Fiolet, fiolet, fiolet. Po horyzont. Drobne kwiatki na wątłych łodyżkach. Lawenda w Prowansji to zdecydowanie więcej niż tylko pocztówkowy widoczek.

Obciach?

Ten wiejski region przez wiele lat był przez Francuzów traktowany z przymrużeniem oka. Prowansalczyk był synonimem wieśniaka, prostaczka. Mówił dziwacznie, niewyraźnie, z nietypowym akcentem. W stereotypowym obrazie – sprzed wieków – był „człowieczkiem nędznie ubranym, przymierającym głodem, drobnym i ogorzałym, śmierdzącym czosnkiem” (tak pisał m.in. podróżnik Tobias Smollett; wprawdzie w XVIII stuleciu, ale przez wieki niewiele się w tym względzie zmieniało). Prowansalczykowi daleko było do salonów Paryża czy Lyonu. Nawet niedalekie Monako wydawało się ulokowane w innej galaktyce. I nagle to wszystko się zmieniło. Francuzi nabrali do Prowansalczyków szacunku, turyści masowo – w liczbie 70–80 mln rocznie – zaczęli tu przyjeżdżać, a region stał się tak modny, że w najlepszym tonie jest posiadanie tu domu czy choćby domeczku.

Dlaczego tak się stało? Powodów jest całe mnóstwo, a właściwe pytanie powinno brzmieć: dlaczego dopiero teraz? Choćby tutejszy klimat. Lato jest tu długie i upalne. Można je spędzić wśród – nie tylko lawendowych – pól, w chacie nad morzem lub bezpośrednio na plaży z białym piaskiem. W portowej tawernie lub małej uroczej kawiarni jednego z prowansalskich miasteczek. Zawsze ze szklaneczką pastisu, czyli tutejszej anyżówki, w ręku. Często nad miską rybnej zupy bouillabaisse; w klimatycznej restauracji lub na targu. W muzeum wreszcie (malarza albo perfum), ewentualnie na skwerze, gdzie staruszkowie grają w bule.
Jednego możemy być pewni zawsze – słońca.

 

Anglicy

Kiedy się człowiek tam urodzi, to koniec. Nic innego mu się nie spodoba – mawiał słynny XIX-wieczny impresjonista Paul Cézanne. On sam urodził się w Aix-en-Provence i nie bez przyczyny wręcz obsesyjnie malował tutejsze krajobrazy. Ot, choćby szczyt Saint-Victoire (1005 m n.p.m.), który uwiecznił ponad 60 razy.

Z kolei brytyjski pisarz, który zakochał się i zamieszkał w Prowansji, Peter Mayle, pisał: Tuż za domem zaczynają się zbocza gór Luberon, które wznoszą się do wysokości ponad tysiąca metrów i ciągną się głębokimi fałdami z zachodu na wschód przez 60 km. Cedry, sosny i dąb karłowaty czynią je wiecznie zielonymi i zapewniają schronienie dzikom, królikom i łownemu ptactwu. Wśród skał i pod drzewami rosną polne kwiaty, tymianek, lawenda i grzyby, a ze szczytów przy dobrej pogodzie widać departament Basses-Alpes po jednej stronie i Morze Śródziemne po drugiej. Trudno wyobrazić sobie bardziej przyjazny człowiekowi krajobraz.

Turystyka na francuskiej riwierze zaczęła się w roku 1834. Wtedy to brytyjski prawnik i polityk Henry Brougham w drodze do Włoch zatrzymał się na nocleg w malutkim Cannes. Baron zachwycił się i pozostał mu wierny do końca życia, a więc przez kolejne 34 lata. Za nim zaczęli przyjeżdżać tu kolejni brytyjscy arystokraci, dzięki czemu pół wieku później był to już europejskiej sławy kurort. Być może dlatego do dziś na południu Francji o cudzoziemcach o jasnej karnacji mówi się zwyczajowo des Anglais, czyli Anglicy.

