R.C.
Na wyspę płynęliśmy promem 4 godziny. Czas ten w całości wypełniła nam żarliwa modlitwa o to, aby się ta krypa nie rozpadła. W momencie, gdy zatrzymano silniki, aby odeprzeć kolejne uderzenie fali byłem pewny, że już po nas. Mniej więcej w połowie drogi przycumowaliśmy troszkę za końcem świata, aby wyładować „budowlankę” dla budującego się tam resortu. Ja próbowałem uchwycić w obiektywie jedno z piękniejszych wybrzeży, jakie widziałem do tej pory, Żaneta na lądzie dochodziła do siebie po „burzliwym” rejsie, starając się odróżnić od bieli naszego statku. Trochę jej się udało, ale kategorycznie poinformowała mnie, że wracać tym „czymś” nie będzie. A jednak nam się udało, dopłynęliśmy do niewielkiej osady rybackiej na wyspie, która miała szerokość 9 minut, a długość kilkudziesięciu minut marszu. Z nami przypłynęły porzygane świnie, na wpół uduszony drób, jajka, zielenina i cała reszta rzeczy potrzebna do życia mieszkańcom. Za bardzo nie wiedzieliśmy gdzie płyniemy, wiedzieliśmy, że można tu przenocować, są przepiękne rafy i cudowne wybrzeże Botum Sakor NP. Główna „ulica handlowa” zrobiła na nas duże wrażenie. Można tu kupić wszystko, mnóstwo miejscowych „restauracji”, mały bazar i salon telefonii komórkowej. Uroczo. Jednak tak uroczo już nie było jak zaczęliśmy się targować o cenę noclegu. Praktycznie w jedynym miejscu na wyspie gdzie można w miarę tanio się przespać, za 7,5$, cena spadła po wielkich negocjacjach o 50 centów. W międzyczasie próbowano wyłudzić ode mnie 2$ za pokazanie drogi do GS, którą znałem i kolejne 2$ za dostarczenie klucza. Byliśmy rozczarowani, w dodatku zaczęło padać i padało tak przez kolejne dwa dni. Spędziliśmy je włócząc się po wyspie i nawiązując kontakty z miejscowymi. I tu Kambodża pokazała swoje prawdziwe oblicze. W drugi dzień byliśmy rozpoznawalni i pozdrawiani przez wszystkich, za nami biegał tuzin dzieciaków, drugi tuzin stacjonował przed naszym domkiem, cała wioska już wiedziała gdzie jemy, gdzie zaopatrujemy się w owoce, u kogo kupujemy wino ryżowe, każdy znał swoją rolę. W restauracji w GS ceny były zdecydowanie za wysokie, stołowaliśmy się, jak zawsze, z miejscowymi. Wyszukaliśmy sympatyczną kobietkę, która serwowała „zupę - kleik” i wyśmienite soki owocowe, u kolejnej kupowaliśmy kanapki z bagietki. Gdzie się nie zatrzymaliśmy, aby przeczekać nawałnicę zaraz pojawiały się dla nas krzesła, serdeczny uśmiech, herbata z lodem i dzieciaki z niezmordowanym „hello”. W Kambodży „hello” odpowiedzieliśmy już pewnie kilka tysięcy razy, podobnie jak w Indiach gdzie odpowiedzieliśmy pewnie kilkanaście tysięcy razy skąd jesteśmy. Zaczęło być bardzo sympatycznie. Ko Sdach to bogata wioska rybacka z pokaźnym portem, wytwórnią lodu, własnym agregatem prądotwórczym, i masztem telefonii komórkowe. W czasie całego pobytu nie zjedliśmy nawet „płotki”. Tu ryb się nie je w „restauracjach”, wszyscy proponowali nam świnię, kurę lub krowę. Na takie właśnie posiłki przychodzą marynarze, aby nie musieć w kolejny dzień zajadać się rybami. To znaczy u nas w GS można było zamówić rybę, jaką się chce, ale ze względu na to, że zamawiają ją wariaci lub turyści ceny są wysokie. Siedząc przy kolejnej „zupie – kleiku” nagle szefowa wyciągnęła worek kalmarów z lodówki i odłożyła reklamówkę dla syna na kolację. Wyskoczyliśmy jak z procy, czy też możemy sobie zamówić takie pyszne kalmary. Czy reklamówka wam wystarczy, pyta, to trochę za dużo, wystarczy nam kilka. Po godzinie sprzeczaliśmy się, kto je głowy a kto odwłoki, kalmary wychodziły nam przez uszy, zaserwowano nam jednak reklamówkę, za darmo. W kolejna dwa dni mieliśmy piękną pogodę. W pierwszy