Kiedy odchodzą, zostawiają po sobie tylko kości zwierząt, pióra ptaków, ślady palonych ognisk. Są niewidoczni i nieuchwytni. Hadza, czyli ostatni łowcy.

Kiedy odchodzą, zostawiają po sobie tylko kości zwierząt, pióra ptaków, ślady palonych ognisk. Są niewidoczni i nieuchwytni. Hadza, czyli ostatni łowcy.
Mieszkają w dwudziestu, a może trzydziestu obozowiskach. Prawdopodobnie jest ich około tysiąca. Ilu dokładnie, nie wiadomo. Łowcy i zbieracze – niczego nie tworzą, nie gromadzą, niczego nie rujnują. Omija ich historia, jej upadki i wzloty, plagi i złote czasy. Rodzą się w cieniu ogromnych baobabów. A kiedy umierają, ich ciała przykryte gałęziami odnajdują hieny. I tak przez dziesiątki tysięcy lat. Badania DNA dowodzą, że Hadza – lud mieszkający w tanzańskim buszu, na terenie Wielkiego Rowu Wschodniego, nad jeziorem Eyasi – są jedną z najstarszych gałęzi ludzkiego drzewa genealogicznego. Gałęzią, która złamała się, kiedy ludzkość opuszczała afrykańskie równiny. I ułamana, została w buszu.


 


Paradoksalnie Hadza przetrwali tu dzięki zagrożeniom. Roje much tse-tse, insekty, niedobory wody, jałowa ziemia – to wszystko przez wieki chroniło Hadza przed hordami rolników i pasterzy, którzy szukali nowych miejsc do zaorania i nowych pastwisk dla bydła. Jednak czasy się zmieniają. Muchy tse-tse nie są już problemem, a ziemia, nawet ta jałowa, także może dawać plony. Na ziemiach Hadza powstała ogromna plantacja cebuli. Rozległe afrykańskie przestrzenie są niezbędne dla przetrwania dzikich zwierząt i niezbędne dla tych, którzy żywią się właśnie dzikimi zwierzętami. Takich jak Hadza właśnie, którzy powoli kończą trwającą przez całe dzieje ludzkości historię zbieraczy-myśliwych.

 


 


Mężczyźni Hadza wyruszają na polowanie o brzasku. Niosą ze sobą łuki i zatrute sokiem z pustynnej róży strzały. Tropiąc zwierzynę, przedzierają się przez kolczasty busz, ciernie, krzewy.   Ich skóra pokryta jest milionem blizn, podobnie jak skóra starych zwierząt. To co upolują, zjadają, tego czego nie zdołają zjeść, zanoszą do obozowiska. Łupy zarzucają na ramię. Płaty mięsa noszą tak jak my torby na pasku. Gdy uda im się upolować żyrafę, nie mówiąc już o słoniu, całe obozowisko rusza do zdobyczy. Łatwiej przecież zapakować cały dobytek – siekierkę, nóż, garnek, baniak na wodę – w koc i podejść do kolacji, niż przenosić spiżarnię do garnka. fot. Bruno Zanzottera

 


 


Hadza potrafią zbudować dom w dwie godziny. Wygląda jak wywrócone do góry nogami gniazdo. Nie służy dłużej niż miesiąc. Na tyle mniej więcej czasu starcza zwierząt w okolicy, owoców i jadalnych korzeni. Ale Hadza nie znają czasu. – Po co czas – wychodzisz na polowanie, po drodze zbierasz miód, wracasz – mówią. Kiedy nie wracasz zbyt długo, może okazać się, że twoja żona ma już innego męża. Tylko takie mogą być konsekwencje nieliczenia się z czasem. Właściwie „mąż” to też za dużo powiedziane. Hadza nie urządzają ślubów, nie potrzebują też żadnych innych uroczystości, celebracji, świąt, konwenansów, zwyczajów i zakazów. Jeśli ludzie się sobie podobają, zaczynają sypiać coraz bliżej siebie koło wspólnego ogniska. Aż zostają małżeństwem, czy też raczej parą. Ich związek trwa albo do końca życia, albo do następnego związku. Kobietom podoba się u mężczyzn inteligencja i uroda, a mężczyźni cenią w kobietach urodę i pracowitość. Dobry myśliwy ma szanse u wielu pięknych kobiet, ale co ciekawe, nie dlatego, że będzie im się żyło dostatniej u jego boku – bo każdemu żyje się jednakowo, łupy dzieli się po równo. Dobry myśliwy jest i inteligentny, i zwinny, czyli po prostu atrakcyjny. Mężczyźni strzelają, kobiety kopią i zrywają. Kiedy ktoś pokłóci się za bardzo, odchodzi gdzie indziej.

 


Nikt nikim nie rządzi, niczego nie nakazuje, niczego nie posiada. Nie ma wojen, nie ma głodu, nie ma epidemii. Bo to wszystko rodzi się z nadmiaru – ludzi i rzeczy. A Hadza nawet jeśli zarobią parę groszy, sprzedając w mieście miód, to i tak w zdobytych banknotach palą tytoń albo marihuanę. Zaciągają się, kaszlą, krztuszą, prychają i tarzają na plecach. Cieszą się.