Sezon na wspinaczkę nigdy się nie kończy. To sport dla podróżników. Gdzieś na świecie zawsze czeka ściana marzeń. Wspinaczka w Hampi w Indiach. Wejście po wywieszonym od pionu filarze to rozgrywka taktyczna. Trzeba szybko się poruszać i skończyć wspinaczkę zanim zmęczone ręce odmówią posłuszeństwa.

KANIONY TAGHII, ATLAS WYSOKI,  MAROKO Taghia to nazwa malutkiej berberyjskiej wioski ukrytej pośród gór. Przez wieki tutejsi mieszkańcy byli odizolowani od świata zewnętrznego – do najbliższego miasta Azilal jest 80 km. W wiosce Zawijat Ahansal, 10 km od celu, kończy się droga dla samochodów. Od tego miejsca wszystko trzeba transportować na mułach. Taghia jest jednym z największych światowych odkryć alpinizmu ostatnich lat. W jej okolicach znajduje się system wielkich kanionów odpowiednich do ekstremalnej wspinaczki. Podejście pod ściany jest tak samo malownicze jak ryzykowne – ścieżki pozwalające na pokonanie kanionów odnaleźli dawno temu berberyjscy pasterze. Tam, gdzie dróżka się urywa i pod stopami otwierają się 200-metrowe przepaści, leżą przyniesione przez nich konary drzew przygniecione kamieniami. Przejście po takich chybotliwych „mostkach” bywa równie emocjonujące co sama wspinaczka. Szczyty w Taghii sięgają 2 500–3 000 m, panuje tam wysokogórski, niemal alpejski klimat, a śnieg zalega w dolinach do późnej wiosny. Zaledwie o dzień wędrówki od wioski znajduje się drugi najwyższy szczyt Atlasu – Dżabal M Goun (4 067 m n.p.m.). PIERWSI EKSPLORERZY POJAWILI SIĘ W TAGHII w latach 70. XX w. (najpierw byli to Hiszpanie, później Francuzi), ale prawdziwy ruch rozpoczął się około roku 2000. Dopiero wtedy umiejętności nowego pokolenia alpinistľów pozwoliły na pokonanie najbardziej pionowych ścian. Wspinaczka jest tam tym trudniejsza, że szorstka wapienna skała rozrywa skórę na palcach. Niektóre turnie pozostają ciągle niezdobyte. W Taghii zostały poprowadzone najtrudniejsze jak dotąd polskie drogi na wielkich ścianach. Na zdjęciu: Eliza Kubarska 500 metrów nad dnem kanionu podczas wytyczania jednej z najdłuższych dróg w Atlasie Wysokim, 750-metrowej Fantasii. W czasie trwającej wiele dni wspinaczki członkowie dwuosobowego zespołu borykali się z poważnym odwodnieniem spowodowanym wiejącym tam suchym wiatrem. ZATOKA HA LONG, WIETNAM Zatoka Ha Long to labirynt niemal 2 000 wapiennych ostańców rozrzuconych po Zatoce Tonkińskiej. W tym bajkowym otoczeniu, na pokładzie małego statku, polscy wspinacze spędzili ponad 3 tygodnie. Po wielu dniach poszukiwań, często we mgle, w obawie przed spotkaniem z uzbrojonymi chińskimi przemytnikami, udało się odnaleźć rejony eksplorowane przez cztery wcześniejsze ekspedycje (pierwsze próby wspinaczki w Ha Long, o których wiadomo, miały miejsce w 1991 r. – do zatoki przybyła wówczas trójka Amerykanów: Sam Lightner Jr, Todd Skinner i Jacob Valdez).
