O tym, jak 8 tys. kilometrów od domu ugotować typowy polski rosół i dlaczego Koreańczycy nie noszą siwych włosów, opowiadają Małgorzata Kalicińska i Vlad Miller – autorzy książki „Dom w Ulsan, czyli nasze rozlewisko”.

Zobacz zdjęcia z Korei Południowej >>>

 

National Geographic: Jaki obraz pojawia się na myśl o Korei Południowej?

Małgorzata Kalicińska: Myślę, że można by zrobić kolaż. Na jednym zdjęciu znajdowałaby się skąpana w klonach palmowych przepiękna świątynia Tapsa - ona reprezentowałaby tradycję, a na drugim most w Incheon lub w Busan – symbole koreańskiej hipernowoczesności.

 

Czy ten obraz byłby taki sam dla was obojga?

Małgorzata Kalicińska: Każde z nas patrzyło na Koreę z innej strony. Ja ze strony emocjonalnej, ciekawostkowej, kulinarnej; Siwy bardziej analitycznie, po inżyniersku. Gdybyśmy znaleźli się teraz na moście, Siwy opowiedziałby pewnie o jego konstrukcji, światłach, formach. Ja bym opowiedziała, że przed nami szło małżeństwo, mężczyzna niósł dziecko, które było owinięte w kołderkę i ta kołderka miała taką kieszonkę, do której można włożyć rękę, żeby podtrzymać dziecko. Mój mąż kompletnie nie zwróciłby na to uwagi.

 

Te dwa punkty widzenia były pomysłem na tę książkę.

Małgorzata Kalicińska: Myślę, że to jest plus wspólnego oglądania świata w ogóle. Ta książka to dowód na to, że wspólne podróżowanie jest jak yin i yang. Mam wrażenie, że myśmy się w tym dopełnili. Sama bardzo dużo dowiedziałam się o Korei Południowej z rozdziałów opracowanych przez męża.

 

Nie jest to przewodnik turystyczny, nie jest to reportaż, ale…?

Małgorzata Kalicińska: Gdybyśmy musieli włożyć „Dom w Ulsan” na jakąś półkę w bibliotece, to chyba należałoby stworzyć nową kategorię -  fabularyzowany przewodnik. Fabularyzowany dlatego, że snujemy opowieść bardzo zintymizowaną. To jest taka nasza własna Korea. Myślę też, że na półce znalazłoby się jakieś towarzystwo, ja już czytałam takie książki, w których autorzy opisują kraj przez indywidualne doświadczenia i nie wydaje mi się to błędem w sztuce.

Vlad Miller: Ta książka to jest pewien kompromis. Kiedy zabraliśmy się za pisanie myśleliśmy, że to będzie powieść. Ale nie mogła być, bo jej bohaterami nie jesteśmy my. Na początku owszem znalazły się rozdziały bardzo osobiste. Musieliśmy jakoś czytelnikowi wyjaśnić, skąd się w tej Korei wzięliśmy.

 

Od początku usprawiedliwiają się Państwo, że to tylko opis wrażeń. Kokieteria?

Vlad Miller: To co widzieliśmy było dość powierzchowne. Przez pięć dni człowiek pracował do 17 w kraju, w którym ciemno robi się o 19. Czasu na poznawanie nie zostawało zbyt wiele. Opisaliśmy więc Koreę z naszej, „weekendowej” i "popołudniowej" perspektywy. Staraliśmy się nie wpaść w czysty opis, nie uważamy się też za Kapuścińskich, z wielkim szacunkiem dla Mistrza, oczywiście.

Poza tym cały czas mam wrażenie, że zabrakło rozdziału o tym, jakiej waluty używają Koreańczycy, w jaki sposób się nią posługują, chciałbym dodać fragment o ich alfabecie, o tym  że są dwa systemy nazywania liczebników… ale czy to nie byłoby już zbyt drobiazgowe? Nudne?

 

To trudny język?

Vlad Miller: Śmieję się, że po tylu latach w Korei po koreańsku umiem tylko zamówić piwo.

Małgorzata Kalicińska: Mnie morasiło (przepraszam za to słowo, ale ja bardzo lubię neologizmy), czyli kręciło, zastanawiało, czy by przypadkiem nie zapisać się na kurs koreańskiego. Ale na moraszeniu się skończyło. To jest bardzo trudny język.

