Wybierasz się w daleką podróż, ale nie wiesz jak podczas wyprawy utrzymać reżim swojej diety? Przeczytaj historię Agaty Kowalczyk-Borek z Dosvagabundos.pl

Na krótko przed wylotem do Tajlandii rozpoczęłam dietę. Nie po to, by prezentować się w bikini niczym króliczek Playboya. Po prostu w pewnym momencie swojego życia wyglądałam tak, jakby pokąsały mnie osy i postanowiłam położyć temu definitywny kres.
 

Wytresowana przez panią dietetyczkę (do której zainteresowanym mogę dać namiar- kobieta czyni cuda) wiedziałam, że pięć posiłków dziennie to absolutna podstawa. W tym dwa bazujące na owocach, dużo warzyw i ryb, mało węglowodanów.
 

Niby nie takie trudne. Do czasu, aż nie wyjedzie się na urlop. No bo weź tu i gotuj sobie codziennie, albo stołuj się w restauracjach, za co niejednokrotnie zapłacisz, jak za zboże. Szybki kawałek pizzy czy hamburger zupełnie nie wchodziły w grę.
 

Łatwo powiedzieć, ale jak się tego trzymać?
 

Co zatem zrobić? Wypakować bagaż po brzegi zupkami pomidorowymi Amino? (żeby nie było, już to kiedyś przetestowałam). Liofilizowana żywność, po której się świeci bardziej niż po czarnobylskich prawdziwkach? A może dieta modelek, czyli wata popijana octem? Ewentualnie nocne skręcanie długopisów, coby zarobić na jedzenie w dobrych knajpach.
 

Rozwiązanie jest proste – Tajlandia. Wszystko. Dla każdego. Za grosze. Zupełnie jak w Biedronce. No prawie wszystko. Jedyne czego może brakować to śniadania w europejskim rozumieniu. Z tego względu podczas rezerwowania noclegu warto zwrócić uwagę na to czy w cenę pokoju wliczone jest poranne zapełnienie żołądka. Koszt niewiele wyższy, a mieszkańcy starego kontynentu na pewno będą usatysfakcjonowani jajecznicą lub granolą na mleku.
 

Pozostałe posiłki spożywać należy na ulicy. Leżąc, siedząc, spacerując między straganami, robiąc zdjęcia, targując się o cenę wycieczki z lokalnym przewodnikiem. Jest absolutnie pysznie, świeżo, zdrowo i różnorodnie.
 

Jak wygląda tajska kuchnia? Tego nie znajdziesz w polskich fast-foodach! Zobacz zdjęcia
 

Oczywiście zdarzają się przypadki tajskiej odmiany choroby Faraona, ale łatwo temu zapobiec łykając codziennie – kupione jeszcze w Polsce – tabletki osłonowe, a także unikając picia napojów z wytwarzanymi lokalnie kostkami lodu. Tym bardziej, że alternatywą dla zwykłych soków może być woda kokosowa. Nie dość że bardzo orzeźwiająca, a także idealna na kaca ze względu na swoje właściwości odżywcze, to jeszcze serwowana w sposób, który sam w sobie jest niebywała atrakcją.
 

Owoce i warzywa? Koniecznie
 

Owoce – bez problemu. Zwłaszcza, że zdecydowana większość ulicznych sprzedawców obiera je w chirurgicznych rękawiczkach i nierzadko nawet szczypcami wkłada do jednorazowych, foliowych rożków, dzięki czemu ryzyko nabawienia się jakieś zarazy ze względu na brudne dłonie handlarki czy też inną od naszej florę bakteryjną, jest w zasadzie znikome. A w Polsce nie zjemy ich tak soczystych,  świeżych i w tak doskonałej cenie…
 

Zresztą warto przemycić do diety „coś zielonego”. Ichniejszy street food to przede wszystkim smażenie na oleju- głębokim lub jeszcze głębszym. Ja nie przepadam za takimi potrawami, Sebastian natomiast był w raju. Takie tajskie KFC na bilion możliwych sposób.
 

Alternatywą dla paniery są szaszłyki. Prosto z grilla, wołowe, drobiowe lub totalnie wege. Wyglądają niepozornie, ale zestaw pięciu potrafi nieźle wypełnić żołądek.
 

No i pad thai. Absolutnie zjawiskowy. Z tofu, kurczakiem, krewetkami. Trochę słodki, trochę pikantny, bardzo sycący i niebiańsko pyszny. W ogóle to jestem zdania, że kto nie jadł pad thaia w Bangkoku ni razu, ten nie jadł pad thaia wcale.
 