Tutejsze ściany zdobywa się wprost z pokładu statku. Najwyższe turnie osiągają nawet 200 metrów wysokości, ale nie wszystkie nadają się do wspinaczki, ponieważ część z nich porastają tropikalne krzewy. Otwieranie nowych dróg wymaga szczególnej uwagi – czasami wapienna skała odrywa się i spada niebezpiecznie blisko naprężonej liny i osoby asekurującej wspinacza. Na mniejszych skałkach nowe sportowe drogi przygotowuje się dla następców, instalując specjalne kołki rozporowe zwane spitami. Polski zespół zdobył wiele dziewiczych ścian, m.in. 100-metrową Luy Tam Biet. Wytyczona na niej droga, nazwana Vampire State Building, jest najdłuższa w całej Zatoce Ha Long (wyprawa została opisana w polskim wydaniu National Geographic, w numerze 9/2003).Wspinaczka na morskie klify – połączenie dwóch żywiołów, wody i skał – daje szanse na szybki relaks już chwilę po zmaganiach z grawitacją. Najnowszą odmianą tej dyscypliny, intensywnie rozwijającą się od połowy lat 90., jest Deep Water Solo (w skrócie DWS), czyli wspinaczka bez asekuracji bezpośrednio nad spienioną wodą. W razie niepowodzenia solista wpada prosto do morza – uderzenie w ten „wodny materac” bywa, niestety, bolesne. DWS jest jedną z bardziej niebezpiecznych odmian wspinaczki sportowej. Cieszy się popularnością na wyspach Chorwacji, w Tajlandii i przede wszystkim na Majorce – gdzie została wymyślona. ZAPORA  EMOSSON, SZWAJCARIA Sztuczne ścianki zmieniły oblicze wspinaczki. Boom na nie zaczął się w połowie lat 80. XX w. W krajach alpejskich można je dziś znaleźć niemal na każdym placu zabaw – tysiącom ludzi służą do rekreacji. Wyczynowcy wykorzystują je do profesjonalnego treningu. Na nich co roku jest rozgrywany cykl zawodów Pucharu Świata. Zawodnicy startują w trzech konkurencjach: wyścigach na czas, bulderingu (akrobatyczna wspinaczka na małych formach) i trudności (ekstremalna wspinaczka z liną – najbardziej prestiżowa). zapora Emosson (po lewej) to obiekt jedyny w swoim rodzaju – ma 180 m wysokości (podczas gdy normalne ścianki nie przekraczają 20) i jest najwyższą sztuczną ścianą na świecie. Przykręcono tu 600 epoksydowych „uchwytów” do wspinaczki, z drugiej strony na tamę napierają miliony metrów sześciennych wody jeziora Emosson. Wszystko w alpejskim otoczeniu z widokiem na najwyższą górę Europy – Mont Blanc. GÓRY KICHATNA, ALASKA Podwieszane platformy, tzw. portaledge, wynalazek lat 90., umożliwiły alpinistom życie w pionie. Podczas ekspedycji na Alaskę w maju 2003 r. polski zaspół (Marcin Tomaszewski, Krzysztof Belczyński, David Kaszlikowski) zdobył ponadkilometrową gładką ścianę w dzikich górach Kichatna. Wiele pionowych skał wyrasta tam prosto z lodowca na wysokość niemal 1 000 m. Przez dwa tygodnie alpiniści mieszkali w podwieszonych obozach na wysokości 100, 500 i 700 metrów (na zdjęciu po prawej – drugi obóz), ani razu nie zjeżdżając w tym czasie na ziemię. W wodoszczelnym worku ciągnęli za sobą kilkadziesiąt kilogramów śniegu zabranego z lodowca Shadows. Służył on jako zapas wody do picia. Wspinaczkę utrudniały kruchy granit i niskie temperatury. Nowa polska droga została nazwana Ostatnim Krzykiem Motyla – na pamiątkę motyli, które przesiadywały na smaganej wiatrem ścianie.
