Nie ma znaczenia, kiedy i jak umrzemy. Ważne, żeby choć przez chwilę żyć pełnią życia.

Jerri Nielsen wchodzi na aulę Uniwersytetu Medycznego w Ohio uśmiechnięta jak zawsze. Jak zawsze też swój wykład na temat profilaktyki nowotworowej zaczyna od przypomnienia swojej historii sprzed dziewięciu lat. Punkt pierwszy: ośmiomiesięczne uwięzienie na Antarktydzie. Punkt drugi – wykrycie u siebie raka piersi. Punkt trzeci – chemioterapia, którą lekarka aplikuje sobie w polarnych warunkach. Wreszcie happy end: zwycięstwo nad chorobą, które rozsławiło ją na całe Stany. Ale wykład w Ohio 3 października 2008 r. ma element, którego nikt się nie spodziewa. Na zakończenie bohaterka zdejmuje perukę, pokazując audytorium łysą głowę. – Dwa tygodnie temu przeszłam udar mózgu. Okazało się, że rak wrócił. Niedługo umrę. Po kilkudziesięciu sekundach krępującej ciszy dr Nielsen kontynuuje wystąpienie. – Nie ma najmniejszego znaczenia, kiedy i jak umrzemy. Jedyne co ma znaczenie, to to, czy kiedykolwiek żyliśmy pełnią życia – mówi. Rozlegają się owacje, ale słuchaczom trudno ukryć szok. Nie tak miał wyglądać ten wykład.

W życiu dr Jerri Nielsen prawie wszystko wyglądało nie tak, jak powinno. Kiedy w połowie 1997 r. zdecydowała się opuścić rodzinę i zamieszkać w domu rodziców w Ohio, chciała przede wszystkim odpocząć. Miała 46 lat i czuła, że przegrała swój los. Praca lekarza w ambulatorium, która kiedyś wydawała się jej powołaniem, coraz bardziej ją nużyła. Właśnie zakończyła też swój nieudany związek z psychopatycznym mężem. W dodatku po rozwodzie córka i dwaj synowie niespodziewanie oświadczyli, że chcą zostać przy ojcu. Jerri popadła w depresję. Przestałam marzyć, nie widziałam przed sobą przyszłości. Zastanawiałam się, czy tak wygląda starość? – napisze później w swych wspomnieniach. Pewnego dnia wpada jej do ręki ogłoszenie prasowe: Amerykański program antarktyczny poszukuje lekarzy. Możliwość rocznego wyjazdu na polarną stację badawczą i pracy w charakterze medyka opiekującego się grupą naukowców na biegunie południowym wydaje się ciekawym wyjściem z sytuacji, która jeszcze do niedawna wydawała jej się bez wyjścia. Tym bardziej że przez większość roku obóz jest całkowicie odcięty od świata. – Wierzę w kuracje geograficzne. Można dzięki nim rzucić wszystkie swoje karty w powietrze, a potem zebrać je z powrotem i rozdać jeszcze raz – powie po kilku latach. Kilka tygodni później w listopadzie 1998 r. pisze do matki pierwszy list z bieguna południowego. Jest tu dziwnie i pięknie. Kocham was bardzo. Trochę robi dobrą minę do złej gry. W rzeczywistości ma kłopoty z aklimatyzacją. Czuje mdłości i zawroty głowy, przez pierwsze dni odczuwa objawy niedotlenienia organizmu. Mówi do siebie: – Wielki Boże, co za okropne miejsce! Amerykańska stacja naukowo-badawcza Amundsen-Scott South Pole Station istnieje od 1957 r. Jest jedyną jednostką badawczą położoną na biegunie geograficznym. Co roku ponadpółroczną polarną zimę spędza tu dwadzieścia kilka osób. W tym roku, ze względu na prace budowlane, wyjątkowo ma być ich 41. Najwięcej w historii. W ciągu pierwszych tygodni pobytu na biegunie Jerri ma wrażenie, że musi poznawać medycynę od podstaw. Na szczęście szybko się uczy. Że wszystkie przywiezione z Ameryki plastry opatrunkowe może wyrzucić na śmietnik. W temperaturze 60°C klej nie trzyma się skóry. Lepiej je zastąpić izolacją elektryczną. Że azotan srebra, stosowany na krwotoki z nosa (prawdziwa plaga polarników), w polarnych warunkach zamienia się w bezużyteczny proszek. Krwawiące miejsce trzeba wypalić za pomocą narzędzia rozgrzanego nad palnikiem alkoholowym. Że jedyną rzeczą, jaka pomaga na pękającą skórę dłoni, jest klej superglue. Uwaga: nie używać do klejenia zębów, bo toksyczne składniki mogą zatruć nerw. Jerri musi się też nauczyć rzeczy dużo trudniejszych. Że czterdziestokilkuletniej kobiecie codzienny prysznic do niczego nie jest potrzebny. Każdy uczestnik misji ma prawo do dwuminutowej kąpieli raz na cztery dni. Że nie powinna golić się pod pachami i na nogach. Bo po co, skoro nosi na sobie minimum pięć warstw odzieży równocześnie. Że na biegunie ludzie nie są ani trochę mniej wścibscy niż w Ohio. Potrafią w najmniej odpowiednim momencie zapytać o męża i dzieci. Czyli o przeszłość, od której ona chce uciec.
 
