Mały samochód z grupą niezmordowanych lekarzy w środku jest jedyną szansą na pomoc dla syryjskich uchodźców. Nasz wysłannik towarzyszy misji Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej w libańskim regionie Akkar, tuż przy syryjskiej granicy.

Nieduży odpowiednio oznakowany van staje się izbą przyjęć tam, gdzie zaparkuje. W bagażniku kartony z lekami, wewnątrz pojazdu przygotowane miejsce do posadzenia lekarza i pacjenta. W razie wrażliwszych badań można zamknąć boczne drzwi do samochodu.

To kolejny taki pojazd służący jako mobilna klinika i karetka PCPM. Poprzedni został zniszczony, gdy obok niego wysadził się w powietrze zamachowiec samobójca. Śledząc karetkę, dojeżdżamy do obozowiska w okolicy miejscowości Bire.

Obóz to grupa kilku dużych namiotów rozstawionych na nieużywanym polu. Same schronienia zbudowane są z tego, co było akurat dostępne – folia, fragmenty opakowań, płachty czy bannery. Spod przerw między niektórymi widać srebrny materiał - specjalna przeciwpożarowa folia, która wraz z czerwoną tabliczką to znak, że w tym miejscu zostało przeprowadzone przeszkolenie z bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Nie można w pełni wyeliminować zagrożenia, gdy trzeba ogrzać się w namiocie podczas mroźnej nocy, ale warto próbować je minimalizować.

W obozie mieszka około 60 osób, wszystkie pochodzą z jednej rodziny, właściwie klanu. Przyjazd specjalnie oznakowanej karetki nie wywołuje większego zamieszania. Przeciwnie, dopiero stopniowo zaczynają się pojawiać mieszkańcy.

 

5 stopni w klapkach

Najpierw dzieci, żywo zainteresowane uśmiechającymi się przybyszami. Same odpowiadają uśmiechami, nie przerywają zabaw, ganiając się między namiotami, ścigając mieszkające w okolicy koty, czy zaczepiając domowe psy (w obozie naliczyłem 3: szczeniaka na uwięzi i dwa dorosłe, oba w bardzo złym stanie). Po chwili pojawiają się kobiety i wreszcie mężczyźni. Spora grupa ustawia się w kolejce po leki oraz spotkanie z lekarzem.

- To głównie podstawowe leki przeciwgorączkowe i przeciwzapalne - opowiada dr Joanna Gradek, pracująca tu jako wolontariusz z ramienia PCPM.

Najczęściej walczy tu z infekcjami górnych dróg oddechowych. Trudno się dziwić, jest 6 grudnia, a dzieci biegają w klapkach albo boso. Jesteśmy na miejscu przed 11:00, zatem grzeje nas słońce wprost z bezchmurnego nieba. Ale już za 5 godzin zajdzie, a temperatura spadnie do kilku stopni. W takich warunkach trudno uniknąć choroby. To walka z czasem.

- Nie ma mowy o profilaktyce, trudno o niej mówić, kiedy dzieci nie mają butów przy 5 stopniach ciepła – mówi dr Gradek – Możemy dać odżywki, witaminy, możemy tym wzmacniać, ale tutaj nie ma zapewnionych podstawowych potrzeb dla tych ludzi.

To jednak nie wszystko, bo zdarzają się praktycznie wszystkie rodzaje kłopotów: od zapaleń uszu, przez świerzb i inne pasożyty, astmę, aż po urazy. Przy naprawdę poważnych przypadkach wymagających hospitalizacji lekarze przekazują pacjentów szpitalom z pomocą karetek Czerwonego Krzyża. To jednak często nie koniec szukania pomocy dla danego pacjenta. W Libanie nie ma powszechnej opieki zdrowotnej, za wszystko trzeba płacić, pobyt w szpitalu to około 170$ za dobę.

Lekarze z PCPM odwiedzają także mieszkających w wynajmowanych mieszkaniach. Podczas jednego dnia potrafią zbadać nawet 30-40 pacjentów, którzy rozrzuceni są po górskich osiedlach, gdzie sam dojazd zajmuje sporo czasu. Obszar, na którym działają, nie jest liczony w kilometrach – to raczej pole o promieniu dwóch godzin dojazdu. Kręte górskie drogi sprawiają, że liczenie kilometrów w linii prostej po prostu nie ma sensu.

W klinice prowadzonej przez PCPM pracuje 3 lekarzy i ginekolog położnik. Łącznie pod opieką programu pozostaje 1500 rodzin (każda to średnio 5 osób).

 

Nie ma nic za darmo

O wynajmowanych pomieszczeniach pisałem już wcześniej – ale obozowiska namiotowe także nie powstają tak ot, gdziekolwiek. Nie ma samowoli, za możliwość postawienia namiotów na czyjejś ziemi Syryjczycy z obozu, który odwiedziliśmy płacili 1000$ rocznie jako wspólnota. Jeśli któremukolwiek z mężczyzn uda się znaleźć pracę dającą 50$ miesięcznie – jest to sukces, zatem łatwo policzyć jakim taki koszt jest wyzwaniem.

A praca pojawia się i znika, uchodźcy najczęściej znajdują zatrudnienie w prostych dorywczych pracach, zatem trudno o ciągłość. Dlatego nikogo nie dziwi tu fakt, że chłopcy w wieku 12-13 lat idą do pracy tak samo jak ich starsi bracia i ojcowie. Każdy przyniesiony grosz się liczy. W kolejnych odwiedzanych przez nas podczas pobytu w Libanie rodzinach uchodźców powtarza się ten sam model.
 

Czekając na cud

W jednej z miejscowości w regionie Akkar odwiedzamy Mohameda. W Syrii był właścicielem małego sklepu spożywczego. W Libanie znalazł schronienie w zimnym niewykończonym domu, gdzie mieszka z tą częścią rodziny, którą udało mu się sprowadzić. Dzięki pomocy PCPM jest w stanie opłacić czynsz, bo praca albo jest, albo jej nie ma, a potrzeba dachu nad głową i ogrzania się w zimie nie znika.

Mężczyzna jest jedną z tych osób, które przez okno widzą kraj, który musieli zostawić. Otwarcie mówi, że serce mu się kraje, gdy patrzy codziennie na miejsce, do którego nie może wrócić. Od rodzinnej miejscowości dzieli go i jego rodzinę kilkanaście kilometrów, czasem mniej, jednak nie ma mowy o powrocie przed końcem wojny. Zresztą, tego co będzie po jej zakończeniu też nikt nie jest pewien.

- Na tej wojnie wszystkie siły – wojsko rządowe, Amerykanie, Rosja, opozycja, islamiści – walczą przeciwko syryjskim cywilom – mówi z rozgoryczeniem Mohamed.

Trudno jest odmówić mu racji.

Autor: Błażej Grygiel