Zielone połoniny, skaliste wierzchołki i lasy pełne dzikich stworzeń. Z zarośli wyrastają pasterskie chatki z dachami porośniętymi trawą. Gdyby nie radio, które raz po raz wykrzykuje po hiszpańsku wiadomości, byłabym pewna, że jestem w zapomnianym zakątku Walii. Tylko trochę bardziej tu dziko.

W drodze do Villa del Lago mijamy pierwszy taki znak: dwa niedźwiedzie na drodze i napis „atención!”. Przejeżdżamy przez Park Krajobrazowy Somiedo, czyli pięć dolin, które kryją wszystko, co najlepsze w pejzażach Asturii: fluorescencyjnie zielone połoniny, skaliste wierzchołki i lasy pełne dzikich stworzeń. Na skraju doliny Valle del Lago błyskają polodowcowe jeziora. Z zarośli wyrastają pasterskie chatki z dachami porośniętymi trawą. Gdyby nie radio, które raz po raz wykrzykuje po hiszpańsku wiadomości, byłabym pewna, że jestem w zapomnianym zakątku Walii. Tylko trochę bardziej tu dziko.

 

Wszędzie woda

Ukryta między Galicią ze słynnym Santiago de Compostela i Kantabrią Asturia umyka tłumom. To nie jest Hiszpania z biur podróży. Nie ma tu słynnych na całą Europę restauracji, światowej sławy zabytków ani resortów w sam raz na wakacyjne all inclusive. Od reszty kraju oddziela Asturię łańcuch Picos de Europa. Suchy płaskowyż centralnej Hiszpanii ustępuje postrzępionym górom. Za nimi rozciąga się krajobraz, który bardziej przypomina angielską prowincję niż białe domki Południa. Asturia jest zielona, deszczowa i cała pomarszczona wzgórzami, na których pasie się tyle krów, że mleka wystarcza dla reszty Hiszpanii.

Żeby nie było zbyt monotonnie, jest jeszcze wybrzeże. I to jakie – Asturia ma podobno aż 600 plaż. Można trafić na szerokie wstęgi złotego piasku, jak idealny półksiężyc Playa de Torimbia, i maleńkie zatoczki otoczone skałami. Nawet jeśli dumni Hiszpanie trochę przesadzają w obliczeniach, na atlantyckim wybrzeżu nie sposób się nudzić.

Tuż po wschodzie słońca stoję na pustej plaży Rodiles i z wahaniem zanurzam palce w wodę Zatoki Biskajskiej. Huk fal odbija się echem od skał. Dookoła kilku odważnych dopina pianki i rozgrzewa się przed wejściem do wody. Chwilę później widzę tylko czarne sylwetki, które raz po raz wynurzają się na powierzchnię i na deskach ześlizgują się z powrotem w szary ocean. Amatorów surfingu na asturyjskich plażach z roku na rok przybywa. Starzy wyjadacze ciągną właśnie na Rodiles i położoną niedaleko Ribadeo Playa de Tapia.

Najlepiej jednak zacząć w Gijón. Na plaży San Lorenzo początkujący mogą niemal zawsze liczyć na dobre fale. Tuż przy piasku działają wypożyczalnie sprzętu. Można próbować ślizgać się na falach na własną rękę albo wziąć udział w kursie prowadzonym przez lokalne szkoły. Gdybym miała ochotę i jeszcze trochę energii, po porannej kąpieli zmieściłabym w planie dnia szybką górską wędrówkę. Kilkanaście kilometrów od wybrzeża z łagodnych wzgórz wyrastają bowiem skaliste olbrzymy, i w jednej chwili wszystko staje do pionu: skalne ściany, patyczki sosnowych pni i nitki dróg, które pną się niebezpiecznie blisko urwisk.

Gdy konkwistadorzy wracali z Ameryki i zbliżając się do kraju, wypatrywali pierwszych znaków domu, na początku widzieli wierzchołki asturyjskich gór. Dlatego nazwali je Picos de Europa. Na pierwszy rzut oka onieśmielają. Szybko przekonuję się jednak, że asturyjskie szczyty to niewyczerpane źródło rozrywki: trasy narciarskie, szlaki na wędrówki o każdym stopniu trudności, jaskinie i trasy wspinaczkowe.

