Używamy jej na co dzień jako dodatku do słów. Ten, kto wybiera się do kraju, nie znając obowiązującego w nim języka gestów, może mieć kłopoty.

Używamy jej na co dzień jako dodatku do słów. Ten, kto wybiera się do kraju, nie znając obowiązującego w nim języka gestów, może mieć kłopoty.

Digitus infamis, czyli niesławny palec (środkowy) unoszony najczęściej przez wzburzonych kierowców w kierunku innych użytkowników drogi to jeden z symboli czytelnych na całym świecie, podobnie jak znak Victorii. Gorzej, gdy przenosimy jakiś nasz krajowy gest za granicę i okazuje się, że tam znaczy on coś innego. Kręcenie otwartą dłonią, które w Polsce i USA oznacza „mniej więcej”, w kilku krajach Ameryki Południowej stanowi część gry wstępnej oznaczającej „jestem biseksualny”.

Pieniądze. U nas wystarczy potrzeć kciukiem palce wskazujący i środkowy, i od razu wiadomo, o co chodzi. W Ameryce Łacińskiej, by wyrazić to samo, wykonuje się ruch całą dłonią, jakby chciało się zakręcić kurek z wodą.

Czas. Latynosi mają gest oznaczający „chwileczkę”. Pokazują wtedy trzymane w dwóch palcach niewidzialne ziarnko grochu.

Migacze. Kierowcy w Meksyku w ogóle nie stosują kierunkowskazów. Gdy chcą skręcić w lewo, swobodnie wywieszają lewą rękę przez okno, jakby ją chłodzili. Kto tego nie wie, znaku nie odczyta. A gdy chcą skręcić w prawo? Sięgać do prawego okna nie mogą, bo to za daleko. Dlatego również używają lewej ręki, tyle że kładą ją na dachu, tak jakby chcieli się ochłodzić pod pachą.

Taksówka. W Meksyku nikt jej nie zatrzymuje i nie ma na to stosownego gestu. Po prostu stoi się na ulicy i czeka, aż taksówkarz przywoła nas. Kierowca wystawia w naszym kierunku dłoń wierzchem do góry, a potem ją gwałtownie przekręca, jakby chciał złapać coś, co właśnie spada z nieba. To gest oznaczający znak zapytania. Taxi, senor?

Powitanie. Arabowie na znak pokoju kładą rękę na sercu i skłaniają głowę z uszanowaniem. Na wyspach Pacyfiku robi się „sowę” (ludzie stykają się czołami, spoglądają sobie w oczy i pocierają nosami). Zaś Indianie nad Amazonką... podają sobie dłonie. Nie ściskają ich, lecz jedynie dotykają leciusieńko, samymi koniuszkami palców, jakby z nich chcieli zetrzeć kurz, nie muskając skóry.

A skąd się wziął nasz – białych ludzi – uścisk dłoni? W starożytnym Rzymie mężczyźni chwytali się nawzajem za przedramiona, żeby sprawdzić lub pokazać, że nie chowają noża w rękawie. Uścisk dłoni jest symbolicznym powtórzeniem tamtego gestu. Z kolei poklepywanie po plecach i obściskiwanie „na misia” było w starożytności znakiem braku zaufania – chodziło o rodzaj uproszczonej rewizji osobistej, a nie o znak przyjaźni.

Współcześnie w naszej kulturze klepanie po plecach i łapanie kogoś za ramię w czasie podawania sobie dłoni jest raczej w złym tonie. Niestety, wielu polskich polityków o tym nie wie i wprawia w zakłopotanie zachodnich dyplomatów. Chcą wypaść przyjaźnie, tymczasem ich gesty są odbierane jako nieprzyjemna poufałość „ze Wschodu”. No, ale i tak lepsze to od rosyjskiego obyczaju całowania się przez bratnich przywódców w usta.

A propos. Kto pierwszy wpadł na ten okropny pomysł? Jaskiniowcy, którym ok. 30.–40. roku życia wypadały zęby. Choć byli jeszcze w pełni męskich sił – potrafili szybko biegać i skutecznie polować – to przy jedzeniu mięsa musieli korzystać z pomocy młodszych, którzy dla nich przeżuwali twarde kęsy, a następnie wpluwali starszym do ust. Był to trochę zwierzęcy znak podległości. I... tym pozostał (np. pocałunek śmierci włoskiej mafii).

Na zakończenie słów kilka o dźwiękach działających jak słowa. Chciałbym Państwu przypomnieć stary zwyczaj przywoływania kelnera poprzez pstrykanie palcami. Nie wiem, dlaczego uchodzi dziś w Polsce za nieelegancki, ale w wielu trochę bardziej praktycznie nastawionych kulturach Europy pozostał. Nie trzeba znać słowa „kelner” w obcym języku, wystarczy pstryknąć. W Meksyku i Kostaryce na kelnera psyka się ustami: psssyk. Zaś w Panamie na kelnerów się klaszcze. Sprzedawcy psykają lub klaszczą (przeraźliwie głośno) na klientów, żeby przyciągnąć ich uwagę do swego straganu. Nie nawołują tak jak u nas: – Zapraszamy na promocję kawy!, tylko klaszczą, aż przechodzień spojrzy w odpowiednim kierunku.

W starożytności klaskanie było wyrazem... kpiny. Gdyby ktoś w czasach biblijnych wystawił jakąś sztukę i usłyszał na koniec gorące brawa, powinien spakować manatki i ze wstydem zmykać.