Dzien szesnasty
R.C.
Rano okazalo sie, ze Puszkar to mala miescina z wyschnietym swietym jeziorkiem, swiatyniami, do obejzenia w jeden dzieñ, my postanawiamy zostac dwa, dziewczyny chca zrobic jakies zakupy. Przy glownej ulicy biegnacej wokól jeziorka rozlokowalo sie mnóstwo sklepów ze wszystkim. Zaneta z Marta biegaja po nich kupujac prezenty, ja próbuje odbudowac moja wagê pozerajac mnóstwo przepysznych Vegburgerów w zabójczo niskiej cenie 20 Rs za sztukê. Indyjski Veg Burger sklada siê z bulki opiekanej z kazdej strony na plycie, nastêpnie smarownej serem, jakiejs zieleniny i kotleta ziemniaczanego, pyszne. Caly dzieñ zlecial nam na tych mialkich zajêciach, wiêc wieczorem postanowiliœmy wejsc na wzgórze, na którym wybudowana zostala swiatynia i obejrzec zachód sloñca nad pustyni. Z Mateuszem wczeœniej odwiedzilismy rogatki miasta w poszukiwaniu Wine Shop-u, droga wiodla przez pustynie, obok rozkladajacych siê truchel zwierzat, stert smieci i kanalu sciekowego. Zakupiliœmy w min, z okazji imienin Marty, butelkê rumu. W polowie drogi na szczyt juz wiedzieliœmy, ze z zachodu bêda nici z powodu pojawienia siê na niebie czarnych, gêstych chmur burzowych, ale ze szczyt ze swiatynia byl blisko weszliœmy na górê. Akurat przed naszym przyjsciem zamknêli switynie. Usiedliœmy na skalach i uciêliœmy sobie pogawêdkê z poznana parka¹ z Polski, z Krakowa, pozdrawiamy. Jak siê póŸniej okalo wynajêty prze nich samochód, zdecydowanie ulatwil „ewakuacjê” naszych dziewczyn. My sobie przyjemnie gawêdzimy a chmury gêstnieja, pierwsze uderzenie wiatru nas nie powalilo bo siedzieliœmy, ale dziêki niemu spojrzeliœmy w niebo. Nadciagala katastrofa. Czarne chmury klêbily siê nad nasza góra, blyskawice rozœwietlaly niebo, ale huk byl z kilkusekundowym opóznieniem, jeszcze burza byla daleko, ale zblizala siê szybko. Pierwsze krople deszczu spadly jak zaczynaliœmy schodziæ po sliskich kamieniach, poganiani przez pioruny gnalismy w dól, wiatr siê zmagal. Nagle nastala calkowita ciemnosc, miasto zostalo odciête od pradu. Nic nie widac, wyciagamy lampki tzw. „naczolówki” i pêdzimy na dól, to znaczy próbujemy siê na sliskich kamieniach nie pozabijaæ. Z nieba lala siê woda, wiatr porywal piasek znad pustyni i „zorganizowal” nam burzê piaskowa, piasek mielismy wszêdzie, najwiêcej w oczach i majtkach. Zbiegliœmy juz prawie na sam dól gdy grad wielkosci pileczek pingpongowych zaczal nas okladaæ po glowach. Schroniliœmy siê pod jakims zdemolowanym straganem próbujac cos widzies i jednoczeœnie nie oberwas lodem po glowie. Do miasta bylo jeszcze jakieœ 1,5 – 2 kilometry. Wlasnie wtedy znalazly siê dodatkowe dwa miejsca w samochodzie poznanej na górze parki dla naszych dziewczyn. One pojechaly sobie wygodnie do domku, my z Mateuszem pod strzêpami straganu, w strugach deszczu, piachu, lodu i kompletnej ciemnoœci próbujemy cos wymyslic. Nasz stragan ulokowany byl pod drzewem, baliœmy siê zbli¿ajacych siê piorunów, juz nie bylo co liczyc, blysk i huk. Biegnac w kompletnych ciemnosciach w kierunku, w którym odjechaly nasze dziewczyny liczymy na dotarcie do miasta. Z opuszczonego domu slychac nawolywania w nasza stronê, okazalo siê, ze komuœ siê wbily w nogê jakies kolce i potrzebne bylo swiatlo aby je wyciagnac. Poszkodowanym okazal siê Indus a „lekarzami” Brazylijczycy, bardzo milo wspominajacy polskich znajomych z Brazylii. Jeszcze bylo pamiatkowe zdjêcie, wypaliliœmy sobie „biri”, rodzaj papierosa wykonanego z jednego liscia tytoniu, przeczekaliœmy najgorsze i poczlapaliœmy do domu. Bylismy przemoczeni, przemarzniêci, zapiaszczeni w miescie na srodku pustyni, a droga do domu wiodsa przez psynace rynsztoki.
