"Pewnego wieczoru dostałam wiadomość od koleżanki: Czy lecisz z nami na tydzień do Tunezji? Po minucie, nie wnikając w szczegóły, odpowiedziałam, że tak. Na szybko przeczytałam o lokalnych smakach, których koniecznie muszę spróbować. Nie chciałam za dużo wiedzieć. Chciałam dać się zaskoczyć. I tak się stało" - pisze Liza Taste. To najsmaczniejsze wspomnienia z wakacji, jakie przeczytasz!

Zobacz galerię zdjęć z Tunezji >>>

O Tunezji wiedziałam niewiele. Przed wyjazdem, jako dziennikarka kulinarna, na szybko przeczytałam o lokalnych smakach, których koniecznie muszę spróbować oraz poznałam parę ciekawostek o miastach, w których mieliśmy być. Nie chciałam za dużo wiedzieć, chciałam aby ten kraj mnie zaskoczył. I tak się stało.

 

Toast za owoce morza

Nasza podróż zaczęła się w portowym miasteczku Sousse, gdzie zatrzymaliśmy się w przepięknym hotelu, przypominającym pałac z bajki. Najbardziej zakochałam się w... barze, który mieścił się na basenie (i to nie obok basenu, a dosłownie w basenie). Mogłam podpłynąć, usiąść na krzesełku pod wodą i zamówić lampkę białego, schłodzonego wina. Raj!

W Sousse mieści się największy i najsłynniejszy port El-Kantoui, który - według mnie - najlepiej wygląda w świetle zachodzącego słońca. Wybraliśmy się tam, by w jednej z lokalnych restauracji skosztować owoców morza i innych tunezyjskich przysmaków. Zaskoczeniem dla mnie było to, że - podobnie jak oliwę z oliwek oraz pitę - Tunezyjczycy do wszystkiego serwują również tuńczyka. I to na każdy sposób. Jako przystawkę, dodatek do sałatek albo jako nadzienie do brika. Brik jest symbolem tradycyjnej kuchni tunezyjskiej, to rodzaj pierożka nadziewany farszem. Można zamówić go we wszystkich restauracjach, jak również spróbować jako streetfood.

Owoce morza, które jedliśmy w Sousse, smakowały fantastycznie. Do tego właściciel restauracji, w której byliśmy, wiedząc, że będzie miał gości z Polski, wydrukował menu po polsku. Cała atmosfera tego miasta, ogromna gościnność - wszystko to pozostawiło bardzo miły obrazek w mojej głowie.

Po kilkudniowym pobycie w Sousse ruszyliśmy dalej. Pustynny krajobraz zaczął się zmieniać w piękne plantacje winorośli. Z naszych okien zobaczyliśmy słynną Grombalię, zwaną przez mieszkańców "królestwem winogron" lub "miastem winorośli". Piwnice Grombalii pamiętają zamierzchłe czasy. Znajduje się tu najstarsza prasa wina w kraju oraz najstarsza butelka wina tunezyjskiego z 1923 roku (!). I to właśnie wino okazało się kolejnym kulinarnym zaskoczeniem tej podróży. Choć nie wszyscy o tym wiedzą, ten północnoafrykański kraj wśród koneserów wina cieszy się ogromnym uznaniem. Obiecałam sobie, że następnym razem wrócę tu odwiedzić najsłynniejsze winnice. 

 

Jaśmin, streetfood i przyprawy

Kolejny przystanek - bajkowe miasteczko Sidi Bou Said. U jego podnóża mieści się ryneczek, gdzie turyści mogą kupić pamiątki, a spacerując coraz wyżej, podziwiać biało-niebieskie domy, wąskie uliczki i kwitnący jaśmin. Restauracja, którą wybraliśmy na lunch, mieściła się na samym szczycie wzgórza, skąd rozpościerają się bajkowe widoki na hipnotyzująco lazurowe morze. Do tego wszechobecny zapach kwiatów! Właśnie dlatego w  Bou Said zakochałam się od pierwszego wejrzenia. To miejsce z pewnością powinno się znaleźć na waszej liście, jeżeli wybieracie się do Tunezji.

Po tym, jak w Sidi Bou Said nasze podniebienia oszalały z przyjemności, ruszyliśmy w stronę Tunisu. Trafiliśmy tu w czasie ramadanu. O ile w turystycznych miejscowościach było to mało zauważalne, o tyle stolica   sprawiała wrażenie opustoszałej. Całe życie zaczynało się dopiero po 21.00. Miasto tętniło muzyką, zapachami, zapełnione kafejki pękały w szwach. Miałam wrażenie, że na czas ramadanu dzień zamienił się tutaj z nocą miejscami.  Koniecznie polecam spróbować lokalnego streefoodu. Właśnie w Tunisie jadłam najlepszego brika. (Tylko pamiętajcie, by jeść tam, gdzie podpowie wam wasz przewodnik).

Będąc w Tunisie, już tęskniliśmy za bryzą morską i białym piskiem. W Tunezji pełno pięknych malutkich plaż, które zazwyczaj należą do hoteli. Najbardziej zapamiętałam plażę z Hammamet, naszego ostatniego przystanku w podróży po Tunezji. Miasto zyskało popularność właśnie dzięki pięknym plażom. Zatrzymaliśmy się w hotelu Le Sultan, gdzie na małej, prywatnej plaży z klifami i bujną roślinnością, czuliśmy się jak na bezludnej wyspie. Przed nami było tylko turkusowe morze, niezapomniane wschody i zachody słońca.

W Hammamet, mieści się również słynny bazar. Można tam oszaleć od ilości niebiesko-białej ceramiki, kolorowych dywanów, pięknej biżuterii oraz lokalnych przysmaków. Warto przywieźć do domu oliwę z oliwek, najlepiej smakuje sama że świeżym pieczywem, migdały zerwane prosto z drzewa, które w Tunezji jedzą nadgryzając zieloną skorupę zębami. Do tego przyprawy: harrisa, kurkuma, imbir, mieszankę przypraw orientalnych. Wszystkie są bardzo aromatyczne i pięknie wyglądają w ogromnych, ceramicznych dzbanach. Wybierając się na bazar w Tunezji, trzeba umieć się targować. Ceny, jakie kupcy podają na początku, są kosmiczne, a po paru minutach kupujesz za grosze. 

 

Aromatyczne wspomnienie

Piękne plaże, lazurowe morze, bajkowe hotele oraz wielka uczta dla podniebienia każdego dnia - tak zapamiętałam ten wielokolorowy kraj. A moje wspomnienia nieprzerwanie pachną oliwkami, świeżym tuńczykiem i orientalnymi przyprawami.  

Liza Taste