Człowiek to silne zwierzę. Przystosowuje się do każdych warunków – mówi po kilku tygodniach pobytu na biegunie do jednego z pracowników stacji. W listach do rodziców Antarktyda stopniowo przestaje być „strasznym miejscem”, staje się „domem”. Współpracowników nazywa „rodziną”. – Po raz pierwszy w dorosłym życiu czuję się bezpieczna – zwierza się po trzech miesiącach pobytu. Kuracja geograficzna działa. 15 lutego z bieguna odlatuje ostatni samolot. Przez najbliższe osiem miesięcy misja będzie całkowicie odcięta od świata. – Teraz nie ma już odwrotu – mówi kierownik bazy Mike Masterman, gdy wojskowy hercules odrywa koła od lądowiska. – Na szczęście – odpowiada lekarka. Nie mogę się już doczekać ciemności – pisze w tym samym czasie do rodziców. Żyję wśród przyjaciół, dlatego niczego się już nie obawiam. Nawet śmierci. Sama nie wie, dlaczego tak napisała – śmierć to ostatnia rzecz, która jej teraz przychodzi do głowy. Nie pomyśli o niej nawet wtedy,  gdy w marcu, w trakcie czytania książki, przypadkowo wyczuje niewielkie zgrubienie w prawej piersi.
Jest przekonana, że to niegroźna torbiel, jedna z tych, które już kilkakrotnie obserwowała u siebie w czasie cyklu. Za każdym razem ginęła po paru dniach, dlaczego teraz ma być inaczej?

Ale guzek nie znika ani po kilku dniach, ani nawet po kilku tygodniach. Przeciwnie: robi się coraz twardszy i większy. Jerri zbyt długo jest lekarką, żeby nie wiedzieć, co to może oznaczać. Jest świadoma, że przez najbliższe pięć miesięcy nie opuści Antarktydy. Pisze maila do dr Kathy Miller, onkolożki z Indiana University specjalizującej się w leczeniu nowotworów sutka. Odpowiedź, niby uspokajająca, zawiera jednak niepokojące pytania: Czy masz praktykę w chirurgii?; Czy wywiezienie cię z bieguna jest możliwe?; Czy na miejscu masz możliwość przeprowadzenia chemioterapii? Na wszystkie pytania Jerri musi odpowiedzieć „nie”.


Dla agresywnego raka piersi pół roku to wieczność. Nielsen nie może czekać. Trzeba koniecznie zrobić biopsję, uzyskać próbkę nowotworu, zrobić z niej preparat mikroskopowy, a jego obraz przesłać internetem do specjalistów w USA. Ale jak to, do cholery, zrobić bez lekarza i pielęgniarki? Zabieg zgadza się przeprowadzić Walter Fischel zatrudniony na biegunie jako spawacz. Ma największe doświadczenie – 12 lat wcześniej w wojsku przeszedł szkolenie na sanitariusza. Jego asystentem będzie stolarz Bill Johnson. Kiedyś praktykował u weterynarza, zszywając konie. Początkowo ćwiczą wbijanie igły na jabłkach, ale lepszy okazuje się wysuszony słodki ziemniak. Jego struktura bardziej przypomina ludzki mięsień. Dzięki kamerze internetowej zabiegowi przygląda się onkolożka z Indianapolis. Po zabiegu Jerri samodzielnie zeszła ze stołu i położyła się na łóżku z torebką lodu na piersi. Potem rozmawialiśmy o podróżach i miejscach, które pragnie odwiedzić. Teraz czekamy. Zdjęcia tkanek poszły w świat, pewnie usłyszymy o nich za kilka dni – pisze tego samego dnia rodzicom lekarki jeden z pracowników stacji. Początkowo wyniki biopsji nie są jednoznaczne. Dopiero po kolejnych badaniach diagnoza jest jasna. Mail podpisany od patologa z National Cancer Institute w Waszyngtonie nie pozostawia złudzeń: badane preparaty przedstawiają przypadek raka sutka. – Tak się kończy świat – mówi w pierwszej chwili swym przyjaciołom Jerri. Dowiedziałam się dzisiaj, że mam raka. Jest agresywny i szybko rośnie. Zadzwoń do rodziców, nie wiem, jak zareagują – prosi w mailu swego brata Scotta. Tego samego dnia przychodzi odpowiedź: Nie daj się. Dziś na swojej łodzi montuję szybę przeciwwiatrową. Czekam na twój powrót do domu, żebyśmy mogli razem popływać. 10 lipca, w samym środku polarnej nocy, Siły Powietrzne USA organizują zrzut sprzętu medycznego oraz leków niezbędnych do przeprowadzenia chemioterapii. Po raz pierwszy w historii taka operacja odbywa się w całkowitych ciemnościach. Prasa podaje, że jej koszt wynosi 1 mln dol. Jeśli się okaże, że nowotwór jest niezłośliwy, skłam i powiedz, że kuracja pomogła – pisze do Jerri matka przerażona wrzawą medialną wokół córki. W trakcie chemioterapii lekarce towarzyszy ten sam „zespół medyczny”, który
robił jej biopsję. Tyle że do stolarza i spawacza dołącza Heidi Schernthanner, zatrudniona na biegunie jako operatorka ciężkiego sprzętu. Teraz odpowiada za „obsługę” kroplówki. Za pomocą kamery internetowej utrzymywana jest łączność z lekarzami w USA. – Zapraszamy na przedstawienie pod tytułem Domowa chemioterapia w wykonaniu braci Marx– żartuje do uczestników wideokonferencji Jerri. Ale w rzeczywistości nie jest jej wesoło. – Jestem już martwa. Czekam, żeby mnie pochowali. Mogę umrzeć zaraz, w trakcie terapii, prawdopodobnie umrę w ciągu pięciu lat. Nie będę mogła robić żadnych planów, mieć marzeń ani nadziei – żali się bratu.