Aha, a propo pikantny- nie polecam kozaczyć z ostrością potraw. Nawet jeśli założyliście się o pieniądze (chyba, że kwota to 5 milionów dolarów, za którą bez problemu pokryje się przeszczep przełyku). Dotyczy to także zup, zwłaszcza tom yum.
 

Także wielbiciele słodkości znajda coś dla siebie. Chociażby wszędobylskie, smażone na miejscu naleśniki, obowiązkowo z nutellą lub bananem. Albo kokosowe ciasteczka.
 

Jedz, ale nie pytaj
 

Co wrażliwsi powinni powściągnąć swoją ciekawość i nie zastanawiać się nad warunkami przygotowywania potraw oraz mycia zastawy. Podano, zjeść należy i ładnie podziękować, bez włażenia z aparatem na zaplecze.
 

Niestety – co raz zostało zobaczone, to się już nie odzobaczy, dlatego jeśli nie powściągniecie swojej ciekawości, po prostu następnym razem zamawiajcie w opcji na wynos w jednorazówkach. Plastikowe talerze, sztućce, kubki, rożki etc. są wszechobecne, Rosenthal by w Tajlandii z pewnością splajtował.
 

Zobacz jak wygląda robienie jedzenia na ulicy w Tajlandii!
 

W potrawy nie należy się również za bardzo wgapiać. Ani ich wąchać. Po prostu konsumować. Warto też np. odpowiednio wcześniej zaobserwować czy na trasie naszego spaceru jest targ rybny i omijać go szerokim łukiem. Temperatura, duchota, wilgotność, spaliny i suszona ryba robią swoje.
 

Natomiast wszystkich cierpiących z powodu restrykcji żywieniowych, a zwłaszcza okrutnego zakazu jedzenia po 18, spieszę uspokoić- w Tajlandii jemy wieczorem. A nawet nocą. Wtedy jest chłodniej (nie mylić z zimno), przyjemniej, mniej śmierdząco i lepiąco. Zero ryzyka utycia. Każda kaloria jest wypacana następnego dnia rano, nawet w czasie zwykłego spaceru, gdy walczysz o życie przebiegając przez czteropasmówkę. Adrenalina pięknie wytapia tłuszcz. Zresztą wielość przypraw i smaków powoduje, że jemy mniej, a szybciej czujemy się pełni. No i te składniki. Gdzie na wyciągnięcie ręki dostaniemy takie owoce – te słodkie i te z morskich głębin? Idealne wczasy odchudzające.
 

Alternatywa dla stęsknionych
 

Jeśli ktoś by jednak zatęsknił za inną kuchnią – chociaż nie warto odbierać sobie tej tajskiej rozkoszy podniebienia – wybór będzie miał większy w typowo turystycznych kurortach. W samym Bangkoku ciekawa alternatywą jest chińska dzielnica i jej gigantyczny wachlarz kulinarnych opcji. Niby też azjatycko, a zupełnie inaczej. Znajomi polecili nam tam np. knajpę Texas- nie mam zupełnie pojęcia w jaki sposób wytłumaczyć gdzie się ona znajduje. Ale jest to wykonalne, trzeba tylko pogadać z wujkiem Google. Najlepsze dim sumy na świecie, kociołki z rożnymi bulionami, do których się wrzuca co tylko dusza zapragnie, począwszy od cienkich plastrów wołowiny na bok choy kończąc (bardzo podobne, tak w wyglądzie jak i w kuszącym smaku można spotkać w jedynym w swoim rodzaju warszawskim Shabu-Shabu, delikatna Singha, świeże kraby…
 

Swoją drogą warto je zjeść w stolicy Tajlandii, bo są lepiej przyrządzone i znacznie tańsze niż np. w Krabi, którego nazwa nas sromotnie zmyliła. Myśleliśmy, że w tym leżącym na południowym-zachodzie kurorcie będzie pysznie, różnorodnie, i za grosze. Nic bardziej mylnego. Może i ładnie podane, ale naprawdę marne. Tam za to dostaniemy znajomą pizzę, hamburgera albo spaghetti. I namiastkę street food, czyli np. pana sprzedającego na plaży kukurydzę lub lody. Beach food rodem z Mielna.
 

Dlatego tak długo, jak tylko można, warto się opychać w Bangkoku. I z lubością patrzeć na fantastycznie odżywione ciało, które nic a nic nie rośnie wszerz. Ko klap baan!
 

Źródło: DosVagabundos.pl


Reporterzy National Geographic Traveler odwiedzili Słowenię. Zobaczcie czym potrafi zaskoczyć ten nieduży i piękny kraj!