Nie ma lepszego sposobu przemieszczania się po Maroko niż podróż własnym samochodem.

Po kilku godzinach auto staje się oswojoną przestrzenią. Domem. Upychanie podróżnego ekwipunku w precyzyjnie określonych zakamarkach przynosi radość. Pudła z ubraniami, skrzynki z jedzeniem, namioty, wąż prysznica, butelki z wodą. Drobne przedmioty, których używanie wymaga równie drobnych gestów. Rytuałów, dzięki którym masz poczucie panowania nad życiem. Każdego dnia pakujesz cały dobytek od nowa i ruszasz przed siebie. Wszystko staje się proste.

Jesteśmy niczym współczesna karawana. Zamiast stąpających po piasku wielbłądów, wybraliśmy napędzane na cztery koła subaru. Przesuwamy się po marokańskim krajobrazie z uwagą, prowadzeni przez parę przewodników, w których aucie mam przyjemność podróżować. Za nami kleją się pozostałe samochody, uczestnicy cyklicznego projektu Subariada. Mamy wrażenie, że możemy dojechać tam, gdzie tylko zechcemy.

 

***

W drodze do Fezu szukamy ścieżki dźwiękowej tej wyprawy. Wahamy się między Hansem Zimmerem, Queen, a Bonobo. Szerokie pasaże Zimmera miękko wypełniają łuki dróg, wolne tempo Migration Bonobo bardziej jednak pasuje do niespiesznego przemierzania przestrzeni autem.

W medinie w Fezie odnajduję znajomy zapach marokańskich miast. Nutę garbowanej skóry, przypraw, cedrowego drewna, mięty, świeżo złowionych ryb. Zapewne niewiele zmieniła się ona od wieków, podobnie jak cała medina, dzielnica skupiona wokół bazarów, meczetów i medres. Przebijamy się przez plątaninę uliczek, idąc w półmroku napierających na siebie ścian, mijając osiołki niosące na grzbietach towary na sprzedaż, mężczyzn w gelabijach – sięgających stóp szatach ze spiczastym kapturem – jubilerów, kozie głowy i nóżki oferowane przez rzeźników. Z tarasu sklepu ze skórzanymi wyrobami patrzę na rozciągającą się w dole garbarnię Chouarasa. W ostrym zapachu mocznika i amoniaku kilkunastu mężczyzn depcze płachty skóry wrzucone do kamiennych niecek, powtarzając ruchy wykonywane od stuleci. Proces garbowania i farbowania skór – głównie kozich i wielbłądzich – nie zmienił się od średniowiecza, od czasu, gdy to miasto się rozwinęło. Wciąż używa się tu wyłącznie naturalnych barwników, a cały proces wymaga silnych nóg, rąk i wytrzymałego kręgosłupa. W okrągłych kadziach skrzą się oczka jaskrawych kolorów.

***

Głęboką nocą na wydmach Sahary nieopodal Merzougi ciemna płachta nieba opiera się niemal o nasze głowy. Siedzimy na położonym na piachu berberyjskim turbanie, pożyczonym nam przez jego właściciela, który parę godzin wcześniej rozpalił ognisko i wygrał prostą, trafiającą prosto do trzewi melodię na bębnie. Chwilę później rozpłynął się gdzieś w ciemności, jakby nomadyczny gen północnoafrykańskiego plemienia, do którego przynależy kazał mu być ciągle w ruchu. Berberowie przemieszczali się od zawsze, wędrując własnymi ścieżkami przez pustynie i góry, pozostając zawsze wolnymi ludźmi. Budowali osady z gliny zmieszanej z trawą, niewypalanego budulca, który stawał się w afrykańskim słońcu twardy jak beton i rozpływał się przy pierwszych deszczach. Kilka dni wcześniej zajechaliśmy do Aït-Ben-Haddou, najbardziej znanej berberyjskiej miejscowości, których strzeliste wieże i rdzawe ściany przyciągają dziś ekipy filmowe. W jej murach żyje zaledwie dziewięć rodzin, które co ranek wita widok otaczających osadę daktylowych palm i rdzawych szczytów Atlasu.

Aparat na statywie wykonuje tysiące zdjęć, które po złożeniu w jedną całość być może oddadzą to, co jest nad nami. Wyłapią ocean świetlnych punktów, klarowne kształty gwiazdozbiorów, drgający puls planet. Rozmyty pas drogi mlecznej sięga od horyzontu do horyzontu. Tylko w kilku miejscach na świecie nocne niebo zyskuje podobną wyrazistość, jak tu, nad Saharą. Nie tłumi jej światło miast, ani wiosek. Jesteśmy sami.

Poranek wita nas wilgocią i chłodem. Piach tworzący wydmy o wysokości 150 m przybiera szarą barwę. Wychodzimy z namiotów w milczeniu, kuląc się z zimna, tupiąc nogami. Palce wschodzącego słońca przesuwają się po diunach, świetliste smugi niosące ciepło i otuchę.

***

Jedziemy na zachód.

Ulice w Marrakeszu żyją własnym, trudnym do pojęcia rytmem. Ruch uliczny zdaje się być tu odrębnym bytem, tańcem elektronów, do którego na moment dołączasz. Strumienie aut płyną nie zatrzymując się ani na chwilę, gładko oblewając wszelkie przeszkody. Skrzyżowania, wysepki, twój samochód, jeżeli akurat się zatrzymałeś. Zderzak w zderzak, metal w metal, lusterko w lusterko. W niegasnącej nawet na chwilę melodii klaksonów. Ten teatr przenosi się wieczorami na słynny plac Dżama al-Fna, na którym pośród tłumu krążą kuglarze, akrobaci, połykacze noży, opowiadacze historii, muzycy. Pomiędzy światłami stoisk z sokami z pomarańczy i marokańskimi zupami snuje się zapach kadzideł, smażonego mięsa i haszyszu. Przysiadamy na dachu restauracji, otaczając dłońmi gorące czarki z miętowym naparem i pozwalając, by ten cały rozedrgany świat chwycił nas, delikatnie obracał, kołysał.


Michał Głombiowski