Michał Cessanis opowiada o swoich najpiękniejszych wspomnieniach ze Sri Lanki.

„Ostrzygłem pół miliona głów”

Na Chatham Street w Kolombo bogatych mieszkańców już nie ma. Z prowadzącej do portu ulicy dawno się wyprowadzili, a mocno zniszczone dziś domy jakby nie chcą zapomnieć o latach świetności. Pośrodku ulicy ostał się salon fryzjerski Lord Nelson. Wewnątrz fotele obite poprzecieraną skórą, zamglone kryształowe lustra, brudne, popękane umywalki, połamana szafka z napisem „Sterilizer”.

Fryzjer Joseph Fernando, starszy pan w dużych złoconych okularach, czekał na klientów. – Ostrzygłem pół miliona głów. Pracuję od 14. roku życia, a mam już 77 lat – zachęcał do skorzystania z jego usług. Pracy nauczył go ojciec, który założył zakład, w 1930 r. Wówczas Chatham Street była bardzo dobrym adresem w Kolombo, klientami byli zamożni biali.

Trafił tu ponoć też małżonek królowej Elżbiety, książę Filip – miał prosić o tatuaż. Joseph skończył na tym opowieść, ale historia z księciem Edynburga wydaje się całkiem prawdopodobna. W czasie II wojny światowej książę służył w marynarce na Oceanie Indyjskim, bywał na Sri Lance. Wówczas nie był jeszcze małżonkiem królowej, lecz przystojnym marynarzem z fantazją. Mógł więc sobie pozwolić na tatuaż. Kto wie, może siedziałem na tym samym fotelu co książę Filip? W każdym razie byłem bardzo zadowolony – pozbawiony puchu na głowie poczułem się na tropikalnej Sri Lance jak nowo narodzony.

 

Zwierzęta są tu u siebie

W Kolombo nie zabawiłem długo. Nawet gdyby było to najpiękniejsze miasto, z Bóg wie jakimi atrakcjami (a tak nie jest), to i tak byłaby to strata czasu. Sri Lanka to natura. Na tej wyspie jest 501 obszarów ściśle chronionych. Są m.in. cztery rezerwaty biosfery, wśród nich Sinharaja, ostatni pierwotny las deszczowy na Sri Lance i jeden z ostatnich na świecie. Ocalał dzięki temu, że otoczony z trzech stron rzekami jest trudno dostępny.

Po kilkugodzinnym marszu przez las nie jestem w stanie wyobrazić sobie, by go nie było, by został wycięty w pień. – Endemit, endemit, endemit, endemit – wskazywał wokół przewodnik na drzewo, jaszczurkę, motyla, na groźnego zielonego węża, na jadowitego czarnego ślimaka. Biolodzy oceniają, że ponad połowa mieszkańców tego lasu, spośród fauny i flory, żyje tylko w tym miejscu na kuli ziemskiej i nigdzie więcej. To budzi szacunek, ale też obawy, czy pierwotni mieszkańcy wyspy zdołają przetrwać.

Podobnie można się obawiać o lasy na wyżynach – łatwo zamienić je na kolejne tysiące hektarów plantacji herbaty. Najlepsze jej odmiany rosną przecież na zboczach powyżej 1–2 tys. m n.p.m. Jak długo z kolei w rezerwatach i parkach będą mogły żyć słonie azjatyckie? Dziś cieszą się swobodą. Pomiędzy parkami są pozostawione leśne korytarze, którymi stada wędrują w poszukiwaniu wody. Tak jest np. w północno-centralnej części wyspy między parkiem Kaudulla a parkami Minneriya i Wasgamuwa na południu i Somawathiya na wschodzie. Takie miejsca są wciąż bezpiecznym schronieniem dla dzikich zwierząt, lampartów, krokodyli, bawołów wodnych i ptaków. Zagrożeniem dla tutejszej fauny i flory może być przemysł, rolnictwo, ale też turystyka.

 

Turyści, turyści

Od kiedy na małej Sri Lance zagościł po długiej wojnie domowej pokój, przybywa tu coraz więcej turystów złaknionych egzotyki, słońca, idyllicznych krajobrazów.

Na wyspie, która jest pięć razy mniejsza od Polski, biali turyści spotykają się co krok.
Na zachodnim wybrzeżu w luksusowych hotelach relaksują się całe rodziny, na wschodnim – śliz­gają się na falach surferzy. Wyżyny w centrum, i położona na nich Ella, mała miejscowość, są oazą dla backpackerów i hipsterskiej młodzieży, która przybywa tu pociągiem z Kolombo. Ella oferuje im cudne widoki na zieloną dolinę, kąpiele w wodach wodospadu Rawana, góry tonące we mgle, względnie łatwe do pokonania trasy trekkingowe. Raj, a w dodatku w hostelach są: wi-fi, kawa, lody – słowem, wszystko, co potrzeba zachodniej młodzieży do przetrwania.

