Zamki jak z filmów Disneya, uliczki jak z bajek Braci Grimm. Na szczęście słodycz kończy się tu na architekturze. Bo wino w Alzacji pija się już wytrawne. I właśnie dla niego się tu znalazłem.

Moja wycieczka do Francji wzięła się z poczucia wyobcowania. Zauważyłem bowiem, że straciłem alkoholową więź z większością znajomych. Oni od dawna sączyli na imprezach wino, a ja – opuszczony i samotny – żłopałem bardziej narodowe trunki. Wino stało się nie tylko „nastroju trampoliną” (jak śpiewa Sydney Polak), ale też istotnym tematem rozmów. Po prostu nie mogłem znieść, że nie mam nic do powiedzenia o tym, o czym inni mówią tak wiele. Miałem ponad 40 lat i nadszedł czas, by utracić niewinność.

Dlaczego w Alzacji? To królestwo win białych, delikatniejszych i lżejszych od czerwonych. Ale przede wszystkim dlatego, że tamtejsze okoliczności przyrody wręcz zmuszają do cieszenia się życiem. Alzacja to najmniejszy region Francji, wciśnięty między Lotaryngię, Niemcy i Szwajcarię. Od wschodniego sąsiada odcina ją majestatyczny Ren, a od reszty Francji może nie tak majestatyczne, ale urokliwe Wogezy, w które zapamiętali wędrowcy mogą zapuścić się na całe dnie.

Błoto w winie

Alzacja to pogranicze, a takie tereny są tyleż fascynujące, co doświadczone przez historię. Od dawna ścierały się tu wpływy niemieckie i francuskie, co widać w architekturze i czuć w kuchni. Niektóre sytuacje z przeszłości wydają się nam Polakom zaskakująco znajome. Na przykład podczas ostatniej wojny zdarzało się, że Alzatczycy zaczynali ją jako żołnierze francuscy, a kończyli jako niemieccy, bowiem po zajęciu Francji ich region został włączony do III Rzeszy. Wtedy też hitlerowcy wyjątkowo brutalnie zwalczali język alzacki oraz wszelkie przejawy regionalnej tożsamości.

A ta istnieje, o czym łatwo przekonać się na ulicach Strasburga i Colmaru,  dwóch największych miast Alzacji. Nominalna współstolica Europy (razem z Brukselą) może poszczycić się zjawiskową starówką. Bajeczne kamienice, pruski mur, po którym wspina się kwiecie – no jasne, to miejsce musiało inspirować Walta Disneya, gdy kreował świat Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków. Najbardziej urokliwy zakątek Strasburga nazywa się Petite France i mało jest rzeczy przyjemniejszych niż zapuszczenie się w gąszcz średniowiecznych uliczek. Prędzej czy później wpada się na katedrę. Ja w swoim rankingu średniowiecznego zapierania dechu w piersi plasuję ją bardzo wysoko. Jest mniejsza niż jej imienniczka Notre Dame z Paryża, ale zbudowana została z różowego piaskowca, co monumentalnej budowli daje efekt lekkości. A jej wnętrze… Jeśli ktoś ma skłonność do gotyku, może się zakochać do szaleństwa.

Colmar nie ma co prawda katedry (acz miejscowi nazywają tak największy kościół w mieście), ale jest bardziej kameralny, a cen nie zawyżają eurotechnokraci. Kamienice, w podobnym stylu jak w Strasburgu, są tu pomalowane na żywe kolory, więc znowu włączają się disneyowskie skojarzenia. Polaka może oburzyć, że Colmar i w ogóle cała Alzacja uzurpuje sobie prawo do bociana. Jego gniazdo góruje nad miastem z wieży quasi-katedry, a koszulki z boćkami są tutaj głównym suwenirem. Z polskiego punktu widzenia to swoista perwersja, więc natychmiast taką kupiłem.

Żeby ochłonąć po tej skandalicznej aneksji naszego ptaka, najlepiej zasiąść w jednej z licznych knajpek colmarskiego Petite Venice. Co prawda z Wenecją ma niewiele wspólnego (jak większość „drugich Wenecji” na świecie), ale jest świetnym miejscem, żeby zacząć winną edukację. A najlepiej kontynuować ją na Alzackim Szlaku Winnym. To 120-kilometrowa pomoc naukowa dla takich ignorantów jak ja, a zarazem kręgosłup regionu. Przy szlaku, pośród wzgórz i winnic, przycupnęło kilkadziesiąt miast i miasteczek, w których życie kręci się wokół wyrabiania i spożywania wina. W większości są to małe kopie Strasburga i Colmaru, takie Petite Strasburgi i Petite Colmary. Nic dziwnego, że w takim otoczeniu nawet bardzo wytrawny riesling wydaje się słodki. Sympatyczne, że w Alzacji tak zwana degustacja nic nie kosztuje (w innych rejonach Francji bywa różnie). Wchodzisz do salki degustacyjnej dowolnego winiarza, prosisz o takie czy inne wino, pijesz, prosisz o następne, pijesz… i tak dalej, aż ci się nie znudzi. Na koniec możesz zakupić jakąś butelkę, ale jeśli tego nie uczynisz, absolutnie nikt nie będzie miał o to do ciebie pretensji. Czy to nie wspaniałe?

Po kilku degustacjach mogłem już w środku nocy wymienić alzackie szczepy. To sylvaner, pinot blanc, riesling, pinot gris, i gewürztraminer. Poza tym w Alzacji robi się miejscowego „szampana” czyli muscat, którego wszędzie podają w charakterze aperitifu i jest to świetny zwyczaj. Po prawdzie w Alzacji robi się jeszcze wino czerwone pinot noir, ale – nie mówcie tego Alzatczykom – jest takie sobie. W przeciwieństwie do białych koleżanek, które są fantastyczne. Bardzo szybko wbiłem sobie do głowy, co można wyczuć w winie, kiedy się je profesjonalnie siorbnie. To między innymi: błoto, benzyna, ściółka leśna, grzyby, kiszona kapusta, krzemień, miód. Dość długo wydawało mi się, że „siorbacze” robią sobie ze mnie jaja, ale jednak nie. Oni faktycznie czują – a przynajmniej twierdzą, że czują błoto w winie. Co więcej, są tym zachwyceni. Dziwacy.