podróże z domem na plecach; przed nami wielka wyprawa, pozostawiliśmy rodzinę, przyjaciół, dom, pracę i wyruszamy w Świat; pierwsze nasze kroki kierujemy do Azji – startujemy 31.10.09 r. Warszawa- Moskwa – Delhi. Znajomych i przyjaciół oraz ludzi ciekawych Świata zapraszamy na Bloga. Postaramy się przekazać to co nas urzekło i przedstawić to co zobaczyliśmy w fotograficznym skrócie.
kontakt:
Zaneta - z.cichawa@onet.eu
Rafal - r.cichawa@onet.eu

Zainteresowania: Kultura, Fotografia, Podróże

Aktywności użytkownika

Komentarze: ilość: 33 punkty: 33
Suma 33 33
Zobacz jak naliczane są punkty

Mój blog

Ostatnio odwiedzili mój profil

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się