Pieśń ledwie osłoniętego Aborygena w outbacku, bliskie spotkanie z niebezpiecznym pająkiem w prowizorycznej toalecie, kończący się zapas paliwa w odległym interiorze i zachwycające widoki. Taka jest Australia.

Śniadanie z kangurem

Szukamy wielorybów, delfinów i koala. Kangury przychodzą same

Wychodzę z lotniska z ciężkim plecakiem i potarganymi włosami po 24-godzinnej podróży. Sydney wita mnie przyjemną, orzeźwiającą bryzą znad oceanu. Rozglądam się – większość Aussies ( jak o sobie mawiają Australijczycy) w japonkach, luźnych spodenkach i T-shirtach, niektórzy z deskami surfingowymi pod pachą... Tutaj, po drugiej stronie globu, panuje absolutny luz! Z moim mężem Norbertem z jednej z tańszych wypożyczalni kamperów TravelVans wyjeżdżamy domkiem na kółkach. Co do tej formy podróżowania jesteśmy przekonani w stu procentach. Gwarantuje pełną niezależność oraz niezapomniane noce w pustych, dzikich zakątkach. Co prawda nie da się nim wszędzie wjechać (daleko mu do samochodu terenowego), ale idealnie nadaje się na eskapadę po wschodnim wybrzeżu, aż do Port Douglas. Potem przesiadamy się w auto z napędem na cztery koła. W Sydney zwiedzamy słynne miejskie ikony. Z perspektywy promu poznaję Port Jackson, czyli zatokę ciągnącą się przez 20 km w głąb lądu do ujścia rzeki Parramatta. Imponujący most Portowy pokonuję spacerem, trochę żałując, że   nie mam czasu na bardziej ekscytującą, prowadzoną przez przewodnika trzygodzinną wspinaczkę po przęsłach budowli. Na plaży Bondi delektujemy się smakiem świeżych krewetek z warzywami. Radości nie ma końca, gdy zakładamy pianki i wtapiamy się w tłumek czarnych punkcików na oceanie. Znaleźliśmy się w krainie miłośników sportu – dobrze zbudowanych wielbicieli surfingu, amatorów jogi, joggingu i gry w siatkówkę można tu spotkać już od świtu. Nocne uroki Sydney odsłania przed nami wieczorny spacer na wschodni cypel Circular Quay do słynnej opery.

 

Jako zwolennicy dzikich i otwartych przestrzeni szybko uciekamy z miasta. Spieszymy się też na K’Ozzie Fest w Jindabyne – polonijny festiwal promujący dokonania Tadeusza Kościuszki oraz Pawła Edmunda Strzeleckiego, dalekiego przodka mojego męża. Mamy dostarczyć im kopię filmu 'Śladami P.E. Strzeleckiego', w którym zagraliśmy główne role. Po uroczystościach wybieramy się – oczywiście – na Górę Kościuszki (zwaną tu Mt. Kozzie). Na szczycie widzimy... Aussiego, który w stroju Adama pozuje do zdjęcia! Może niezupełnie nago, ubrany jest w brokatową kamizelkę i kapelusz. Australijczycy mają specyficzne poczucie humoru. Po weekendzie w Górach Śnieżnych ruszamy wybrzeżem. 25 km na północ od Entrance w kierunku Frazer Park docieramy w piękne kempingowe miejsca, które trudno znaleźć w przewodniku – to Laguna Bongon oraz pobliski Snapper Point. Wspaniała zatoczka z pustą plażą, klifowe wybrzeże oraz jaskinia, w której ocean tworzy fascynującą, nieokiełznaną kipiel. W PORT STEPHENS w nasze ręce wpada folder wycieczkowy. Na zdjęciach uśmiechnięci i zaaferowani turyści przyglądają się ogromnemu wielorybowi wyskakującemu z wody tuż przed ich nosami. My też tak chcemy! Szybko kupujemy bilet. W trzygodzinnym rejsie towarzyszy nam niestety tylko gromada wesołych delfinów, a mianem wieloryba zostaje określony malutki punkcik w oddali. No cóż, nie trafiliśmy na sezon obserwacyjny, który trwa w Australii od czerwca do października – wtedy rzeczywiście spotkać można w oceanie około 40 gatunków wielorybów i delfinów. Na wschodnim wybrzeżu najpopularniejszymi miejscami ich migracji są Cape Byron, Stradbroke Island oraz Hervey Bay. Uda się następnym razem. Rozczarowanie rekompensujemy sobie w punkcie widokowym Birubi Point w Anna Bay, oglądając spektakularny zachód słońca. Ocean kontrastuje z rozległymi, oświetlonymi na czerwono piaskami sięgającymi aż po horyzont. To doskonałe miejsce na nocleg, wolimy jechać jednak do Lemon Tree, żeby od rana przespacerować się po rezerwacie koali. I znowu niepowodzenie. Po godzinnym zadzieraniu w górę głowy i wypatrywaniu tych torbaczy wśród eukaliptusów nie znajduję ani jednego! Czyżby wszystkie zwierzęta w Australii bawiły się ze mną w ciuciubabkę?! A podobno w tym parku mieszka aż 150 osobników! Jeszcze tego samego dnia zatrzymujemy się w Billabong Koala Breeding Centre, żeby odreagować zoologiczne niepowodzenie. Nareszcie mogę dokładnie przyjrzeć się z bliska koali. Okazuje się sympatycznym leniuchem, który przesypia około 20 godzin dziennie. Takiemu to dobrze!Kierujemy się do Ellenborough Falls. Po 10 km nierównego traktu – wszystkie sprzęty ulokowane w kamperze trzęsą się rozpaczliwie. Nagrodą jest wspaniały widok na jeden z najwyższych wodospadów o pojedynczym strumieniu spadającym z 200 m do wąwozu lasu deszczowego. Prawdziwie australijski klimat odkrywamy w Diamond Head. Przy śniadaniu towarzyszą nam sympatyczne kangury i krążące wszędzie warany. Surfujemy na wysokiej fali, przyglądamy się paralotniarzom, przechadzamy się klifowym wybrzeżem i relaksujemy na pięknej plaży. Z zachwytem przyglądam się, jak w odległości kilku metrów od kampera kangurzyce karmią swoje maleństwa.