2010.02.17 – 19 Indie, Agra, Jaipur

Dzien jedenasty
M.L.
Na ostatni dzien w Agrze zostawilismy sobie Taj Mahal. Wstep 750 Rs – najdrozszy zabytek Indiach. Po wejsciu oczywiscie kontrola osobista, przeszukiwanie bagazu i mala klotnia o to czy mozna wejsc z laptopem – jak to w Indiach, podobno sa takie przepisy, ale nikt ich nie widzial. Jest naprawde ogromny, az trudno sobie wyobrazic, ze ktos to wybudowal na mauzoleum dla jednej osoby.  Robi wrazenie nie tylko wielkoscia, ale tez kunsztem w wykonaniu. Przepieknie rzezbiony, inkrustowany kamieniami szlachetnymi, caly z bialego marmuru. Dobrze, ze zostawilismy to sobie na koniec, bo przycmiloby na pewno inne zabytki Agry. Spedzilismy tam kilka godzin, zrobilismy z Rafalem setki zdjec (jednej budowli!) poszlismy na pozegnalny obiad do „naszej” restauracji po czym udalismy sie w okolice dworca. Lapiemy jakis autobus deluxe do Jaipuru  i ku naszemu zdziwieniu okazuje sie, ze autobus jest sleeperem tzn., ze nad siedzeniami sa lozka, z jednej strony jednoosobowe (w praktyce jakis 4 hindusow) a z drugiej dwuosobowe (8-10 hindusow). Dlugo sie nie zastanawiajac pakujemy sie w czworke na gore, na lozko dwuosobowe, rozkladamy karty i obalamy 2 old rum, jako, ze droga dosc dluga przed nami. Tradycyjnie na wieczor w ciemnosci dojezdzamy do rozowego miasta i dluzszy czas probujemy znalezc jakis hotel. Udaje nam sie wynajac duzy pokoj z dwoma lozkami i ogromna (jak na indyjskie warunki) lazienka. Czas sie troche wyspac.
Dzien dwunasty
M.L.
Mamy lenia i postanawiamy nie szarpac sie dzis na fort, tylko zwiedzic, znajdujacy sie w sercu rozowego miasta – palac wiatrow (Hawa Mahal) – chyba najbardziej  rozpoznawalny zabytek Jaipuru. Palac wybudowany zostal dla licznych zon i dam dworu maharadzy w formie pieciokondygnacyjnego azurowego budynku. Jest poludnie, jest niesamowicie upalnie i wydaje sie, ze nie da sie przed tym ukryc. Stragany sa zatloczone i glosne, pelne kolorow, glownie czerwieni papryk wysypujacych sie z workow, i kolorow szali i ubran.
Po poludniu decydujemy z Zaneta, ze idziemy do kina obecnie wielki hit bollywood – My name is Khan – w obsadzie nie z kim innym jak mym umilowanym Shah Rukh Khanem i Khajol. Kolejki do kina niemilosierne. Sala kinowa podzielona na 3 strefy – diamond box gdzie bilet kosztuje 160 Rs, emerald za 80 Rs i ruby za 60 Rs. Kupujemy bilety na emerald i wchodzimy do kina, ktore okazuje sie tak zdobne jak niejedna opera. Bogato zdobione sciany, krysztalowe zyrandole i wylozone czerwonym dywanem schody. Na seans wybralo sie duzo turystow, a hindusi przychodza calymi rodzicami, wlaczajac w to niemowleta. Seans jest wielkim wydarzeniem, do obslugi zaangazowanych jest wiele osob krecacych sie przez caly seans z latarkami, ludzie bardzo zywiolowo reaguja na fabule filmu, a siedzenia sa nisamowicie wygodne bo mozna je rozlozyc niemalze do pozycji lezacej. W trakcie filmu ludzie klaszcza, bija brawo i krzycza do ekranu, mozliwosc nie tyle obejrzenia filmu, co bycia w kinie, a nie na filmie dostarcza duzo rozrywki. Po seansie spotykamy sie z chlopakami, jeszcze tylko wyskok do przydroznego straganu na chowmeina i masala dosa i do hotelu.
Dzien trzynasty
M.L.
Poranna wyprawa na safari – jedziemy zobaczyc tygrysa! Najpierw godzina pociagiem (50 Rs) do Sawai Mathapur, Potem kawalek riksza do biura Rathambore National Park. Sa dwie kasy i dwie kolejki – bilety na gypsy czyliu jeepy(drozsze, 6 miejsc cichsze) i na cantery (tansze, duze 20 – osobowe halasliwe autobusy z odkrytym dachem). Wolelibysmy jeepy, by moc w spokoju podgladac zwierzeta. Wywieszaja kartke, ze nie ma gypsy. Do mnie i Zanety podchodzi jakis chlopak, ktory twierdzi, ze jest posrednikiem i kupuje miejsca w gypsy dla dwoch klientow i ze sa jeszcze 4 miejsca wiec jesli chcemy to on nam zalatwi bilety i mamy o nic sie nie martwic. Ok., zgadzamy sie. W miedzyczasie idziemy skorzystac z toalety i po powrocie wita nas awanturka od Rafala i Mateusza, ze gdzie bylysmy, mamy bilety na cantery (500 Rs), chlopak nas sciemnil…Tez bedzie ciekawie.
W koncu nadchodzi godzina naszego safari, wsiadamy do cantera, po dluuugim czasie doczlapuje sie nasz przewodnik i kierowca. Canter jest prawie pusty – super! Ruszamy w droge. A jednak…nie nie canter nie jest pusty, po prostu jezdzimy od hotelu do hotelu i zabieramy turystow, ktorzy zaplacili po 1500 Rs za safari. Po prawie godzinie kluczenia miedzy hotelami wjezdzamy do parku narodowego. Ok., ok. zaraz zobaczymy tygrysa! Wylosowalismy trase nr 3 – ponoc ta trasa jak i nr 4 sa najlepsze bo jest najwieksze prawdopodobienstwo spotkania z tygrysem bengalskim. Zreszta, ponoc rano na tej trasie widziano jednego. Prawie zaraz po wjezdzie, widzimy wygrzewajacego sie na brzegu jeziora krokodyla, mnostwo jest kopytnych, ptactwa. Klimat jest naprawde sympatyczny, zycie toczy sie tu wlasnym rytmem, duzo tu zieleni i zwierzat zyjacych w swym naturalnym srodowiskiem. Wszystko super, tylko wciaz nie ma tygrysa…krecimy sie wokol zbiornikow wodnych, przewodnik nie ma za duzo do powiedzenia, ale zdaje sie, ze tu mamy najwieksza szanse na spotkanie z tygrysem. Czas mija, a kota jak nie bylo tak nie ma, aparaty wpierw trzymane w pogotowiu opadaja, ludzie zaczynaja glosno konwersowac –a tygrys wciaz skutecznie nas ignoruje. Nagle, slychac jakis dzwiek – to malpy nadaja ostrzegawczy sygnal. I wtedy zaczyna sie szalona gonitwa jeepow i canterow w tym samym kierunku, zaalarmowane tym samym – falszywym jak sie okazuje – znakiem.
Nie udalo sie, wracamy do miasta. Nie zobaczylismy tygrysa, jestesmy zawiedzeni, na dodatek znow pielgrzymka po hotelach, na koncu wysadzaja nas na ulicy i ruszamy w strone dworca. O 20:40 mamy pociag powrotny do Jaipuru (bilet – 20 Rs), trzy godziny jazdy. Jestesmy wykonczeni, a dluga droga przed nami. Jadacy z nami hindusi zameczaja nas pytaniami i opowiesciami.
Mateusz probuje Pana takiego prawdziwego nie z torebki mamy niezly ubaw a miejscowi wystraszeni podpytuja czy wszystko OK. – kategorycznie zabronili polykac.