Na Sri Lance powstają i będą powstawać nowe hotele, ale na szczęście wiele z nich kieruje się zupełnie inną filozofią niż te pamiętające czasy kolonii. Zatrzymałem się m.in. w hotelu Jungle Beach nad brzegiem oceanu czy Ulagalla, który składał się z domków na palach rozstawionych między bambusowymi i palmowymi gajami. Było tam pole ryżowe, kilka stawówi mnóstwo zwierząt. I nie były to wcale pawie, które na Sri Lance są symbolem szczęścia.  Nad wodę przemykały szybkie i ogromne iguany, po drzewach skakały małpy. W recepcji ptak ulepił sobie pod drewnianym gzymsem gniazdo – z gliny i błota, usztywnione źdźbłami traw, słomą i pierzem. Obsługa ostrzegała gości, by uważali na głowy. Zdecydowanie na tej wyspie zwierzęta wciąż czują się jak u siebie.

 

Słoń, który potrafił fruwać

Sri Lanka ma w herbie lwa, ale prawdziwym symbolem wyspy jest słoń. Dziś żyje tam ich ok. 6 tys. Czyli tyle samo, ile zabito w latach 1829–1855, kiedy Brytyjczycy zakładali na wyspie nowe plantacje. Smutne, ponieważ do czasów pojawienia się ich, słonie były świętością. To najstarsze udomowione zwierzęta na Sri Lance. Pomagały człowiekowi w pracach, wykorzystywano je podczas wojny i w buddyjskich świątyniach. Słonie były pod specjalną ochroną syngaleskich króli. Za zabicie, a nawet zranienie zwierzęcia groziła śmierć. Nieważne było tłumaczenie chłopów, że np. słoń zniszczył uprawę. Winny był człowiek, który nie zabezpieczył pola. Brytyjczycy znieśli królewski dekret.

Ta rzeź to ponura przeszłość – dziś te zwierzęta są bezpieczne. Na szczęście natura nie obdarzyła słoni z wyspy kłami (ma je tylko ok. 7 proc. samców), więc kłusownicy też im zbytnio nie zagrażają. Najsłynniejszym słoniem Sri Lanki jest Radża. Niestety już nie żyje, ale mieszkańcy wyspy i turyści mogą podziwiać go wypchanego w muzeum w Kandy, tuż przy świątyni Sri Dalada Maligawa (Świątyni Zęba). Historia życia Radża wiąże się ze słynnym świętem Esala Perahera. Jest to jedna z sześciu ceremonii, które odbywają się co roku w świątyni. Wypada na lipiec (dokładną datę ustala astrolog), w obecnym kształcie jest świętowana od ponad dwustu lat, ale jej tradycje sięgają V stulecia przed naszą erą. Wieczorami, przez 10 dni, ulicami uroczego Kandy przechodzi barwna parada słoni. Grają trębacze i perkusiści, młodzi mężczyźni tańczą z płonącymi obręczami, inni niosą kwiaty kokosa symbolizujące dobrobyt, powiewają buddyjskie flagi.

Główny słoń, ozdobiony barwną suknią, świecącymi lampionami i girlandami, niesie na grzbiecie skrzący się światełkami baldachim, a pod nim skrzynkę z kopią najświętszej relikwii buddystów – zębem Buddy. Ząb trafił na Sri Lankę cztery wieki po śmierci oświeconego mędrca. Różne są historie na temat autentyczności relikwii – zniszczyli ją ponoć Portugalczycy – ale świątynia w Kandy przepełniona mistycyzmem to szczególnie ważne miejsce dla buddystów. Radża miał ten zaszczyt, że przez pół wieku uczestniczył w Esala Perahera, a przez 27 lat maszerował na jej czele. Zapracował na miano najbardziej znanego słonia w całej Azji. Kiedy w 1988 r. zdechł w wieku 75 lat, ogłoszono żałobę państwową, wydano okolicznościowy znaczek i umieszczono jego podobiznę na banknocie tysiąca rupii.

Radża nie był jednak zwyczajnym słoniem, był słoniem z 10. najwyższej kasty – chaddanta (ze względu na swoje cechy fizyczne). O takich słoniach opowiada się, że mają siłę 10 tys. mln mężczyzn, są białe i potrafią poruszać się w powietrzu. Radża, który urodził się w dżungli Eruvar w 1913 r., później został schwytany przez kłusowników i następnie trafił do Kandy. Już w dzieciństwie został dostrzeżony przez buddyjskich mnichów. Odkupili go za sporą kwotę 3,3 tys. rupii, znaleźli dla niego zastępczą matkę i przyjaciela, żeby nie czuł się samotny. Radża szybko nauczył się 24 komend i nigdy nie zawiódł swoich opiekunów.

