Nowa Zelandia 25 XII

31 styczeń 2012
Nowa Zelandia 25 XII

Kolejnego dnia postanowiliśmy świętować, czyli nie zrywać się wcześnie rano, bez pośpiechu przygotować coś dobrego na śniadanie, delektować się miejscem i chwilą. Bo czasem w podróży chce się przestać myśleć o tym, co „dalej” i „później”, na co na ogół nie ma jednak czasu... Ale udało się, chociaż zadanie było ułatwione - słońce oświetlało pagórkowatą okolicę, tworząc wraz z opadającymi mgłami, nie lada kompozycję. Byliśmy tu i teraz. A po świątecznym poranku pojechaliśmy pożegnać się z jeziorem, które dziś wydało nam się znacznie mniej dramatyczne, chociaż nadal piękne. To skłoniło nas do - powracającej zresztą często - dyskusji na temat piękna miejsc zwyczajnych.

Dziś dzień transferu - do przebycia mamy 500 km, celem jest Wellington. Planowanie takich odległości na ogół wychodzi nam marnie, bo zawsze zakładamy, że na takim odcinku drogi coś ciekawego się przytrafi, i chętnie dajemy się ponieść ad hoc odkrywanym miejscom. Więc nie planujemy, a do celu docieramy spóźnieni (o ile w ogóle).

Pierwszy przystanek zrobiliśmy już po godzinie jazdy - w miejscowości Wairoa. Pierwotnie po to, aby zatankować. W miasteczku swoje ujście do morza ma rzeka o tej samej nazwie. Postanowiliśmy więc zobaczyć jak zlewają się ze sobą wody. Polubiłam ten widok dzięki australijskiemu wybrzeżu, gdzie często statyczne jeziora stykają się ze wzburzonym oceanem, gdzie łączą się temperamenty, kolory, miesza słone ze słodkim. Rzeczywiście, i tym razem krajobraz okazał się niezwykłą kompozycją różnorodnych elementów. Nie, one nie są różnorodne, one się wykluczają. Konfuzja łagodzona przez wszechobecny błękit.  

Kolejny przystanek to położone nad oceanem miasto Napier. Ku naszemu zaskoczeniu miasto reklamuje się jako światowa stolica Art Deco. Po tym co zobaczyliśmy w Wairoa trudno było doszukiwać się piękna w kilku budynkach z początku XX wieku. Tym, co znacznie bardziej nadawało charakter miejscu była industrialna przestrzeń portu, sąsiadująca z bajkową, błękitną zatoką, po której pływali ludzie po sąsiedzku z łódkami. Przestrzeń miasta dopełniały białe magazyny, stąd bowiem rozpoczynał się kolejowy transport przywiezionych na statkach towarów. Białe hale pięknie oświetlało słońce. Kolejna przestrzeń, która wykroczyła poza moje dotychczasowe przyzwyczajenia.

Jak można było się domyśleć, czas upłynął nadspodziewanie szybko, a do Wellington było nadal nadspodziewanie daleko. Szanse, że dotrzemy jeszcze dziś do stolicy malały. Nie pomogło nawet to, że drogi były zupełnie puste, oddając świąteczną atmosferę dnia. Dziś bowiem nikt nie myśli o transferze, każdy już dotarł na swoje miejsce, najbardziej właściwe. Mijamy więc kolejne nieme miasteczka. Życie przeniosło się nad wodę - nad ocean, jeziora i rzeki.

Mijamy jeszcze jedno senne miasteczko - Pahiatua. Całkiem przypadkiem odkrywamy, że istniał tu „Obóz Polskich Dzieci”, założony pod koniec II wojny światowej dla sierot, które w 1944 roku przybyły do Nowej Zelandii. Ewakuowane z Iranu, miały uzyskać schronienia w Nowej Zelandii do zakończenia wojny. Większość z nich jednak, usamodzielniwszy się, została na zielonej wyspie. Obóz, zwany także "Małą Polską" przestał istnieć w 1949 roku. Zainteresowanych historią odsyłam do strony: http://www.wellington.polemb.net/?document=167. Dziś na pamiątkę w miejscu, gdzie znajdowała się tylna brama obozu, stoi pomnik mający przedstawiać matkę z dzieckiem na okręcie pod żaglem. Jest to równocześnie miejsce postoju dla turystów.

Zrobiło się już naprawdę późno. Czas więc wybrać miejsce na nocleg. Padło na położone na Przylądku Palliser - Putangirua Pinnacles. Są to osobliwe formacje skalne, powstałe około 7 mln lat temu na bazie żwiru. Ta gęstwina szarych, nieregularnych pali tworzy surrealistyczny klimat, który docenili twórcy filmu „Władca Pierścieni”. Położonemu u podnóży Pinnacles polu namiotowemu, które wciśnięte zostało pomiędzy dziwaczne skały, a bezkresną taflę oceanu, udziela się niecodzienna atmosfera. Poczucie niezwykłego związku z naturą potęgują rozpalone prawie przy każdym namiocie ogniska. Na dzień dobry (a raczej dobry wieczór) przywitali nas opiekunowie tego miejsca - starsza, radosna para, mieszkająca w autobusie. I znów warto było nie planować.

  • Tagi:
  •  

Dodaj komentarz

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się