Mojego przyjaciela z czasów licealnych rzuciło na wschód. Nie na Daleki Wschód, nawet nie na Bliski Wschód. Raczej na bardzo bliski. Na Podlasie.

Przyjaciel mieszka w Białymstoku, a jakiś czas temu kupił sobie chatę we wsi 3 km od białoruskiej granicy. „Kupił chatę” to brzmi dumnie, ale trzeba wiedzieć, że Podlasie się – niestety – wyludnia. Starzy umierają, młodzi wyjeżdżają. W rezultacie można tam nabyć nieruchomość w zaskakująco niskiej cenie. I taka też okazja trafiła się memu przyjacielowi, którego na użytek tego tekstu nazwijmy C.

C. zapraszał serdecznie, a ponieważ Podlasie jest dla nas równie magiczne co Nepal, nie pozwoliliśmy się długo namawiać. Przyjechaliśmy i zachwyciliśmy się chatą. Miała grubo ponad sto lat, za to nie miała wody ani kanalizacji. Do kibelka trzeba było wychodzić na zewnątrz do takiej budki z wyciętym serduszkiem. Z myciem było krucho, co zachwyciło mojego syna. Podobnie jak perspektywa spania na piecu. Na chacie obok gniazdo miała bociania rodzina, a przy kolejnym domostwie, na ławeczce, przesiadywała całymi dniami miejscowa loża szyderców. Jednym słowem cudowny, błogi klimat.

Zapytaliśmy C., dlaczego gości nas sam, bez żony i córy. Czyżby dziewczyny nie przepadały za nami? – Eeee, nie, nie o to chodzi – zmieszał się nieco nas gospodarz. – One po prostu nie lubią tego miejsca. Nie lubią? No cóż, każdy ma swoje dziwactwa.

Ruszyliśmy na zwiedzanie okolicznych borów, opustoszałych wsi i pozamykanych z powodu braku dzieci szkół. Wieczory kończyliśmy ogniskami. Było wspaniale, ale… Coś dziwnego czaiło się w powietrzu.

Najpierw zsikał się w majtki mój syn. W nocy. Rzadko mu się to zdarzało, ale uznaliśmy, że to pewnie efekt spania na piecu i wieczornego wpatrywania się w ogień. Ale następnej nocy znowu się to zdarzyło. To już było daleko poza średnią statystyczno-fizjologiczną, więc lekko nas zaniepokoiło. Po trzeciej mokrej nocy, kiedy zabrakło nam piżamek, uznaliśmy, że coś się dzieje. Tym bardziej że w chacie pojawiły się osy.

Wieczorami, kiedy się kładliśmy do naszych zabytkowych, a więc przykrótkich łóżek, w chacie nie było żadnych owadów. Rankiem okna były oblepione osami. Eksterminowaliśmy je brutalnie, ale pojawiały się nowe. Znikąd. Trochę jak w dramacie Muchy Jeana-Paula Sartre’a. Szukaliśmy gniazda, ale nigdzie go nie było. Strych był czysty. Okolice chaty też. Sąsiedzi się dziwili. Osy? W tym roku nie było os. Skąd osy?

Ano zewsząd. Wykańczaliśmy jedne, przybywały następne. Wdzierały się do środka nie wiadomo po co, bo nie było tu dla nich nic interesującego. I właziły mimo zamkniętych okien, z uporem godnym lepszej sprawy. Ewidentnie chciały nam uprzykrzyć życie.

Wtedy C. zaczął mówić. Kupił tę chatę od spadkobierców zmarłej staruszki i z początku jego rodzinie się tu podobało. Ale potem żonie zaczęły się przydarzać dziwne rzeczy. Niby zwyczajne, bo osy i sikanie w majtki się zdarzają, ale jednak dziwne i mało przyjemne. Czuła, że chata traktuje ją jako wroga. Postanowiła więc wyjaśnić sprawę w jedyny sensowny sposób i poszła do miejscowej szeptuchy.

Szeptucha wysłuchała relacji, zamyśliła się, coś tam pomamrotała i wyjaśniła, o co chodzi. Poprzednia właścicielka akceptuje C., ale nie podoba jej się jego rodzina. Jak to kobieta, jest zazdrosna o inne kobiety i nie godzi się na to, żeby w jej domu takowe przebywały. Facet – trudno, niech będzie. Ale innym babom wara! To jej – nieboszczki – dom i ma tak pozostać. Intruzi, a właściwie intruzki będą atakowane na wszelkie możliwe sposoby. I nic z tym nie da się zrobić.

Igor Zalewski