Canneńska promenada La Croisette w tej chwili jest sercem Lazurowego Wybrzeża (choć już nie Prowansji w sensie ścisłym), deptakiem, na którym dostrzec można największe gwiazdy popkultury. Celebryci bywają w przyklejonych do bulwaru luksusowych hotelach, tj. Majestic, Martinez czy Carlton. W tym ostatnim w czasie słynnego festiwalu filmowego odbywają się najbardziej luksusowe przyjęcia, sponsorowane przeważnie przez wielkie koncerny kosmetyczne czy z branży mody. Ceny apartamentów z ogromnymi tarasami, na których piją drinki milionerzy i gwiazdy, dochodzą do 38 tys. euro za noc! Astronomiczne sumy (np. 80 euro za dzień) zapłacić trzeba też za wypożyczenie leżaka na hotelowych plażach, przy czym ceny foteli najbliżej morza mogą być nawet dwukrotnie wyższe od tych w dalszych rzędach. I jedynie pałac, w którym odbywa się festiwal, rozczarowuje. Nieatrakcyjną bryłę miejscowi nazywają bunkrem i coś w tym jest. Nie zmienia tego nawet czerwony dywan, który podczas rozdania nagród wije się przed głównym wejściem.

Ledwie kilkanaście minut promem od Cannes leżą dwie malownicze wysepki. Ta pod wezwaniem świętej Małgorzaty słynie jako miejsce, w którym więziono człowieka w żelaznej masce, bohatera powieści Aleksandra Dumasa i hollywoodzkiego filmu z Leonardo DiCaprio. Mało kto wie, że powieść po części oparta jest na faktach. Człowiekiem w masce był prawdopodobnie włoski dyplomata Marchiali lub – jak twierdził Wolter, a za nim Dumas – brat bliźniak króla Ludwika XIV.

Wyspa świętego Honorata to z kolei domena cystersów. Na niewielkiej przestrzeni (1,5 km dł., 400 m szer.) stale mieszka jedynie 21 mnichów, z czego blisko połowa na emeryturze. Pozostali pracują w winnicach, przy zbiorach oliwek, a także w schronisku i restauracji. Wino produkowane przez cystersów, zwłaszcza to ze szczepu chardonnay, jest absolutnie doskonałe, warte każdego euro, które trzeba na nie wydać; a kosztuje niemało (40–400 euro). I ciekawostka: na bezludnej mikrowysepce przy Saint-Honorat pierwszych pięć lat po śmierci spędziło – bez pogrzebu – ciało geniusza skrzypiec Niccola Paganiniego. Z uwagi na opinię skandalisty (dwa rozwody, liczne romanse, hazard i podejrzenie o morderstwo) przez kilka lat nie chciał go przyjąć żaden włoski ani francuski cmentarz.

 

Taras kawiarni

O ile Cannes to stolica snobizmu, o tyle Marsylia to prawdziwa stolica Południa pełną gębą, drugie największe miasto w całej Francji. Energetyczna, witalna, kosmopolityczna, zwłaszcza ostatnio rozwijająca się w wielkim tempie. Symbolem nowych czasów jest powstałe ledwie dwa lata temu MuCEM, czyli Muzeum Cywilizacji Europejskiej i Śródziemnomorskiej, w interaktywny sposób dokumentujące 3 tys. lat wspólnej historii południowej Europy i północnej Afryki. Futurystyczna bryła, umiejscowiona na sztucznej wyspie przy porcie, połączona jest ze starym miastem zgrabną kładką. To łącznik nawet bardziej w sensie metaforycznym niż dosłownym. A że jest potrzebny, przekonują dzieje Marsylii, pełne dynamicznych, niespodziewanych zwrotów akcji.

Założyli ją Grecy w 600 r. p.n.e. Potem podbijali Rzymianie, z Juliuszem Cezarem na czele, tłamsili Wizygoci, Burgundowie i Ostrogoci. Wreszcie w VI w. stała się częścią państwa Franków i – za panowania Karola Wielkiego – stała się najważniejszym frankońskim portem handlowym. Potem najeżdżali ją jeszcze Saraceni i Aragończycy, była też wolny miastem. Boleśnie przeżyła II wojnę światową. Wielkie połacie miasta zostały zbombardowane i kompletnie zniszczone. Odbudowywał ją zespół słynnego Le Corbusiera. I do dziś trwają dyskusje, czy wyszło to prowansalskiej stolicy na dobre.

Współczesna Marsylia w niewielkim już stopniu przypomina tę przedwojenną czy starszą. W tej chwili co trzeci jej mieszkaniec jest muzułmaninem. To stąd wywodzi się choćby piłkarski bohater dwóch narodów – Francji i Algierii – Zinedine Zidane. I to kultura islamu według prognoz ma zdominować w najbliższych latach życie prowansalskiej stolicy. Tymczasem wizytówką metropolii jest wciąż górująca nad miastem katolicka bazylika Notre Dame de la Garde.