słoneczny dzień udaliśmy się małą motorówką na wybrzeże Botum Sakor NP. Płynąc łupinką z silnikiem Żaneta śmiała się nerwowo do rozpuku. Przejażdżka jak na wesołym miasteczku, góra, dół odbijaliśmy się od fal jak mała piłeczka. Na bezkresnym wybrzeżu byliśmy sami. Piaszczysta plaże, lazurowa woda, wielkie fale cudowne miejsce. Po powrocie do wioski okazał się, że większość mieszkańców świętuje popijając drogie alkohole. Przed domami stały stoły zastawione jedzeniem, czuć było kadzidła. Na „zupie – kleiku” nie dowiedzieliśmy się, o co chodzi. Język migowy wystarcza, aby się dowiedzieć, kto jest mężem i ile ma dzieci, ale w kalendarzu była czerwona kartka, czyli coś się będzie działo. Cały wieczór świętowano na plażach, w knajpkach i na naszym pomoście. My załapaliśmy się na imprezę na pomoście. Jak tylko wypatrzyła nas miejscowa młodzież zaraz znalazł się kufel zimnego piwa i zakąski. Na migi posfataliśmy ich wszystkich nawzajem ze sobą, co wzbudzało salwy śmiechu. Było bardzo miło i wesoło. Rankiem następnego dnia przy śniadaniu zostaliśmy zaproszeni na uroczysty posiłek. Siedzieliśmy z całą rodziną zajadając się kaczką z orzeszkami ziemnymi, słodkim „łodygami” przeróżnymi zielonymi ziołami i „toną” ryżu na głowę, bardzo sympatyczni ludzie. Ostatni dzień pobytu na wyspie spędziliśmy na plaży przed naszym domkiem. Przepięknych raf jednak nie zdołaliśmy zobaczyć, pływaliśmy za to wśród niezliczonej ilości pięknych kolorowych ryb. Rafa musi być gdzieś blisko może przy kolejnych małych pobliskich wyspach a świadczą o tym wyrzucone na brzeg, dwa dni wcześniej, piękne rozgwiazdy. Łódź na nie jednak trochę kosztowała i nie udało nam się jej załatwić, więc odpuściliśmy. Będzie do czego wracać. Przy płaceniu za nocleg udało nam się stargować jeszcze jednego dolara z dniówki. „Krew się lała strumieniami” jednak ostatecznie przesmutna matrona wylegująca się przed telewizorem skinęła akceptując naszą stawkę. Podróż powrotna promem była zdecydowanie spokojniejsza, czas wypełniło nam oglądanie filmu, na którym jeden z chińskich mistrzów sztuki walki zdemolował cały Paryż.
Zapraszamy do galerii fotografii w miare mozliwosci uaktualnianej:
www.shutterstock.com/results.mhtml
Rozmarzyłem się czytając Wasze opowieści. U nas 1 wrzesień i wiadomo jaki nastrój panuje wtedy w Polsce. Dzieci do szkoły (moje już też), a do tego nadchodzi chyba już 5 fala powodziowa!!! Podziwiam Was jak szybko potraficie zbratać się z miejscowymi i jak niesamowicie odpieracie ataki na Was - teoretycznie naiwnych turystów. Serdeczne pozdrowienia z Ojczyzny!
Żaneta i Rafał Cichawa – jesteśmy małżeństwem z Wrocławia; fascynują nas podróże z domem na plecach; przed nami wielka wyprawa, pozostawiliśmy rodzinę, przyjaciół, dom, pracę i wyruszamy w Świat; pierwsze nasze kroki kierujemy do Azji – startujemy 31.10.09 r. Warszawa- Moskwa – Delhi. Znajomych i przyjaciół oraz ludzi ciekawych Świata zapraszamy na Bloga. Postaramy się przekazać to co nas urzekło i przedstawić to co zobaczyliśmy w fotograficznym skrócie.
kontakt:
Zaneta - z.cichawa@onet.eu
Rafal - r.cichawa@onet.eu
Zainteresowania: Kultura, Fotografia, Podróże
| Komentarze: | ilość: 33 | punkty: 33 |
| Suma | 33 | 33 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
2012.02.01 – 07, Peru, Huanuco, Tantamayo, La Union – “los ruinas” – szlakiem kultury Yarowilca
2012.01.21 – 31, Peru, Aycucho, Huancavelica, Huancayo – Gringo w centralnych Andach
2012.01.12 – 15, Peru, Aplao, Corire – Toro Muerto Petroglyphs
2012.01.04 – 12, Peru, Cotahuasi, Velinga – Canyon del Cotahuasi – najgłębszy kanion Świata
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.