Z wyspy Hajnan mam same dobre wspomnienia. Wylegiwałem się na piasku, spijałem wodę z kokosa i nie robiłem nic. Ale czy nie o to chodzi w raju?

Miętowy odcień wody, biały, lśniący piasek. Starsza kobieta w kapeluszu z bambusa przewraca suszące się na słońcu różowe krewetki. Ja w restauracji nad brzegiem morza spijam z kokosa wodę. Obserwuję tutejszych mieszkańców. Wieje łagodny wiatr... Tak, wiem, brzmi kiczowato. No ale co robić, skoro dokładnie taki obraz mam w głowie po wakacjach na wyspie Hajnan na Morzu Południowochińskim.

Pamiętam też małpy na drzewach za oknem. Małe jaszczurki wybiegające z zakątków łóżka, dyndającą na drzewie klatkę z czarnym ptakiem, karaoke na plaży i autokary z wycieczkami Chińczyków z lądu. W jednym grupa ubrana w hawajskie koszulki i niebieskie szorty w kolorze niebieskim. W drugim – na pomarańczowo, w trzecim wybrali palmy na żółtym tle. A, i jeszcze tańczące wokół drzewka pomarańczy ogromne ważki, ostrzeżenie o wężach przy wejściu na plażę, małe kluseczki z orzeszkami na śniadanie i kobieta sprzedająca na ulicy małe suszone różowo-srebrne ryby.

Rozglądała się wokół zaniepokojona i uciekała przed policją w wąskie uliczki Sanyi, gdzie mieszkałem. Do dziś nie wiem, co sprzedawała. Może były to niedojrzałe osobniki jakiejś ryby z rafy koralowej, których nie można odławiać? W każdym razie musiało to być coś niecodziennego, superprzysmak albo lekarstwo. Kobieta miała mnóstwo klientów. Siedziała na krzywych kamiennych schodkach. Obserwowałem ją, pijąc piwo w pobliskim barze i zajadając ogromną grillowaną tilapię w sosie pomidorowym. Rozkosz. Mieli tam też zupę z żółwia i węża – całkiem aromatyczny rosół. Obok młody Chińczyk sprzedawał z kosza małe zielone ciasteczka – słodkie, kokosowe, dziwnie rozgrzewające w upalny dzień. Dalej, przy wejściu do hali bazaru, znajdowała się lokalna restauracja. W południe i wieczorem zwykle nie było w niej miejsca. Pewnego dnia udało mi się jednak znaleźć stolik. Spróbowałem tam lokalnego ryżowego wina.


À propos restauracji – w Sanyi są ich setki, nie wliczając w to ulicznych barów. Znajdziesz tam miejsca znane z europejskich ulic. Masz ochotę na chleb z kawiorem? Też go dostaniesz. To nie jest jednak lokalna kuchnia, kawior zajadają bogaci Rosjanie, którzy wpadają na wyspę. Ja namawiam do jedzenia w lokalnych restauracjach. Poznasz je po tym, że nie ma menu po angielsku, są za to zdjęcia potraw. No i przede wszystkim dobre chińskie restauracje są głośne i niemal wszystkie stoliki są w nich zajęte. W takich knajpach nigdy się nie zatrułem i zawsze wyszedłem najedzony.
 

Skoro już zacząłem opowiadać o jedzeniu na Hajnanie, to dodam jeszcze, że wyspa, na której rośnie np. drzewo bochenkowe z największymi, nawet półtorametrowymi owocami, jest kulinarnym rajem. Je się lżej niż gdzie indziej w Chinach, potrawy są świeższe i zrobione z pierwszej jakości produktów. Wyspa ma cztery popisowe dania, które od wieków pichcą mieszkające tu ludy Li i Miao: kurczak z Wenchang, kaczka z Jiaji, jagnięcina z Dongshan, np. duszona w mleku kokosowym, oraz homary z Hele podawane np. z imbirem i czosnkiem w occie. Miejscowym specjałem jest też rybna herbata, czyli krótko mówiąc, sfermentowana woda, w której gotowano mocno soloną rybę. Powiem tylko, że trzeba mieć zdrowy żołądek. Pyszności jest całe mnóstwo, przepisów wystarczyłoby na ogromną książkę kucharską. I nie ma się co dziwić, skoro Hajnan jest zaludniona od ok. 3 tys. lat, a jedzenia jest tyle, że pewnie w miejscowych dialektach nie ma słowa głód.

I pomyśleć, że dla świata ta cudowna wyspa została odkryta całkiem niedawno. Luksusowe hotele zaczęły wyrastać na wyspie deszczowego lasu dopiero w latach 90. Ubiegłego wieku. Później rozsławiły ją trzykrotne wybory Miss World. Ale przez całe wieki Hajnan była miejscem zsyłki pospolitych przestępców, niepokornych poetów i działaczy politycznych. Kiedyś, ze względu na tajfuny i palące słońce, mówiono, że to brama piekła, kraniec ziemi. Dziś Chińczycy mówią o Hajnanie „chińskie Hawaje”. I mają też inne określenie, długie przeciągłe „Aaaaaa”. Tak wykrzykiwali ci, którym mówiłem, że lecę poleżeć na piaskach Sanyi.

 

W drogę!

Wizy: Od 1 maja 2018 r. obywatele Polski mogą bez wiz odwiedzać wyspę Hajnan i przebywać tam przez 30 dni.

Dojazd: Najszybciej dolecisz LOT-em z Warszawy do Pekinu i dalej jedną z chińskich linii lotniczych na wyspę Hajnan. Bilet w promocji można kupić już za 1800 zł w dwie strony.

Noclegi: W Sanya masz do wyboru hostele (ok. 60 zł za dobę/2 osoby), turystyczne hotele (ok. 100 zł/2 osoby) i pięciogwiazdkowe obiekty znanych sieci (ok. 1 tys. zł/2 osoby). Najdrożej jest w zatoce Yalong.

Michał Cessanis


Ten artykuł pochodzi z nowego magazynu lifestylowego "To twój moment". Do kupienia TUTAJ.