HAMPI, KARNATAKA, INDIE Hampi było niegdyś stolicą hinduskiego państwa Widźajanagar. W tym mieście znajdował się bogaty kompleks świątyń, do których budowy użyto tysięcy zalegających w okolicy granitowych bloków. Dziś to jedna z najciekawszych atrakcji południowych Indii. Turyści zatrzymują się w Hampi na 2–3 dni, natomiast regularnymi rezydentami tego tropikalnego zakątka są zwolennicy bulderingu. To akrobatyczna wspinaczka bez liny po kilkumetrowych kamieniach (nazwa pochodzi od ang. boulder – głaz). Tak właśnie najlepsi zawodnicy ćwiczą skomplikowane ewolucje niezbędne w ekstremalnej wspinaczce – wymyki, skoki do maleńkich zagłębień, w których mieści się jeden palec, czy wyważenia wymagające wybitnego poczucia równowagi. Buldering był uprawiany już na początku XX w. w podparyskim Fontainebleau, ale długo nie traktowano go jako samodzielnej dyscypliny. Zainteresowanie nim gwałtownie wzrosło w latach 90. Wejścia na głazy to bardzo towarzyskie zajęcie. Zainteresowani zbierają się przed wybranym „problemem”, próbując wspólnie odnaleźć sposób jego przejścia. Brak liny i ciężkiego sprzętu koniecznego na dużej ścianie daje poczucie swobody. Nieodzowne gadżety bulderowca to: woreczek na magnezję (służy do osuszania spoconych palców) i specjalne buty wspinaczkowe. Przyda się również tzw. kraszpad (ang. crashpad) – dość cienki, odpowiednio utwardzony materac amortyzujący ewentualny upadek z małej wysokości. Wspinaczkę w Hampi bardzo utrudnia słońce – nagrzewa granitowe głazy, które zdzierają skórę niczym pumeks. Dlatego całodzienna aktywność jest niemożliwa – bulderowanie można tam ćwiczyć tylko wieczorem lub o poranku. Na okolicznych wzgórzach mieszkają duże stada małp. Na zdjęciu Michał Król demonstruje swoje umiejętności chłopcu z pobliskiej świątyni. Ten, przebrany za boga Hanumana, nie może zrozumieć, po co zagraniczni turyści wchodzą na głazy. – Przecież one i tak wejdą szybciej – mówi, wskazując na siedzące na pobliskim kamieniu stadko langurów. WYZWANIE RZUCONE ŚCIANOM Nowoczesny alpinizm koncentruje się na pokonywaniu najtrudniejszych skalnych ścian świata. Protagoniści tego sportu nie szukają już wysokich szczytów, bowiem najwyższe dawno zostały zdobyte. Dzisiejsze wyzwania leżą często daleko od Himalajów, w dziewiczych miejscach naszego globu. Marzeniami alpinistów są wietrzna Patagonia, Antarktyda czy Grenlandia, a także pustynne wieże w Mali czy tropikalne tepui (góry stołowe) w Wenezueli.
Obecny trend we wspinaczce to styl alpejski – szybkie wejście, podczas którego alpiniści niosą na plecach wszystko, czego potrzebują. Przebiega ono w ekspresowym tempie – bez przerwy, bez wcześniejszych przygotowań i rozwieszania pomocniczych lin. Jednak gładkie ściany są trudne do zdobycia w takim stylu – przemieszczanie się po nich zajmuje wiele dni. Wyczynowi alpiniści obierają za cel bardzo strome ściany, już nawet nie pionowe, ale przewieszone jak sufity. Nowe wejścia, nazywane „drogami”, są „projektowane” jeszcze na ziemi. Przez lornetkę obserwują skałę, rozważając możliwości wspinaczki. Podstawowe pytanie brzmi: czy ściana jest wystarczająco urzeźbiona? Wspinacze poszukują nawet najmniejszych zagłębień na końce palców, tyle bowiem wystarczy, by przejść po skale. Najwięcej możliwości dla wspinaczki sportowej daje wapień, obfity w nierówności. Inne skały, z którymi wspinacze mają do czynienia na wyprawach, to granit, typowy dla wysokich gór, oraz piaskowiec. Lina służy jedynie do asekuracji, w założeniu wspinacz nie podciąga się na niej. Jeżeli ukruszy się skała lub