 

Ale i bez znajomości języka można się porozumieć.

Małgorzata Kalicińska: Korea jest bardzo miłym krajem. Ludzie, którzy widzieli, że jestem długonosa (tak Europejczycy są nazywani  w Azji), okazywali ogromną życzliwość. Razem staraliśmy się pokonać barierę językową - ja próbuję zrozumieć, czego ty ode mnie chcesz i vice versa.

Ponadto w koreańskich sklepach panuje samoobsługa, co bardzo ułatwia zakupy. Od czasu do czasu trzeba jednak o coś zapytać sprzedawcę, tym bardziej, że na lokalnych produktach brakowało nieraz angielskich napisów i trudno było odgadnąć, co to w ogóle jest.

 

Są na to sposoby?

Małgorzata Kalicińska: Trzeba bardzo szybko odnaleźć logiczny klucz, zgodnie z którym poukładano produkty na półkach. Próbowałam kiedyś kupić drożdże, ale nie umiałam powiedzieć, o co mi chodzi. Najpierw przeszukałam sklep. Po jakimś czasie trafiłam na pudełko, w którym był zestaw do pieczenia muffinek. Z tyłu znajdowała się instrukcja, co po kolei trzeba dodawać, żeby otrzymać ciasto muffinkowe. Zaniosłam więc to pudełko do ekspedientki i pokazałam jej taki malutki piktogram, który mówił, że teraz trzeba dodać do ciasta drożdże. Ekspedientka złapała mnie za rękę, pytała, czy chodzi mi o baking soda, ale nie, nie – pokręciłam głową. Zrozumiała. Zaprowadziła do dużego kosza z produktami eko i tam wygrzebała torebeczkę z suchymi drożdżami. Wracając do pytania - rozwiązanie to wzajemna życzliwość, a czasami pomysłowość. Da się!

 

Jak ugotować polski rosół w Korei?

Małgorzata Kalicińska: Z rosołem nie ma aż tak dużego problemu, bo to najbardziej kosmopolityczna zupa na świecie. Jest gotowany na każdej szerokości geograficznej, różni się tylko składnikami i tak zwanym drobiazgiem.

 

Czyli?

Małgorzata Kalicińska: W zupie pho, w ogóle w Azji,  nie występuje np. seler korzeniowy, pietruszka, czyli nasza włoszczyzna. Używa się też innych przypraw. U nas jest to sól, pieprz, niektórzy dodają listki bobkowe i ziele, a w Azji jest to owoc anyżu gwiazdkowego, kora cynamonowca, kumin i kardamon. Kiedy szłam do sklepu, robiłam nabór taki jak na polski rosół. Szukam warzyw, które byłyby najlepszymi odpowiednikami. Z marchewką nie było problemu, seler naciowy jest, korzeniowego nie ma.

 

Co z pietruszką?

Małgorzata Kalicińska: Znalazłam odpowiednik. Wydawało mi się, że to jest jakiś tańszy żeń-szeń, a później okazało się, że jest to korzeń rozwaru, który w Polsce kwitnie jako kwiatek skalniakowy, a cała Azja uznaje go za warzywo.

 

Jakie koreańskie zwyczaje przywieźliście Państwo do Polski?

Małgorzata Kalicińska: Nie mogliśmy niestety zaszczepić tego, co fascynowało nas najbardziej, a mianowicie niezwykłej uprzejmości. To jest niespotykane w Polsce, żeby się tak dalece szanować w obrębie obyczaju!

Natomiast to, co przenieśliśmy na poziom życia rodzinnego to spotkania przy stole i wspólne grillowanie różnych rzeczy, które zawija się później w liście kapust czy sałat. To niezwykle socjalizujące zajęcie. To nie jest tak, że ktoś stoi przy grillu i smaży te karkówy, tylko wszyscy siedzimy dookoła grilla, który znajduje się na stole, i rozmawiamy obsmażając sobie smakowite kąski.

 

Skąd w Korei taka popularność operacji plastycznych?

