Pieśń ledwie osłoniętego Aborygena w outbacku, bliskie spotkanie z niebezpiecznym pająkiem w prowizorycznej toalecie, kończący się zapas paliwa w odległym interiorze i zachwycające widoki. Taka jest Australia.

Adrenalina

wstrzymuję oddech i zaglądam krokodylowi w paszczę

Postanawiamy zostać w Kakadu dłużej. Z samego rana wybieramy się na dwugodzinną przeprawę przez rozlewiska Yellow Water. Na rzece otacza nas niewiarygodne nagromadzenie skrzydlatych gatunków: czaple, ibisy, kormorany, orły, rzadkie gatunki kaczek i gęsi, bociany Jabiru oraz charakterystyczne papugi kakadu. W wodzie srebrzą się barramundy – ryby numer jeden w Australii. Patrzymy na wygrzewające się w słońcu krokodyle i ptaki przechadzające się stadami. Nagle środkiem rzeki z rykiem przepływa motorówka z uśmiechniętym od ucha do ucha elegancko ubranym starszym panem, który w dłoni dzierży wędkę. Scena jak z Monty Pythona! Nawet w tak niezwykłym rezerwacie przyrody można spotkać bogatego emeryta wynajmującego prywatną łódkę z pomocnikiem do łowienia ryb!
Moje oburzenie schodzi na dalszy plan, gdy odwracam głowę i... widzę bacznie wpatrującego się we mnie krokodyla! Ba, przepływamy obok niego łodzią tak blisko, że mogę mu policzyć zęby w otwartej paszczy! Jego koledzy przemykają w wodzie lub wylegują się ostentacyjnie z otwartymi złowrogo pyskami, chłodząc w ten sposób swoje cielska. Przewodnik opowiada mi, jak uniknąć bliskiego, będącego zapewne ostatnim, spotkania z gadem. Ponoć Aborygenki płoszą krokodyle, stukając pod wodą dwoma kamieniami. Nie jestem w stu procentach przekonana co do skuteczności tej metody, ale obiecuję sobie, że w sytuacji kryzysowej będę o niej pamiętać.

Podwyższony poziom adrenaliny odczuwamy na rzece Mary, słynącej z największego skupiska krokodyli słonowodnych na świecie. To naprawdę niebezpieczne zwierzęta. Ciarki przechodzą mi po plecach, gdy z odmętów rzeki w kolorze kawy z mlekiem wynurzają się ogromne paszcze zwabione zapachem porządnego kawałka mięsiwa. Wstrzymuję oddech, gdy jeden z nich tuż obok mnie wyskakuje z wody, prezentując się niemal w całej okazałości.

Park Narodowy Litchfield – położony 140 km od DARWIN – nie jest tak popularny jak Kakadu, ale tu możemy spokojnie odpocząć po silnych wrażeniach. Okazałe baseny skalne, liczne wodospady pośród lasów deszczowych dostarczają nam przyjemności w upalne dni. Przy granicy parku od strony Batchelor odkrywamy gigantyczne „magnetyczne” termitiery. Termity to sprytne stworzenia – budują wąskie kopce na osi północ–południe, dzięki czemu korzystają z ciepła zarówno wschodzącego, jak i zachodzącego słońca. Kierując się dalej na południe, docieramy do Parku Narodowego Nitmiluk (Katherine Gorge). Wypożyczamy kajak i przepływamy fragment 12-kilometrowego kanionu wyrzeźbionego przez wody rzeki Katherine. W przenikliwej ciszy mijamy tzw. krokodyle skały, gąszcze egzotycznej roślinności, docieramy do malowideł naskalnych. W miejscowości Mataranka zatrzymujemy się na kąpiel w naturalnym basenie termalnym w lesie deszczowym. Lazur, szum wody z kaskady, a dookoła zieleń wielkich juk! Zrelaksowana i wyciszona wracam ścieżką prowadzącą na kemping... i nagle słyszę pod stopami szuranie w liściach. Z przerażenia nieruchomieję. Dwa metry ode mnie wije się wielki pyton. Na szczęście chwilę potem zjawia się ranger. Bierze wężysko na ręce i daje mi pogłaskać jego aksamitną, opalizującą skórę.

Jedziemy dalej, do pierwszego z dwóch najbardziej kosmicznych miejsc w Australii, do Devil’s Marbles, Diabelskich Kulek. Aborygeni z plemienia Warumungu nazywają je Karlwe Karlwe. Jest to rezerwat z ogromnymi pomarańczowymi  głazami rozrzuconymi niczym magiczne kule na czerwonej ziemi outbacku. Całość tworzy surrealistyczny pejzaż. Gdzie ten czarodziej, który je rozrzucił? Cisza. Słychać tylko bzyczenie setek natrętnych much. Według legendy aborygeńskiej głazy zostały poukładane przez Tęczowego Węża. Zdaniem naukowców kamienie są pozostałością po zastygłej lawie poddanej przez miliony lat działaniu erozji.