Dzieñ siedemnasty
Kolejny dzieñ w Puszkarze minal nam na wypoczynku, czyli dziewczyny nadal kupowaly, dolaczyl nawet Mateusz, a ja nadal uzupelnialem kalorie jedzlc Veg Burgery. Z tej calej stagnacji na wieczór postanowiliœmy sobie zalatwic Camel Safari z noclegiem na pustyni, pod golym niebem. Co prawda po wczorajszej burzy mieliœmy calkiem powazne obawy, ale przekonano nas ze to byla jakas dziwna anomalia. Safari bylo nadzwyczaj tanie, 500 Rs od glowy z posilkami i noclegiem. Wyruszyliœmy ok. 3 godziny przed zachodem, camele podstawiono nam prawie pod hotel. Wyruszyliœmy na czterech camelach z czwórka kierowców siedzacych za nami. Mlodzi ludzie, weseli, próbowali nam sprzedaæ wszystkie uzywki jakie sa na swiecie, my zdecydowaliœmy siê na cztery piwa, byli zawiedzeni. Na miejsce dojechalismy przed zachodem, obejrzeliœmy sobie zachód sloñca i poszliœmy ogladac nasze „legowisko”. Zorganizowano nam je na podwyzszeniu pod drzewem na materacach, które jeden z cameli wytarzal we wlasnym moczu. Juz byliœmy przekonani, ¿e jedno piwo to za malo aby tam spacæ i ze zrobiliœmy blad przychodzac na „legowisko” w czasie gdy jeszcze bylo cos widac. Pod naszym drzewem stoczyliœmy zaciêty pojedynek karciany, w którym wygrany mógl sobie wybrac najmniej zaszczany materac. Zaneta wygrala ja przegralem. Zaneta cala noc spala, ja podziwia³em przepiêkne niebo poznajac nowe konstelacje przy pelni ksiêzyca, przepasany w polwie moim plecakiem z aparatem. Po zimnej nocy poranna herbata z tostami postawila nas na nogi. Wracajac miêdzy wiejska zabudowa witalismy wszystkich napotkanych radosnym RAM RAM – podobno poranne ram ram pomaga na serce. Po powrocie bierzemy szybki prysznic i wyruszamy dalej, do Udajpuru.
Zapraszamy do galerii fotografii z podróży w miarę możliwosci uaktualnianej:
http://shutterstock.com/g/rchphoto
Hej :) Żanetka jak byłaś na wcześniejszych zdjęciach z Marta wygladałaś na opaloną a terz jesteś bladziutka :). Wygoddne były te wielbłady ? Śliczne zdjęcie. Przesyłamy gorace buziaki papa!! H i J
Żaneta i Rafał Cichawa – jesteśmy małżeństwem z Wrocławia; fascynują nas podróże z domem na plecach; przed nami wielka wyprawa, pozostawiliśmy rodzinę, przyjaciół, dom, pracę i wyruszamy w Świat; pierwsze nasze kroki kierujemy do Azji – startujemy 31.10.09 r. Warszawa- Moskwa – Delhi. Znajomych i przyjaciół oraz ludzi ciekawych Świata zapraszamy na Bloga. Postaramy się przekazać to co nas urzekło i przedstawić to co zobaczyliśmy w fotograficznym skrócie.
kontakt:
Zaneta - z.cichawa@onet.eu
Rafal - r.cichawa@onet.eu
Zainteresowania: Kultura, Fotografia, Podróże
| Komentarze: | ilość: 33 | punkty: 33 |
| Suma | 33 | 33 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
2012.02.01 – 07, Peru, Huanuco, Tantamayo, La Union – “los ruinas” – szlakiem kultury Yarowilca
2012.01.21 – 31, Peru, Aycucho, Huancavelica, Huancayo – Gringo w centralnych Andach
2012.01.12 – 15, Peru, Aplao, Corire – Toro Muerto Petroglyphs
2012.01.04 – 12, Peru, Cotahuasi, Velinga – Canyon del Cotahuasi – najgłębszy kanion Świata
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.