Po kilku tygodniach wraca jednak nadzieja. – Postanowiłam, że chcę naprawdę żyć – informuje nieśmiało rodzinę. Kiedy zaczynają jej wypadać włosy, zaprasza wszystkich pracowników stacji na publiczne golenie swojej bujnej do niedawna fryzury. Organizuje imprezę pod hasłem Czapkowa balanga – każdy musi jej sprezentować jakieś nakrycie głowy. W rzeczywistości utratę włosów bardzo przeżywa. Podobnie jak fakt, że leki hormonalne powodują u niej przyspieszoną menopauzę. Zastanawia się, czy jest teraz w pełni kobietą. – Wyglądem mogłabym straszyć małe dzieci – powtarza niby żartem pewnego dnia. Na szczęście kuracja zaczyna przynosić rezultaty. W połowie października, kiedy warunki meteorologiczne to umożliwiają, amerykańska armia organizuje bezprecedensową akcję ewakuacji lekarki z Antarktydy. Nigdy wcześniej żaden samolot nie wylądował w tym miejscu o tej porze roku. 16 października Nielsen wchodzi na pokład LC-130. Żegna się z Antarktydą. Sama nie wie, czy pobyt tutaj był dla niej przekleństwem, czy wybawieniem. Na szczęście w szpitalu w Indianapolis czekają ją dobre wieści. Rezonans magnetyczny mózgu i tomografia pozostałych części ciała wykazują, że rak nie zdążył zrobić przerzutów. Nazajutrz po operacji guza Nielsen wychodzi do domu. – Czułam się, jak skazaniec z celi śmierci, któremu wręczono ułaskawienie – będzie wspominała ten dzień.

W połowie 2000 r. Jerri postanawia napisać autobiografię. Pomaga jej znana ghostwriterka Maryanne Vollers. – Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam, była tuż po chemioterapii. Siedziała z łysą głową i piła białe wino. Przywitała mnie salwą śmiechu: „Wyglądam jak kosmitka, prawda?” – wspomina Vollers. Wydana rok później książka Ice Bound: A Doctor’s Incredible Battle for Survival at the South Pole od razu trafia na listy bestsellerów. W 2002 r. wydaje ją w języku polskim Świat Książki, dając tytuł: I będę żyć. Nielsen przyjeżdża do Krakowa na promocję swej biografii. – Antarktyda uratowała mi życie. Gdybym zachorowała w Stanach, pewnie bym się poddała – mówi na spotkaniu z czytelnikami. Z chęcią przyjmuje zaproszenie do nadawanego w TVN programu Ewy Drzyzgi Rozmowy w toku. – W tamtym czasie rak był u nas tematem tabu. Baliśmy się nawet używać tego słowa. I nagle w studiu pojawia się osoba, która mówiąc otwarcie o nowotworze, tryska energią i optymizmem. Żywy dowód, że rak to nie wyrok – wspomina Drzyzga. Pisarkę Barbarę Kosmowską, która była gościem w tym samym programie, zaskoczyła łatwość, z jaką Nielsen opowiadała o najintymniejszych sprawach. – To było bardzo amerykańskie, ale przy tym autentyczne. Publiczna spowiedź, choć bez taniej sensacji. Pamiętam, że Jerri mówiła konkretami, bez zbędnych upiększeń. Jakby nie chciała marnować czasu. Rzeczywiście, Nielsen ma pełne ręce roboty. Z wykładami na temat walki z rakiem objeżdża pół świata. Odwiedza m.in. Alaskę, Hongkong, Wietnam i Irlandię. W 2003 r. Roger Spottiswoode kręci oparty na napisanej przez nią autobiografii film fabularny. Jest sławna. Ale jej popularność coraz bardziej drażni byłego męża, który w wywiadach sugeruje, że jego eksmałżonka to konfabulantka. Jerri bardzo to przeżywa. – Żaliła mi się nawet, że gdy mąż dowiedział się o sukcesie książki, zażądał 5 mld dol. odszkodowania – opowiada Ewa Drzyzga. Ale Nielsen i tak uważa, że to najszczęśliwszy okres w jej życiu.