 

Królewskie kokosy

Równie sławnym symbolem Sri Lanki jak słonie, a może jeszcze bardziej, jest herbata. Skarłowaciałe drzewka rosną na wyżynach, widoki są bardzo malownicze. Droga wije się w górę i w dół serpentynami, zbocza pokryte są zielonymi plantacjami, a na nich kolorowo ubrane kobiety zrywają listki i wrzucają je do worka zawieszonego na głowie. Zbierają zwykle z jednego drzewka młode listki i pączek. Następnie trafiają one do fabryki – listki są suszone, miażdżone i fermentowane – z nich powstaje czarna herbata. Srebrna jest robiona z nierozwiniętych pączków, które po zerwaniu się suszy, zielona – listki są tylko suszone, złota produkowana jest z pączków świeżych. Na Sri Lance pije się oczywiście herbatę – z mlekiem, na angielską modłę, albo z cynamonem i imbirem. Przy zbliżeniu obrazek herbacianych pól nie jest już jednak taki piękny. Praca na plantacjach jest bardzo ciężka. Kobiety z pól, głównie Tamilki, dostają za nią grosze, mieszkają, delikatnie mówiąc, w trudnych warunkach. Niektóre nie mają dokumentów, ich dzieci nie chodzą do szkół.

Wpisany w krajobraz wyspy jest też thambili, czyli królewski kokos. Rośnie przy niemal każdym domu, kiście z pomarańczowymi orzechami są oferowane na sprzedaż przy drogach. Przez mieszkańców owoc traktowany jest jak apteka.

Woda kokosowa orzeźwia, odświeża i oczyszcza organizm, jest wykorzystywana w medycynie ajurwedyjskiej. Król kokosowy jest źródłem węglowodanów, witamin, mikroelementów, pomaga niemowlętom na potówki, płyn z niego jest powszechnie stosowany u dzieci, które mają biegunki. Podczas wojny lekarze wykorzystywali wodę z kokosa zamiast soli fizjologicznej. Pomaga niemal na wszystko; z zastrzeżeniem. Nie powinny jej pić osoby ukąszone przez kobrę lub inne żmije – w ich organizmie może bowiem niebezpiecznie wzrosnąć poziom potasu.
Jak smakuje? Woda z thambili jest trochę mdła w smaku, lekko kwaśna jak sok z nadpsutego owocu. I bardzo orzeźwiająca. Spróbowałem jej w domu prze­uroczej Somy – z czarnymi włosami do pasa, bosonogiej. Soma mieszka z rodziną: mężem, synem Sampathwem (na Sri Lance w domu zostaje najmłodszy chłopak) i synową Himali w małej wiosce Ethungama w północno-centralnej części wyspy. Są typowymi Syngalezami – drobni, proporcjonalnie zbudowani, mają gęste czarne włosy, piękne zęby i europejskie rysy. Soma i jej rodzina są jak większość Syngalezów buddystami. M.in. wiara odróżnia ich od wyznających w większości hinduizm Tamilów. To z nimi skonfliktowani byli przez wieki, co zakończyło się nie tak dawno bratobójczą krwawą wojną. Dziś konflikt został zażegnany, w każdym razie nie jest on widoczny i uciążliwy dla turystów.

Dom Somy nie wyróżnia się w okolicy. Parterowy, pomalowany od strony ulicy na pistacjowo, ceglane dachówki, zacieniona weranda z kolumienkami. Wokół niego rosną drzewa papai, mango i palmy thambili, między którymi rozwiesza się pranie. Są też dwa kamienne zbiorniki na deszczówkę. Z jednego woda służy do mycia, a z drugiego do prania. Dom urządzony jest skromnie: łóżko, ogrodowe fotele z plastiku, kilka szafek, na których równo poukładane są garnki, mała witrynka. Z niej gospodyni wyjęła specjalnie dla mnie malowaną szklankę i tacę. Wcześniej wspólnie z małżonkiem strącili z drzewa długim kijem z przyczepionym ostrzem dwa kokosy. Soma w błękitnej sukni i na boso kilka razy chodziła wokół drzew, zanim zdecydowała, które owoce należy zerwać. Wybrała dla mnie najlepszy, prawdziwie królewski, i podała wodę z niego.

Czułem, że Soma była przeszczęśliwa, że może mnie ugościć. Powtarzała w dodatku słowo, które niechcący powiedziałem po polsku: mama. Soma ze Sri Lanki, która nie zna innego języka poza syngaleskim, zrozumiała, co ono znaczy.

Najpiękniejsze moje wspomnienie z Sri Lanki? Właśnie Wam je opowiedziałem.

 

Michał Cessanis