Małgorzata Kalicińska: To niezrozumiała dla mnie pogoń za amerykanizacją. Rozmawiałam o tym z pewnym Koreańczykiem, był trochę zaniepokojony, ale przyznał mi rację, że Koreańczycy próbują zaprzeczyć swoim korzeniom etnicznym. Są zdruzgotani faktem, że mają płaskie, azjatyckie nosy, że mają takie a nie inne rysy, robią wszystko, żeby temu zaprzeczyć, żeby wyciągnąć sobie nogi (wydłużani kości metodą Jelizarowa) . Koreanki poddają się nawet operacji polegającej na wyciąganiu poszczególnych włókien mięśniowych, żeby łydka wydawała się szczuplejsza, bardziej amerykańska! Reklama kliniki piękna ukazująca „brzydką” buzię przed operacją i „piękną” po operacji wraz z zachętą: „Z taką twarzą na pewno zdobędziesz pracę” jest tu w normie. Bardzo jest dla nas dziwne, że dopuszczalne są tam takie metody reklamy.

 

Koreańczycy nie noszą praktycznie siwych włosów. Dlaczego?

Małgorzata Kalicińska: Obowiązuje zasada „jestem młody – jestem przydatny”. Siwe włosy są oznaką starzenia, nie są niczym fajnym, wobec czego farbował się nawet ówczesny pan prezydent i pan premier.

Vlad Miller: Jeszcze do niedawna na emeryturę odsyłano 50-latków. Co miał ze sobą zrobić taki mężczyzna? Do końca starał się udowodnić, że jest sprawny, silny, młody i zdolny do takich samych poświęceń i takiej samej pracy jak młodzi ludzie.

 

Wszystko dla pracy?

Vlad Miller: To wynika z tradycji konfucjańskich, które są starsze w Korei niż buddyzm. Hierarchia, poczucie przynależności do swojego miejsca. Jest dla nas zaskakujące, że istniała jeszcze do niedawna prawnie określona przewaga męskich członków rodzin nad żeńskimi. Kobiety od powojnia próbowały zmienić konstytucję. To przekłada się również na pracę zawodową. Nie można tam zobaczyć takich scenek, gdy pracownik dyskutuje ze swoim przełożonym, bo wie lepiej, jak coś zrobić. Tam tego nie ma.

 

Często zadaje Pan pytanie „dlaczego to u nas nie jest możliwe”.

Vlad Miller: W muzeum wojny koreańskiej w Ulsan oglądaliśmy zdjęcia Korei z lat 70. Było tam zdjęcie z 1968 r. Ulsan wówczas jeszcze nie istniało. Było tylko pole ryżowe. Dziś – metropolia. Tam jest jednak inny stosunek do wykonywanych zajęć. Wszystko jest skrupulatnie zaplanowane i realizowane. 

Małgorzata Kalicińska: Rzeczywiście tak jest, że ta Korea buduje się niezwykle dynamicznie. Mąż włącza czasem stronę internetową, na której można oglądać obraz z kamery satelitarnej zamontowanej w Ulsan. Po czym mnie woła i krzyczy „Patrz, patrz! Pamiętasz, kiedyś tu był las, a teraz zobacz, co się tu dzieje”. Pokazuje mi palcem jakąś czteropasmową drogę. Patrzę i mówię „Uau! A co to jest ta dziura, o tu?” Okazuje się, że to nowy tunel. Cały czas coś takiego znajdujemy, jest to bardzo ekscytujące. Często powtarzałam: „Zobacz wyjechałam tylko na parę miesięcy. Zostawić ich samych, to od razu coś zbudują”.

 
Pisze pani: „Nie zamierzałam pisać książki o Korei”.

Małgorzata Kalicińska: Nie jechałam tam z takim zamiarem. To może źle. Gdybym jechała z tym założeniem, może bym bardziej świdrowała, może bym więcej szukała. Jest taki blog "W Korei i nie tylko" Anny Sawińskiej. To kopalnia wiedzy o Korei Południowej, ona potrafi drążyć temat i robi to po to, by później to opublikować. My pojechaliśmy do Korei z różnych powodów. Siwy do pracy, a ja za Siwym. Nie miałam w planach żadnego reportażu.

 

Co więc zadecydowało?

Małgorzata Kalicińska: Pomysł zaczął kiełkować pod koniec pobytu. Zorientowaliśmy się, że w Polsce  tak naprawdę sporo wiemy o różnych miejscach na świecie, a o Korei niewiele. Chcieliśmy tę książkę tak przygotować, żeby przybliżyć Polakom Koreę. Mamy nadzieję, że się udało.

 

Rozmawiała Hanna Gadomska.