Aż do lata 2005 r., kiedy choroba niespodziewanie wraca. Nowotwór atakuje kości i wątrobę. Kilka miesięcy później podczas pobytu w Istambule Nielsen traci częściowo wzrok. Wysyła meila do Maryanne Vollers: Rak, który uciekł z piersi, przywędrował do mojej czaszki i zagnieździł się w oczodole. Jakby chciała się usprawiedliwić, że ją zawiodła. – Początkowo pomyślałam, że to głupi żart będący efektem przedawkowania tureckiego araku. W tamtym czasie nasz kontakt nie był regularny, bo przez dłuższy czas pracowałam z Hillary Clinton nad jej biografią i byłam strasznie zapracowana. Nie wiedziałam, że Jerri ma przerzuty. Ewa Drzyzga: – Jerri ciągle powtarzała, że skoro nie umarła na biegunie, to znaczy, że ma jeszcze coś na tym świecie do zrobienia. Tym optymizmem zarażała. Do głowy mi nie przyszło, że jej walka z chorobą może się zakończyć przegraną. Kiedy nawrót raka jest już zaawansowany, Jerri bierze ślub z Thomasem FitzGeraldem, miłością z lat młodzieńczych spotkaną 23 lata wcześniej podczas podróży do Amazonii. Ceremonia odbywa się w górach niedaleko Las Vegas. Przez cały dzień mży, ale podczas wygłaszania przysięgi małżeńskiej nagle wychodzi słońce. – Zobaczcie, otworzyło mi się niebo! – mówi do zgromadzonych. Przyjaciele wiedzą, że nie ma na myśli tylko pogody. Pod koniec 2008 r. Ellen Creager, dziennikarka Detroit Free Press, prosi ją o wywiad. W pierwszej chwili Jerri się zgadza, ale w lutym zmienia zdanie. Nagrywa się na pocztę głosową reporterki: Jestem już bardzo chora, mój mózg nie działa tak sprawnie jak kiedyś. Muszę teraz znaleźć trochę czasu dla siebie. I nacieszyć się zimą, w tym roku wyjątkowo piękną!   Jednak na wiosnę znowu rusza z cyklem prelekcji o profilaktyce antynowotworowej. W czasie jednej z nich w Teksasie mdleje. Zabiera ją pogotowie. To jest jej ostatni wykład. – Do końca żyła pełnią życia. Nic nie zmogło jej optymizmu – mówi dziennikarzom w dniu jej śmierci mąż Thomas FitzGerald.

Dr Jerri Nielsen umiera w czerwcu 2009 r., niemal dokładnie 10 lat po tym, jak zdiagnozowała u siebie raka. Maryanne Vollers: – Jeszcze będąc na biegunie, Jerry zapytała swojej lekarki, jakie ma szanse na przeżycie najbliższej dekady. Dr Miller odpisała jej, że według statystyki medycznej jakieś 40 proc. Najpierw trochę się załamała. Ale zaraz potem rzuciła: „Zrobię wszystko, żeby to była najlepsza dekada mojego życia”. Kurczę, chyba znowu jej się udało.

PS
W październiku 2009 r. w Twin Ochard Farm w celu upamiętnienia zmarłej lekarki jej przyjaciele stworzyli program charytatywny Canter Against Cancer. Jego celem jest zdobywanie funduszy na walkę z nowotworami i pomoc w kształceniu studentów medycyny.    Dziękuję Ellen Creager, dziennikarce  Detroit free press, za udzielone mi informacje i pomoc w realizacji materiału.
 

Marcin Dzierżanowski, 2012