Józef Piłsudski mawiał, że Polska jest jak obwarzanek. Wszystko co najlepsze jest na Kresach. Jadę na wschód, by sprawdzić, jak smakuje.

W życiu pani Natalii wojna  polsko-ruska wybuchła kilkanaście lat temu, kiedy  z rodzinnego Witebska postanowiła się przenieść na Podlasie. Polskiemu mężowi zrobiła pierogi i na swoją białoruską modłę polała je obficie śmietaną. – Jak to, a gdzie zasmażka?  – obruszył się mąż. Zasmażka? Do pierogów? Zgroza!

Od tego czasu Natalia Jambrzycka, która od czterech lat na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego prowadzi regionalną karczmę Wygoda, nauczyła się ogłaszać zawieszenie broni. Na talerzu rosyjskich pielmieni, którymi mnie częstuje, jest  i okrasa ze smażonej cebulki, i śmietana. Taki międzynarodowy kompromis. Chwilę  później na stół wjeżdżają podlaskie kartacze ziemniaczane z mięsem – podane w ten sam sposób. Pycha! Kulinarne porozumienie pokojowe wyszło na dobre.

Pierwsze danie: Biebrza

Takie multikulti to dla Podlasia chleb z masłem. Od stuleci mieszają się tu wpływy polskie, litewskie, białoruskie, rosyjskie, ży-dowskie i tatarskie. Wszystkich łączy ziemniak – zdecydowany król tutejszych stołów. Ale uwaga! Panowanie w naszym kraju kartofla nie jest wcale tak długie, jak się nam wydaje. Przywiózł go z Wiednia po wyprawie na Turków Jan III Sobieski, ale jako roślinę ozdobną dla ukochanej Marysieńki. W XVIII w. „jabłko ziemne” (tak wówczas mówiono) służyło jako lek, dopiero w XIX w. trafiło pod strzechy. I podbiło je na dobre. Dziś na Podlasiu obiad bez ziemniaków to jak wesele bez panny młodej.

Próbując tutejszej kuchni, wcale się temu nie dziwię. – Świetne te cepeliny! – chwalę wyroby pani Natalii. – Proszę nie mylić pojęć. Cepeliny są litewskie, robi się je z tartych ziemniaków. Podlaskie i rosyjskie są kartacze, z ziemniaków gotowanych  – poucza mnie gospodyni. Wszystko to pokręcone jak meandry Biebrzy, którą właśnie zamierzam spłynąć.

Podobno w Polsce są tylko trzy krainy, gdzie człowiek żyje  w pierwotnej symbiozie z przyrodą: Tatry, Puszcza Białowieska i pradolina Biebrzy. Przy czym dwie pierwsze są od dawna turystycznie wyeksploatowane. Z Biebrzą jest inaczej. Jej piękno jest mniej oczywiste, wymaga wyrafinowanego podejścia, przez dziesięciolecia go nie doceniano. Dopiero od jakichś 20 lat zaczyna być odwiedzana przez turystów.

Na pomysł organizowania spływów tratwą po tej rzece Robert Dembowski z Wrocenia wpadł kilka lat temu. Konstruując swe rzeczne wehikuły, pomyślał o tym, by można było na nich jeść i spać. Biebrza jest długa i kręta. Spływy mogą trwać nawet 12 dni! Ja wybieram opcję jednodniową. Wielkimi palami odpycham się od dna – idzie zaskakująco dobrze. Biebrza to spokojna rzeka, więc prąd nie jest zbyt silny. Wystarcza jednak, by spokojnie nieść tratwę. Cała trudność to tak ustawić konstrukcję, by nurt zastępował siłę mięśni. Po jakimś czasie się udaje, zaczynamy więc biesiadę na wodzie. Przy drewnianym stole może się zmieścić nawet osiem osób. W kulinarnej podróży przeszkadzają tylko meandry bezczelnie znoszące nasz wodny pojazd na manowce. Między kęsami podziwiam zmienność nadbiebrzańskich kolorów. Rano tutejsze mgły były fioletowe, później żółtoczerwone, wieczorem stają się szare. Degustowanie tutejszych krajobrazów najwyraźniej wymaga czasu.

Wieczorem przechodzę do degustacji Biebrzy od kulinarnej strony. W zajeździe Bartlowizna w Goniądzu zamawiam sobie zupę rybną i duży talerz pierogów ze szczupakiem w sosie cytrynowym. Tutejsze potrawy regionalne od lat zdobywają nagrody na wszelkich możliwych konkursach kulinarnych, a swojskie wyroby wędliniarskie uzyskały prestiżowy certyfikat „Teraz Polska”. Katarzyna Szmurło, która współrządzi tutejszą kuchnią, opowiada, że klucz do sukcesu leży w tradycji. Banał, myślę sobie. Ale gdy zaczyna opowiadać o sposobach przyrządzania jadła, zaczynam wierzyć, że coś jest na rzeczy. Przykład? Kapustę kisi się tu w dębowych beczkach zatapianych w stawach. To nic, że są chłodnie, nic nie zastąpi naturalnej lodówki pod wodą. Czuję, że nadmiar kulinarnych wrażeń może się skończyć przejedzeniem, jako antidotum wyciągam więc flaszeczkę z Kopnięciem Łosia. To „podlaska rakija”, bimber wytwarzany według tradycyjnych receptur. Nigdzie nie można go kupić, buteleczkę dostałem od pana Roberta za to, że dzielnie sobie radziłem na tratwie. Podobno to wyróżnienie spotyka tylko niektórych gości. Jak miło!

Drugie danie: pierekaczewnik

Mój drugi przystanek w poszukiwaniu smaku Kresów to Kruszyniany, jedna z dwóch muzułmańskich wiosek w Polsce. Wyznawcy islamu żyją tu od 1679 r., kiedy polski król, nie mając pieniędzy na wypłacenie im żołdu, ofiarował im ziemię na terenie Podlasia.  W tutejszym meczecie wita mnie Dżemil Gembicki, przewodnik i opiekun budynku. Architektonicznie budynek łączy w sobie cechy kościoła i cerkwi, w środku jednak ma układ klasycznego meczetu. Także baniaste kopuły zakończone półksiężycem przypominają, że jestem u muzułmanów.