Pieśń ledwie osłoniętego Aborygena w outbacku, bliskie spotkanie z niebezpiecznym pająkiem w prowizorycznej toalecie, kończący się zapas paliwa w odległym interiorze i zachwycające widoki. Taka jest Australia.

 

Wehikuł czasu

 

EPOKA WIKTORIAŃSKA KONTRA DZIKI ZACHÓD I WIELKI BŁĘKIT

W Maryborough – miejscowości, która zachowała czar epoki wiktoriańskiej – kluczymy opustoszałymi uliczkami między XIX-wiecznymi budynkami. Panuje tu klimat jak z powieści Marka Twaina. Przypadkiem trafiamy do zapomnianego atelier Missing Link, specjalizującego się w fotografii sprzed epoki. Dziwne miejsce, jak i to całe miasteczko. Czas się tutaj zatrzymał. Sympatyczna posthipiska ustawia nas do zdjęcia w strojach z epoki wiktoriańskiej. Po dwóch godzinach odbieramy fotografię w sepii. Nie pozostawia złudzeń – wehikuł czasu zabrał nas do 1850 r.! Pani fotograf zdradza, że przed nami ostatni klient korzystał z takiej usługi lata temu. Od przechodnia dowiadujemy się, że zaraz ruszy wyścig rowerów skonstruowanych przez uczniów z tutejszych szkół. Gospodynie przynoszą placki, są loteria z fantami, piknik z wyśmienitymi kiełbaskami i zaangażowanie mieszkańców! Fiesta jak z filmów o Dzikim Zachodzie...
Nocą w Town of 1770 mam wrażenie, że wszystkie gwiazdy z całego nieba zebrały się tuż nad moją głową. Jest   tu kameralnie, urzekają lazurowe wybrzeże, skaczące swobodnie kangury, stada białych papug i mnóstwo pięknych dzikich zakątków. Plaże w centrum okupowane są przez rybaków i właścicieli jachtów. W Airlie znajduje się baza wypadowa na wyspy Withsunday. Korzystając z oferty firmy Ocean Rafting, zabieramy się na wyspy szybką łodzią motorową. Przybijamy do pięknej zatoczki przy plaży Whitehaven. To trzeba zobaczyć! Lazur, dziesiątki odcieni błękitu nieba i oceanu kontrastują z niewiarygodnie białymi plażami. W wodzie widać nawet płaszczki manta zwane diabłami morskimi – są naprawdę ogromne, mają do 7 m szerokości. Przesypuję piasek przez palce. Jest tak drobny, że można nim polerować biżuterię. Przysłużył się też nauce – około 40 ton tego białego pyłu przetopiono na soczewki do teleskopu Hubble’a! W Townsville ładujemy manatki na statek z kursem na Magnetic Island. 25 minut bujania i jesteśmy na miejscu. Ruszamy szlakiem do zatoczki, której nazwa mówi sama za siebie – Arcadia. Piękna plaża, palmy kokosowe nad głową, bliskość rafy koralowej, koale przytulone do eukaliptusów i walabie przemykające drogą...
W dalszej podróży na północ krajobraz Queenslandu wypełniają wagoniki z trzciną cukrową, przetaczane z pól uprawnych, drzewka mandarynkowe i plantacje bananowców. W jednej z farm chcemy kupić banany – a jakże! – prosto z drzewa. Przy straganie nikogo nie ma, a obok ułożonej sterty owoców stoi waga i puszka z pieniędzmi z napisem: Help yourself – obsłuż się. Ważymy banany, wrzucamy do puszki cztery dolary i stwierdzamy z żalem, że u nas taki system raczej by się nie sprawdził. Kolejnym punktem na naszej trasie jest Mission Beach. Mimo że po Australii nie powinno jeździć się  po zmroku ze względu na ryzyko zderzenia ze zwierzętami, sytuacja zmusza nas do nocnego pokonywania kilometrów. Suniemy z prędkością 20 km/godz. Z ciemności wynurzają się stojące obok drogi krowy i... kazuary. Trzeba uważać, bo te ptaki mają do 2 m wzrostu i mogą być niebezpieczne. Naprawdę warto tu zajrzeć! Nigdzie na wybrzeżu wschodnim nie natknęliśmy się na tak szeroką plażę, przy której rozciąga się pas egzotycznej zieleni z palmami daktylowymi.