Jadę do Arles. Magnesem jest niezwykły, mieszczący 20 tys. widzów amfiteatr z czasów rzymskich. Tu przed laty kręcono efektowne sceny sensacyjnego filmu Ronin z Jeanem Reno i Robertem De Niro. Jednak Arles – tak jak wiele miast i miasteczek Południa – chwali się przede wszystkim „swoim” malarzem, Vincentem van Goghiem. Tu genialny Holender stworzył dziesiątki obrazów i szkiców, w tym cykl Słoneczniki, tu obciął sobie ucho. To lokalne pejzaże, w połączeniu z prażącym wiecznie słońcem, ukształtowały jego późny styl, pełen jasnych kolorów, z przewagą żółci, ultramaryny i fioletu. Do dziś pełno tu śladów po artyście, do dziś można wypić kawę w Café de la Gare, którą van Gogh uwiecznił na obrazie Taras kawiarni w nocy z 1888 r. Usiłowałem tu wyrazić, że ta kawiarnia jest miejscem, w którym człowiek może się sponiewierać, oszaleć, popełnić zbrodnię… – pisał artysta.

Nurzając się w Prowansji, nie myślę o zbrodniach i szaleństwie. Za to z przyjemnością dam się temu krajowi sponiewierać.

Maciej Wesołowski

 

PROWANSJA - INFORMACJE PRAKTYCZNE
Zrób to taniej

Aby nie przepłacać za transport z lotniska Marsylia- -Provence, warto złapać busa Airport Train do stacji Vitrolles. Stamtąd już pociągiem do centrum.  

Kiedy jechać?

Pora roku od wiosny do późnej jesieni jest dobra na wyprawę do Prowansji. Jedynie zima, gdy region smagany jest chłodnym wiatrem, kojarzy się gorzej.

Wiza

Wiza dla obywateli polskich nie jest wymagana.

Dojazd

Najłatwiej Ryanairem, lot w obie strony z Warszawy do Marsylii to wydatek ok. 600–700 zł. Można też polecieć do Paryża i przesiąść się na pociąg TGV (3 godz. jazdy).

Transport

Po regionie najlepiej poruszać się busami, są tańsze od pociągów, ale nie wszędzie dojeżdżają. Taksówka z lotniska Provance do centrum Marsylii to koszt rzędu: 140–175 euro.

Nocleg

■ Hotel Le Cloître. 18, Rue du Cloître, 13200 Arles;  hotelducloitre.com.
■ Hotel Jules César. 9 Boulevard des Lices, Arles; hotel-julescesar.fr.
■ Hôtel la Résidence du Vieux Port. 18 quai du Port, Marseille; hotel-residence-marseille.com.

Jedzenie

Kuchnia prowansalska pełna jest dań z jagnięciny, ryb i owoców morza, duszonych warzyw i aromatycznych ziół. Koniecznie trzeba też spróbować czarnych trufli. Popijać warto tutejszym winem, np. Côtes du Rhône czy ekskluzywnym Châteauneuf-du-Pape. Warta uwagi jest restauracja L’Oustau de Baumanière (dwie gwiazdki Michelin!). Daniem popisowym szefa kuchni jest jagnięcina po prowansalsku.

Pamiątki

■ Z Prowansji  koniecznie trzeba przywieźć ekologiczne mydło na bazie oliwek, a także inne lokalne kosmetyki: kremy, balsamy, olejki eteryczne. Po perfumy najlepiej wybrać się do Grasse.
■ Świetną pamiątką z Arles jest strój gardiana, czyli prowansalskiego pasterza.
■ W Marsylii najlepiej kupować w dzielnicy arabskiej, ewentualnie w małych ulicach nieopodal portu.

Rozrywka

■ Pomiędzy 4 a 25 lipca w Awinionie po raz kolejny odbędzie się festiwal teatralny, na który zjadą artyści z całego świata. Po spektaklach warto popłynąć w krótki rejs Rodanem.
■ W lipcu wielu śmiałków próbuje pokonać na rowerze trasę, którą przejeżdżają zawodowcy z najsłynniejszego wyścigu kolarskiego świata, Tour de France. Dotyczy to zwłaszcza legendarnego szczytu Ventoux. Coraz popularniejsze są też wycieczki rowerem elektrycznym po winnicach.
■ Na festiwalu jazzowym w Juan-les--Pins (10–19.07) zagrają m.in. Santana, Marcus Miller, Melody Gardot czy Al Jarreau.