Dzieci pracują w turystyce na całym świecie. A przecież powinny się bawić. Czy urlop zwalnia dorosłych z obowiązku reagowania?

Tekst: Arkadiusz Lorenc

Nie wiem, ile mogła mieć lat. Niewiele, mniej niż 10 z pewnością. Podeszła do nas odważnie, bez wstydu. 

– Trzy za dolara – powiedziała po angielsku, pokazując kolorowe, wyplatane bransoletki, które niosła na ręce. – Trzy za dolara, proszę pana! – Dziewczynka sprzedająca pamiątki pod jedną ze świątyń w kompleksie Angkor w Kambodży nie dawała za wygraną.

– Ale my nie potrzebujemy bransoletki, nie kupimy – powiedziałem. Chodziła za nami długo.

– Cztery za dolara? – obniżała cenę. Na chwilę tylko przerywała i dziarsko pytała nas: jesteście z Rosji? Nie z Rosji? To skąd? A może pięć bransoletek za dolara?

Nie odpuściła nawet, gdy poszliśmy do toalety. Poczekała grzecznie przy wejściu, by dalej nie odstępować nas na krok. Była pora deszczowa, wcześnie rano, niewiele osób na horyzoncie. 

Narastało w nas zniecierpliwienie. I dylemat stawał się coraz trudniejszy do rozstrzygnięcia. Kupić od dziewczynki bransoletkę i utwierdzić jej rodziców w przekonaniu, że dobrze radzi sobie w handlu ulicznym, więc powinna pracować (a nie uczyć się i bawić)? A może pozostać nieugiętym i przynajmniej mieć czyste sumienie, że nie przyłożyło się ręki do globalnego problemu, jakim jest wykorzystywanie pracy dzieci w przemyśle turystycznym? Jeden dolar – to w końcu suma, która dla nas nie ma żadnego znaczenia. W Kambodży – to zdecydowanie więcej. Więc gdy nie kupię bransoletek, których i tak nie potrzebuję, to nie dam szansy ludziom o wiele mniej zamożnym niż ja, my, zarobić na mojej podróży nawet tego jednego dolara. Czy wtedy moje sumienie nadal będzie czyste?  A może powinienem zareagować i ustalić, dlaczego dziewczynka pracuje – choć nie powinna?

O krok od tragedii

Sytuacja z Kambodży może się powtórzyć wszędzie. I powtarza się. W Polsce też, choć może się to wydawać zaskakujące. Pytam znajomych na Facebooku o to, czy zdarzyło im się spotkać dzieci sprzedające pamiątki, pracujące w restauracjach, hotelach, słowem – zatrudnione w turystyce. 

– Kilka lat temu w Bangkoku wielokrotnie widziałem małe dzieci, które sprzedawały kwiaty. Kilka razy musiałem odmawiać ich kupienia. Uważałem, że to nieetyczne wspierać to, co – jestem przekonany – było wykorzystaniem dzieci dla zarobku. W jednej z takich sytuacji za dzieckiem chodziło dwóch młodych turystów, sądząc po akcencie, z Wielkiej Brytanii. Sprawiali wrażenie pijanych i w agresywny sposób namawiali mnie, żebym kupił kwiaty od dziecka, bo rzekomo zbiera ono na szkołę. Gdy odmówiłem i podałem powód, o mały włos nie zaczęli mnie bić – pisze Patryk.

– Pamiętam dzieciaki pływające na ręcznie rzeźbionej łupince w okolicach Komodo. Dopływały do naszego statku, wdrapywały się na pokład i sprzedawały figurki waranów. W pewnym momencie ich łódeczka odczepiła się i zaczęła odpływać. Chłopaki rzuciły się za nią wpław. Młodszy z nich zaczął się topić, starszy nie mógł do niego dopłynąć. Było o krok od tragedii, na szczęście nasz kapitan, też zresztą niepełnoletni, skoczył mu na ratunek – opowiada Laura. 

Agata: – W górskich wioskach w Omanie dzieci stoją przy prowizorycznych straganach i sprzedają plecionki z włóczki, zawieszki na klucze. Ale nie chińskie, robione przez całe rodziny. Na pustyni Wahiba beduińskie maluchy dosłownie oblepiają samochody w trakcie postoju i oferują daktyle, granaty, chałwę. Nastolatki proponują, że przejadą za ciebie najtrudniejsze wydmy. Czekają boso, w białych diszdaszach, na szczycie wydmy, aż utkniesz. Wyrostki, na pewno bez prawka.

Magda pamięta kilkuletnie dzieci sprzedające na ulicach Indii watę cukrową w torbach albo tandetne patelnie. Kasia – Czarnogórę i kilkulatki oferujące jedzenie na plażach. Stasia – Gruzję, region Swanetia (dzieci proponują turystom przewiezienie konno bagażu do hotelu). Natalia – Brazylię. Kalina – Rumunię. 

To tylko kilka takich spotkań. Ilu z nich w ogóle nie zauważyliśmy?

