Jeśli egzotyka nie oznacza kurortu na Florydzie tylko jakiś kraj mniej cywilizowany niż Polska, to najlepiej nie brać nic. Cokolwiek zabierzemy, stanie się atrakcją dla miejscowych złodziei, a także obiektem pożądania żebraków. Przecież jeśli tubylcy są egzotyczni dla nas, to i w drugą stronę – my jesteśmy egzotyczni dla nich: z naszymi innymi spodniami, dziwnymi plecakami, swetrami, zegarkami itd.

Najzwyklejszy przedmiot made in Poland staje się za granicą towarem ZAGRANICZNYM. A proszę sobie przypomnieć, jak my sami reagowaliśmy w czasach PRL-u na zwykły długopis czy prozaiczną plastikową torbę z importu. Jadąc w nieznane, bez otaczającej nas bezpiecznym kordonem grupy turystycznej, bez przewodnika, bez opieki biura podróży – lepiej nie zwracać na siebie uwagi kolorowym bagażem.  No dobrze, ale coś zabrać trzeba.
Owszem, dlatego przed podróżą proszę sobie rozłożyć na dywanie najniezbędniejsze minimum tego, co absolutnie musimy wziąć na wyprawę. Proszę to posortować, tak aby spodnie, majtki, skarpetki, koszule, swetry, obuwie itd. leżały na osobnych kupkach. A teraz proszę z każdej takiej kupki wziąć tylko jeden egzemplarz. (Wyjątek stanowi bielizna – dwie pary i koniec. KONIEC!).
Bagaż w podróży nie jest niezbędny. Przeciwnie – on jest udręką, ciężarem i zawalidrogą. Wymaga stałej opieki, żeby nie zmókł, nie zniszczył się, nie zapodział. Stałej troski, by go nam nie ukradziono. No a najgorsze, że wciąż go trzeba ze sobą nosić. I co dnia rozpakowywać i zapakowywać. FUJ! Wyzwolenie się z chęci pakowania wszystkiego, co się może przydać, zajęło mi kilka lat, ale teraz nawet na najtrudniejsze ekspedycje zabieram jedynie 5 kg rzeczy osobistych plus sprzęt fotograficzny. Resztę mam na sobie. Mój zestaw podróżny zawiera jedne długie spodnie i jedne krótkie – piorę je na zmianę. Jedną koszulę z długim i jedną z krótkim rękawem – też piorę na zmianę. Dwie pary gatków – kiedy się kładę spać, wyjmuję czyste, a poprzednie piorę i wieszam na noc do wyschnięcia.
Kiedy nasz bagaż ograniczymy do kilku rzeczy osobistych upchniętych w małym plecaczku, podróż nabiera kolorów. Wyzwoliliśmy się z kłębowiska przedmiotów i możemy swobodnie chłonąć zwiedzany kraj. A jak nam czegoś zabraknie, co wtedy? To samo co w Polsce – idziemy do sklepu i kupujemy nowe. Dużo łatwiej wozić ze sobą zabezpieczenie w postaci gotówki, karty kredytowej lub czeków podróżnych, niż taszczyć zapasowe spodnie, których ani razu nie założymy.
To już nie są czasy PRL-u, gdy wydatek 7 dolarów stanowił ekonomiczną katastrofę – dzisiaj jadąc do kraju egzotycznego, jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji finansowej.
Wiem, że na początku bardzo trudno jest się tak radykalnie przestawić, żeby nie brać ze sobą prawie niczego. Dlatego proponuję Państwu stadium przejściowe. Proszę sobie najpierw wyznaczyć limit wagowy, który nie będzie stanowił przesadnego obciążenia – taki indywidualny udźwig, który nie wywołuje zadyszki (moim zdaniem to około 15 kg). Następnie pakujemy wszystko, cokolwiek chcemy zabrać, ale tylko tyle, by nie przekroczyć limitu.
Po dotarciu na miejsce, czyli w jakiś egzotyczny zakątek świata, pozbywamy się całego bagażu, wymieniając towary polskie na miejscowe. Nie zmniejszymy w ten sposób ciężaru plecaka, ale przestaniemy być atrakcją dla złodziei. (A przy umiejętnym targowaniu uzyskamy nawet trochę dodatkowych funduszy).
Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie warto zabierać z Polski właściwie niczego poza ubraniem, w którym wsiadamy do samolotu – wszystko, co kupimy sobie na miejscu, będzie tańsze niż w kraju, a przy okazji egzotyczne, i zostanie doskonałą pamiątką z podróży.
Po powrocie z Brazylii jeszcze przez miesiąc używałem brazylijskiej pasty do zębów – było romantycznie. W Wenezueli kupiłem skórzane troki, żeby przyczepić plecak do kulbaki, a potem – w Polsce – nosiłem je jako paski do spodni. Były zrobione z bydlęcej skóry, łaciate i wyprawione w taki sposób, że włosie pozostało – wzbudzały podziw i zazdrość. Na koniec sztuczka, którą stosuję od lat. Posłuchajcie... Przed wyjazdem kupuję jakąś charakterystyczną czapkę – wszystko jedno co, byle było polskie. Pierwszego dnia pobytu za granicą wymieniam tę czapkę na najbardziej charakterystyczne lokalne nakrycie głowy i w ten sposób znikam w tłumie. Z bliska, oczywiście, nikogo nie oszukam – od razu widać, że jestem gringo, ale z daleka... kieszonkowcom wydaje się, że to jakiś kolejny miejscowy, tylko nieco wyższy.