zabraknie sił, wtedy spada, a zadaniem liny, którą ciągnął za sobą, jest zatrzymanie upadku. Nowoczesne liny są w stanie wytrzymać obciążenie 2 ton, nie ma więc obawy, że zerwą się pod wpływem szarpnięcia. Najlepsi alpiniści to jednocześnie świetni wspinacze skałkowi przenoszący swe gimnastyczne umiejętności na wielkie ściany w górach. Niektórzy z nich, jak bracia Alexander i Thomas Huberowie z Niemiec, koncentrują się na rekordach szybkości – przykładowo legendarną ścianę El Capitan w dolinie Yosemite w Kalifornii, mającą kilometr wysokości, „przebiegli” w czasie 2 godz. 45 minut 45 s. Inni – przeciwnie, nie uważają wspinaczki za sport i poszukują przygody. Ciekawostką jest, że wiele najtrudniejszych górskich ścian świata zostało odkrytych dopiero w latach 90. XX w. – np. Tsaranoro na Madagaskarze albo Arwa Spires w Himalajach. Ba, niedawno odkryto całe doliny, jak na przykład Dolina Miyar w indyjskiej części Himalajów. Dla tysięcy pasjonatów tego sportu zmaganie z pionową ścianą stało się stylem życia. Wspinaczka to „klucz” do podróży, możliwość oglądania świata z niecodziennej perspektywy, a jednocześnie zmierzenie się z własnymi słabościami fizycznymi i psychicznymi. To także koegzystencja
w zgodzie z naturą, ze świadomością, że jest się tylko gościem w tych „pięknych okolicznościach przyrody”.
MIEJSCA WSPINACZKOWE POLECANE PRZEZ NASZYCH ESKPERTÓW David Kaszlikowski alpinista i fotograf Sardynia jest moim zdaniem najlepszym europejskim rejonem do wspinaczki sportowej, z klimatem rodem z tropikalnej Tajlandii. Z kolei w Verdon, największym europejskim wąwozie, można „poczuć przestrzeń”. Sentymentem darzę Taghię w Atlasie Wysokim w Maroku – tam wytyczyłem swoje najtrudniejsze drogi, ale także dlatego, że duże wrażenie zrobiła na mnie kultura Berberów. W podróży ważne są nie tylko góry, liczą się przede wszystkim ludzie. W Polsce bardzo lubię Sokoliki i Tatry. W tym roku wytyczyłem nową drogę na najwyższym klifie świata, na Grenlandii. Chcę wrócić w to miejsce w przyszłości, by eksplorować dziewicze rejony, jakie tam odkryliśmy. Mam też kilka pomysłów na wspinaczkę w Himalajach. Aleksandra Taistra wspinacz skałkowy, studentka AWF Odwiedziłam wiele ciekawych ścian skalnych w Europie – większość urzekła mnie na tyle, że chętnie do nich wracam. Moje ulubione miejsca to włoskie Ferentillo i sąsiadujący z nim Grotti. Oba darzę sentymentem, ponieważ udało mi się przekroczyć tam limit moich możliwości wspinaczkowych. Lubię też jeden z najpopularniejszych wśród wspinaczy zakątków na świecie, francuskie Ceuse. Kilkukilometrowa ściana wapienna to dobra alternatywa dla ludzi kochających piękny krajobraz, rzetelne wspinanie i trekking. Na następny sezon planuję bardziej egzotyczną od standardów europejskich Sardynię. Marzę o wspinaczce w Australii i Japonii. Adam Pustelnik wspinacz, student socjologii Najbardziej chciałbym wrócić do Yosemite – bo podczas wspinaczki nie lecą tam na głowę bloki skalne wielkości lodówek, pogoda jest pewna, pod ściany dociera się w 5 minut. Także dlatego, że ciągle mam w głowie projekt przejścia El Capitan klasycznie. Drugie miejsce to Karakorum – wydaje się niemożliwe, by eksploracja wspinaczkowa tego rejonu kiedykolwiek się skończyła. Nie należy zapominać o korzeniach – tajniki trudnego „rzemiosła” poznawałem na Wyżynie Frankońskiej. To jedno z tych miejsc pozornie mało atrakcyjnych, które z czasem uzależniają. W Polsce dużo przyjemności sprawia mi wspinanie w Hejszowinie. W przyszłości chciałbym wyruszyć do Ameryki Południowej i Patagonii.