 

Na końcu drogi

Wstępem do Picos de Europa jest wąwóz Cares. Gigantyczne pęknięcie skalistej powierzchni ciągnie się przez 15 km. W okolicach osady Poncebos ścieżka prowadzi dnem doliny, potem koryto rzeki zostaje coraz niżej. Wykuty w skale szlak wiedzie przez tunele, zawieszone nad przepaścią mosty i kamienne schodki tuż nad urwiskiem, miejscami głębokim na 1,5 km. Skalne ściany porastają zarośla paproci, daleko nad głowami majaczą pokryte śniegiem wierzchołki Picos.

Trasa wzdłuż wąwozu to najpopularniejszy szlak w całej Asturii, ale w Picos jest mnóstwo tras, na których łatwiej spotkać niedźwiedzia niż innych turystów. Ruda wstążeczka szlaku przecina zbocze. Wokół ciągną się pastwiska i zarośla leszczyny, a daleko za nimi cel naszej wędrówki: Bulnes. Najsłynniejsza osada masywu Picos to w rzeczywistości garstka kamiennych domów, kilka barów, kapliczka i chatka, która służy podróżnym za schronisko.

Przez lata każdy, kto chciał się tam dostać, musiał pokonać drogę, którą właśnie idziemy. Wersją deluxe była podróż na grzbiecie muła. Dzisiaj nadal nie ma tam żadnej drogi, ale od siedemnastu lat w podziemnym tunelu kursuje kolejka.

W Bulnes niewiele się jednak zmieniło. Na stałe żyje tu 20 mieszkańców. Nad wioską niezmiennie góruje Picu Urriellu, po hiszpańsku zwany Naranjo, czyli pomarańczowy – od barwy, którą przybiera o zachodzie słońca. Dalej produkuje się tu niebieski ser cabrales. – Picos de Europa same są jak ser dziurawiec – opowiada Alberto, który mieszka w Bulnes od urodzenia. – Pod powierzchnią kryją się podziemne jeziora, tunele, jaskinie i groty.

W tych łatwiej dostępnych nie jest pusto: pod głowami nietoperzy leżakują w równych rzędach beżowe krążki sera. – Temperatura prawie się tu nie zmienia przez cały rok. To najlepsze warunki dla bakterii, które tworzą pleśń – ciągnie mój przewodnik. Chwilę później siedzimy w jednym z barów i próbujemy cabralesa z mleka tutejszych owiec. – Popij cydrem – słyszę. Alberto przygląda się z rozbawieniem, kiedy próbuję nalać trunek tak jak rodowici Asturyjczycy. Butelkę należy trzymać wysoko nad głową, żeby strumień cydru zebrał jak najwięcej tlenu, co ma dodać mu lekkości. Na oko połowa zawartości mojej butelki ląduje na podłodze. – Ech, to trzeba mieć we krwi – drwi.

Ostatnie spotkanie z asturyjską przyrodą łączę z rowerową wyprawą. Senda del Oso, Niedźwiedzi Szlak, to 20-kilometrowa trasa wytyczona wzdłuż torów kolejki, którą transportowano dawniej węgiel z pobliskiej kopalni.

Widoki zmieniają się co chwilę: przejeżdżam pod zielonymi tunelami drzew, przez łąki pełne krów, tuż pod pionowymi ścianami kanionu i obok wodospadów. Zadziwiające, że takie krajobrazy nadal przyciągają niewielu turystów. Chociaż z drugiej strony to nawet lepiej: skarby Asturii to nagroda dla wytrwałych.

 

Warto wiedzieć

■ DOJAZD: Z Polski do Oviedo najtaniej można się dostać z przystankiem w Madrycie, dokąd z Warszawy lata Ryanair (od 159 zł), a potem przesiąść się do autobusu, np. kompanii ALSA (od 5 godz., 15 euro).

 NOCLEG: Na terenie parku Picos de Europa znajdują się chatki schroniska zwane refugios, gdzie można się zatrzymać za niewielką opłatą. Więcej na: picoseuropa.net/enlaces/refugio.

 JEDZENIE: Asturia słynie z produkcji sera i cydru, warto szukać tradycyjnych smaków, zupełnie innych niż typowe hiszpańskie specjały. Świetny pomysł na obiad to pote asturiano: gulasz z fasoli, ziemniaków, kapusty i kilku rodzajów mięsa.

 

Agnieszka Bielecka