Lubimy podróżować smakami. Problem zaczyna się, kiedy to, co tradycyjne, jest wyzwaniem dla przyzwyczajeń. Smażone karaluchy, durian, surowe ryby... Oto czym poczęstowali nas gospodarze w różnych częściach świata.

Dzięki podróżom w ciągu ostatniej dekady mój jedzeniowy repertuar poszerzył się o „paskudztwa” takie jak: surowa ryba (obślizgłe i zimne mięso), durian (śmierdzący zgnilizną, lepki owoc), meduza (glut) i ostryga (glut, glut). Miałam jednak granice, których nie zamierzałam przekraczać. Do czasu.

Lokalny targ – muzeum osobliwości

To właśnie Laos był dla mnie największym kulinarnym wyzwaniem. Bieda zmusza mieszkańców do jedzenia wszystkiego. Przechadzka po targu – od której zawsze zaczynam zwiedzanie – to jak wizyta w muzeum osobliwości. I obrzydliwości. Ropuchy, wróble, psy, szczury, węże, jaszczurki (smakują jak kurczak), tarantule, jajka z embrionami i płody bawołów wodnych. I to jest granica, której nie mam zamiaru przekraczać.

Przekroczyłam tę, którą stanowiły dla mnie robaki. Pierwszym odruchem na ich widok jest obrzydzenie, choć przecież są częścią diety większości świata. Czego z nich nie zrobiono! Chrzęszczące prażone pasikoniki na tajlandzkiej ulicy, soczyste białe larwy ciem w australijskim buszu, gotowane ważki w Indonezji, wędzone robaki mopane w południowej Afryce, żywe termity w Kenii.

Prym wśród robaczanych potraw wiedzie Meksyk, gdzie podaje się je równie często co tortille (Aztekowie proteiny czerpali z robaków, a nie z mięsa). Samych jadalnych żuków mają 88 gatunków.

Ale moje przygody z robakami rozgrywały się w scenerii laotańskiej dżungli. Kobieta, u której zatrzymałam się na noc, poczęstowała mnie miejscową odmianą klasycznej sałatki laap. To mieszanka wonnych ziół i świeżo posiekanego mięsa, którą je się rękami, formując kuleczki z lepkiego ryżu i nabierając na nie sałatkę. W wersji północnolaotańskiej sałatka była zrobiona z tego, co pod ręką, a więc z uprażonych i rozgniecionych karaluchów.

Co by tu jeszcze zjeść?

Mam długą listę potraw, których chciałabym spróbować i dla których gotowa jestem nadłożyć drogi. Kusi mnie skandynawski lutefisk, czyli dorsz macerowany w ługu sodowym – żrącej substancji wykorzystywanej do walki z chwastami, która zmienia go w galaretę. Przed usmażeniem trzeba go płukać przez kilka dni, żeby się upewnić, że nie wypali nam żołądka.

Nietypowe potrawy, te, których już spróbowałam i na których spróbowanie się szykuję, można by mnożyć. Ale zanim zaczniemy wybrzydzać na chińskie stuletnie jaja (galaretowate i czarne) albo na kogucie grzebienie serwowane we Włoszech czy bycze jądra, pomyślmy o naszej kuchni.

Flaczki w majeranku (wnętrzności? A fuj!), kaszanka (kasza zmieszana z krwią? Fuj, fuj) i smalec (Co? Tłuszcz? Ze skwarkami? I z jabłkiem? Fuj! Fuj! Fuj!). Nie mówiąc już o kefirze i zsiadłym mleku, o którym Azjaci z lekkim obrzydzeniem myślą jako o sfermentowanym pokarmie dla cielaka.

Co kultura, to obyczaj, a skoro poznajemy je przez smaki, to nie wybrzydzajmy. Przecież to co dziwne zależy od przyzwyczajeń żołądka i wpajanych od małego przekonań.

Tekst: Katarzyna Boni