Można nad nią kontemplować lub pływać po niej tratwami. Najlepiej jednak zobaczyć ją z lotu ptaka. Amazonka może się schować!

Nie wiadomo, w którą stronę poleci (i czy w ogóle), gdzie wyląduje i jak długo utrzyma się w powietrzu – informuje mnie dzień przed lotem instruktor, z którym mam wzbić się balonem w powietrze. Bardzo uspokajające. Spotykamy się o 4.30 rano w Goniądzu, na Podlasiu. Pierwsze zadanie: dmuchanie balonów. Takich małych, jak na przyjęcie urodzinowe. Przez chwilę myślę, że doszło do nieporozumienia. Ale nie. Okazują się kluczowe w ustaleniu kierunku wiatru. Dzięki nim wiemy, gdzie mamy pojechać, by wystartować balon i polecieć nim mniej więcej w kierunku Biebrzy. Zadanie drugie: znajdujemy puste pole. Prawdopodobnie jest czyjeś, dlatego lepiej się spieszyć. Bo o oficjalne pozwolenie o 5 rano nikt się nie stara. Rozkładamy czaszę i wypełniamy gorącym powietrzem. Balon wstaje i zaczyna powoli unosić się w powietrze. Na szczęście kosz jest obciążony na tyle, że zdążam do niego wskoczyć. Wiklinowy pojemnik, na którym stoimy, nagle przestaje się wydawać stabilny i porządny. Jest jakiś nieproporcjonalnie mały, a my coraz wyżej wisimy nad ziemią. Do tego ta podłoga – wydaje się, że może w każdej chwili spaść. Wiatr jest łaskawy. I dmucha tak, że dolatujemy nad Biebrzę. Jest lato, więc rzeka maluje zawiłe kreski na podlaskim krajobrazie. Na wiosnę te tereny są zalane i widać prawdziwe rozlewiska. Najpiękniejsze momenty lotu są wtedy, gdy nastaje zupełna cisza, balon leci z prędkością wiatru (tak że my nie odczuwamy chłodu), a krajobraz pod nami zmienia się na tyle powoli, że możemy spokojnie docenić wszystkie jego walory. Wypatruję łosia i doceniam urodę drzew z zupełnie innej perspektywy. Czas lotu to blisko dwie godziny. Ciężko jednak powiedzieć konkretnie, bo to zależy od humoru wiatru i możliwości lądowania. My wybieramy kawałek ogrodu za czyjąś chałupą we wsi Budne. Gdy nadlatujemy, właściciel domu wychodzi na podwórko. Pytamy, czy możemy, a on znacząco kiwa głową. Próbujemy spokojnie wymanewrować, by trafić na środek trawy. Trwa to z 10 min. Wystarczająco długo, by zbiegła się cała wieś. Najpierw jej mieszkańcy są nieufni. Myślą, że przylecieliśmy z daleka. Że to taka podróż w 80 dni dookoła świata. Gdy dowiadują się, skąd lecimy, podchodzą bliżej. – Oni z Goniądza – krzyczy jeden. – Nie bójcie się. Swoi przylecieli!