Niezmierzony problem

Problem pracy dzieci najpoważniejszy jest w najsłabiej rozwiniętych krajach świata. – W UNICEF-ie mówimy, że w takich krajach pracuje jedno na czworo dzieci w wieku od 5 do 17 lat. Jednak temat pracy dzieci w turystyce jest niezwykle złożony i trudny do oszacowania – mówi rzecznik prasowa UNICEF-u Monika Kacprzak. Bo dane, na które się powołuje, dotyczą pracy dzieci w ogóle. 

Nawet w informacji prasowej poświęconej międzynarodowemu szczytowi w Kolumbii (z początku czerwca), podczas którego mówiono o tym, jak chronić dzieci przed wykorzystywaniem przez przemysł turystyczny, nie ma słowa o liczbie dzieci, które są w nim zatrudnione. 

Liczby da się jednak znaleźć. Np. w dokumencie sygnowanym przez Fair Trade Tourism, w którym napisano, że w turystyce pracuje ok. 13–19 mln dzieci na świecie. Na ile jest to jednak liczba zgodna z rzeczywistością, w zasadzie nie da się stwierdzić.

Warto jednak przygotować się, że w podróży spotkamy dziecko, które będzie np. próbować sprzedać nam pamiątkę. Co wtedy zrobić? Kupić? Nie kupić? A może zainteresować się, dlaczego mały sprzedawca jest na ulicy, a nie w szkole?

– Na lokalną policję w wielu krajach nie bardzo można liczyć, a droga do UNICEF-u daleka – mówi prof. Krzysztof Podemski, socjolog, autor książki Socjologia podróży. – Na pytanie, czy kupić od dziecka jakiś produkt lub czy dać pieniądze małemu żebrakowi, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Trzeba byłoby znać specyfikę kraju, kontekst kulturowy, a nawet konkretną sytuację rodziny dziecka. Niektóre z nich są przecież tzw. dziećmi ulicy, zarabiają, żeby przeżyć. Inne pracują jak dorośli, bo praca rodziców nie wystarcza na utrzymanie. Nie widzę nic złego w sytuacji, gdy dzieci sprzedają np. pamiątki turystyczne. Choć oczywiście byłoby lepiej, żeby mogły się w tym czasie uczyć i nie musiały pracować.

Inaczej widzi to Paweł Cywiński, kulturoznawca, orientalista i geograf: – Turysta, który spotyka pracujące dziecko, przede wszystkim powinien zrezygnować z usług firmy, w której to dziecko jest zatrudnione. W praktyce oznacza to, że powinien zmienić hotel albo nie kupować niczego w danym sklepie. Powinien też poinformować firmę, co jest powodem jego decyzji, żeby pokazać osobom zatrudniającym dzieci, że dla turystów taki proceder jest nieakceptowalny. Warto też udokumentować wszystko zdjęciami albo filmami nagranymi telefonem, a potem wyszukać organizację pozarządową, która w danym kraju zajmuje się wykorzystywaniem dzieci, i przekazać jej te dowody wraz z dokładnym opisem sytuacji. Kto podróżuje etycznie, powinien zastanowić się także nad tym, czy dając pieniądze jednemu dziecku (niezależnie od tego, czy żebrze, czy sprzedaje pamiątki), nie skrzywdzi innych. Nie sprawi, że będzie im przykro, bo im nie dał nawet 50 centów.

Prof. Podemski: – Pamiętam swój pierwszy pobyt w Indiach w połowie lat 80. Na Juhu Beach w Bombaju zaczęliśmy w czasie odpływu wyławiać muszle. Po paru minutach otoczyło nas kilkoro dzieci, które oferowały nam pomoc. Po kwadransie takich pomocników mieliśmy już kilkudziesięciu. Nie byliśmy w stanie każdemu z nich dać pieniędzy, więc uciekliśmy. Potem przeżyłem jeszcze bardziej dramatyczną sytuację. Weszliśmy do jednego z podziemnych przejść w centrum miasta. Natychmiast wyrosło przed nami kilku małych żebraków. Znów daliśmy im po kilka rupii. I tym razem musieliśmy salwować się ucieczką, bo zanim doszliśmy do wyjścia z drugiej strony, ścigał nas cały tłum. Widoku jednego z tych żebrzących dzieci, beznogiego chłopaka, który odpychając się rękoma, poruszał się na czymś w rodzaju „deskorolki”, nie mogę zapomnieć.

Dlatego na pytanie „dać czy nie dać” każdy musi sobie odpowiedzieć sam. – Mamy tu konflikt wartości. Gdyby przyjąć, że żaden turysta nie będzie dawał „bakszyszu” żebrzącym dzieciom, które z premedytacją okaleczono, pewnie dałoby się ten nieludzki proceder ograniczyć. Jednak z drugiej strony mamy do czynienia z konkretnym małym człowiekiem, który jeżeli nie przyniesie swojemu wyzyskiwaczowi utargu, zostanie zbity i pozbawiony posiłku, a może nawet zamordowany. I co tu wybrać? Co jest mniejszym złem? – zastanawia się prof. Podemski.