Zapraszamy do galerii fotografii z podróży w miarę możliwosci uaktualnianej:
http://shutterstock.com/g/rchphoto

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2010-03-06 12:13

    nie martwcie się tym tygrysem......jest u na w zoo......;) przyjedziecie, zobaczycie! buziaki a.

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2010-03-04 22:51

    hej o co chodzi, ze mateusz probuje Pana prawdziwego, a nie z torebki?:) Pozdrowienia dla Was, szczególnie Rafala z malzonka! Stach

ZRCichawa

  • 0/5
  • Ranga: Początkujący odkrywca
  • Fotograf:Zaawansowany

O mnie

Żaneta i Rafał Cichawa – jesteśmy małżeństwem z Wrocławia; fascynują nas podróże z domem na plecach; przed nami wielka wyprawa, pozostawiliśmy rodzinę, przyjaciół, dom, pracę i wyruszamy w Świat; pierwsze nasze kroki kierujemy do Azji – startujemy 31.10.09 r. Warszawa- Moskwa – Delhi. Znajomych i przyjaciół oraz ludzi ciekawych Świata zapraszamy na Bloga. Postaramy się przekazać to co nas urzekło i przedstawić to co zobaczyliśmy w fotograficznym skrócie.
kontakt:
Zaneta - z.cichawa@onet.eu
Rafal - r.cichawa@onet.eu

Zainteresowania: Kultura, Fotografia, Podróże

Aktywności użytkownika

Komentarze: ilość: 33 punkty: 33
Suma 33 33
Zobacz jak naliczane są punkty

Mój blog

Ostatnio odwiedzili mój profil

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się