Ostrzegali mnie "nie idź, jeśli nie chcesz pozostać tam na zawsze".

Soweto znajduje się zaledwie kilka kilometrów od Johannesburga. Tych kilkanaście minut jazdy  samochodem od centrum nowoczesnego miasta, którego nie powstydziłby się żaden europejski kraj, zmienia całkowicie moje spojrzenie na Afrykę.

Choć bieda, jaką widziałem w Indiach i innych rejonach Azji wydała mi się niemożliwa, to, co spotkałem w Soweto przekroczyło poziom absurdu. Coś się zmieniło. Świadomość, że człowiek może w takich warunkach żyć, rodzić i wychowywać dzieci sprawia, że problemy nowoczesnego świata wydają się  błahe.

 

Idę sam?

Perspektywa zobaczenia Soweto była tak nierealna, że właściwie pogodziłem się z tym. Przed przyjazdem widziałem w Internecie kilka ogłoszeń miejscowych biur podróży. Oferowały wycieczki, które przelatują jak tsunami główną ulicą, zahaczając o kilka muzeów i ważnych punktów miasta specjalnie przygotowanych dla turystów. Szczelnie zamknięte busy, zaplombowane szyby, marsowe miny pasażerów i uzbrojeni ochroniarze - wcale mnie nie zachęcały.

Kiedy powiedziałem swojemu gospodarzowi, że może sam wybiorę się na wyprawę do Soweto, popukał się w czoło. Zupełnie nie rozumiał, jak mogłem wpaść na taki pomysł. Samotna wycieczka w te rejony jest - jak określił - delikatnie nierozsądna. To wręcz idealny pomysł, jeśli chcesz tam pozostać na bardzo, bardzo długo. Na zawsze.

 

Telefon i aparat

W Johannesburgu mieszka fantastyczny fotograf - Ilan Ossendryver, autor najlepszych zdjęć Nelsona Mandeli. Zazwyczaj podróżuje, więc kiedy wysłałem do niego wiadomość o 6 rano, nawet nie liczyłem na to, że będzie w mieście i znajdzie parę godzin na wyprawę do Soweto. Po kilku minutach dostałem odpowiedź, że choć jest na miejscu, jest już tego dnia zajęty i nie ma szans na spotkanie.

Postanowiłem więc zamienić marzenia związane z Soweto na długi spacer po centrum Johannesburga. Kiedy byłem gotowy do wyjścia, telefon od Ilana zmienił wszystko. – Możemy jechać! Po dwóch godzinach byliśmy już w samochodzie, jechaliśmy na południowy-zachód miasta. Nie ukrywałem szczęścia, że udało mu się zmienić plany. Wiedziałem, że nikt nie zna tego miejsca, tak jak on i z nikim nie będę bardziej bezpieczny na ulicach Soweto.

 

Kilka uścisków dłoni

Ilan wiedział, że chcę wyjść z samochodu, że chcę zobaczyć prawdziwe afrykańskie township - to co mnie jednak spotkało, pozostanie w mojej pamięci na bardzo długo. Nie tylko wyszliśmy z samochodu, ale tego dnia uścisnąłem rękę kilkadziesiąt razy wysłuchując historii o radości, śmierci i bólu.

To, co widać między domami przytłacza. Brak wody czy elektryczności to tylko wierzchołek góry. Ci ludzie nie mają niczego, poza blaszanymi lub kartonowymi domami chyboczącymi się od wiatru.  Ubraniami służą kilku pokoleniom - choć nie mają ich wiele, to co noszą wygląda jak nowe. O każdą rzecz dba się przesadnie, mając na względzie, że posłuży jeszcze wielu osobom.

Wszędzie witają nas dziesiątki uśmiechniętych twarzy. Trochę nie umiem sobie tego poukładać w głowie. Moje wyobrażenia legły w gruzach. Tak wygląda jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie?! To tu człowiek o jasnej skórze ma wchodzić i… pozostawać na zawsze?

Na prowizorycznym straganie kupujemy banany i jabłka, by kilka metrów dalej rozdać je tym, którzy nie mają nic. W ręce staruszki witającej nas w drzwiach, oddałem małą, w połowie opróżnioną butelkę wody. Szczęście, jakie wywołał ten skromny podarunek zapamiętam do końca życia.

 

Wszyscy znajomi

Mam wrażenie jakby wszyscy znali Ilana. Niektórzy pytają o zdjęcia, które im wcześniej robił, inni dostają od niego drobiazgi, które wyciąga z torby. Jeszcze innym wystarczy chwila rozmowy.

Słucham tych wszystkich przerażających opowieści. Nie kryją się z nimi. Chętnie opowiadają, co ich spotkało, jak starają się wiązać koniec z końcem. A ja patrzę i nie mogę się nadziwić temu w czym uczestniczę. Przy dwudziestej podanej ręce, znam już kody pozdrowień. Nie ma znaczenia czy witam się ze staruszką, pięcioletnim dzieckiem czy dorosłym mężczyzną. Najpierw uścisk, potem łapanie kciuka, krótki uścisk i żółwik. Do tej pory widziałem to jedynie w niskobudżetowych filmach zza oceanu. Teraz jestem częścią tego przedstawienia.