Miejsce akcji: Vanuatu, archipelag wysp na Pacyfiku Bohaterowie: ja, ekipa telewizyjna, szef wioski John

Ledwie samolot dotknął kołami lądowiska w Port Villa, a już dopadli do nas sprzedawcy Wszystkiego – zaczęli wciskać mi wycieczki po okolicy, pocztówki i drewniane figurki… świń (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to symbol tego kraju). Stolica Vanuatu pokazała mi się więc z jak najgorszej strony… Ale co tam – myślałam – maleńkie, bo zaledwie dwustutysięczne państwo, istniejące zaledwie od 1980 r., mało kto wie, że w ogóle jest takie miejsce gdzieś na Pacyfiku – będzie mi tu jak w raju. Wyjadę ze stolicy i z pewnością dotknę Nieznanego. Trafiłam przecież na Koniec Świata! Czułam się naprawdę wspaniale! Nie zrażał mnie nawet fakt, że swego czasu niemal wszyscy misjonarze, którzy próbowali nawracać miejscowych na Nowych Hebrydach (jak kiedyś nazywano to miejsce), byli mordowani, a ostatniego człowieka zjedzono tu zaledwie pod koniec lat 70. Kanibalizm stał się zresztą jedną z największych atrakcji tego kraju – ludzkie kości walają się w wielu miejscach, a zdjęcie z czaszką czy kością udową w ręce to niemal obowiązkowa pamiątka przy wyjeździe z Vanuatu.
Przez kolejne dni miałam się przekonać, że jednak miejscami jest to bardzo dziki rejon świata. Ponieważ cały kraj składa się z 84 wysp, utrudnienia komunikacyjne sprawiają, że z jednej strony – jest to szalenie barwne państwo (kompletny brak spójności językowej, kulturowej i mentalnej), z drugiej zaś – cywilizacja rozprzestrzenia się tu znacznie wolniej niż na zwartym lądzie. I dobrze. Odetchnęłam z ulgą, bo przyjeżdżając tu, naprawdę miałam ochotę dotrzeć gdzieś jako jedna z nielicznych. Zwiedziliśmy więc wyspę Epi, gdzie cały dzień taplałam się w wodzie, licząc na spotkanie z diugoniami, czyli krowami morskimi. Zresztą bez większych sukcesów (jeśli nie liczyć poparzeń słonecznych na plecach). Przenieśliśmy się też na wyspę Hideway, gdzie mieści się jedyny na świecie podwodny urząd pocztowy (wysłałam wodoodporną pocztówkę do rodziców!). Dotarliśmy na Malekulę, na której żyją plemiona Small Nambas i Big Nambas, czyli… Małych i Wielkich Penisów! Nie udało mi się jednak ustalić, na jakiej podstawie dokonuje się selekcji członków (ups, przepraszam…) do konkretnego plemienia – czy decyduje wyłącznie urodzenie, czy może jednak są jakieś kryteria… W końcu trafiliśmy na wyspę Pentacost. Maleńki samolot z kilkoma osobami na pokładzie kilka razy zataczał koło nad „lotniskiem”, bo trzeba było poczekać, aż miejscowi przepędzą zeń bydło. Wylądowaliśmy jednak gładko na krowich plackach i niemal natychmiast zostałam przedstawiona „Szefowi” – jak kazał się tytułować przywódca plemienia. Stres przeogromny, bo od jego reakcji zależała moja obecność na wyspie – gdybym nie została zaakceptowana, cała wyprawa poszłaby na marne. „Szef” przedstawił się i wyciągnął do mnie rękę na znak akceptacji. Uff...
Wyspa Pentacost zachwyciła mnie bujną roślinnością, powaliła na kolana upałem i ujęła ciekawskimi, umorusanymi dzieciakami, które towarzyszyły mi wszędzie. Było tak gorąco, że zanim rozłożyłam karimatę w jednej ze wskazanych chat, postanowiłam się wykąpać. Rozbierałam się nad brzegiem rzeki, lekko skrępowana, czując wzrok co najmniej 15 par oczu zza krzaków… Tłumaczyłam sobie jednak, że ludzie tu żyją w zgodzie z naturą, że pewnie często oglądają się nago, więc nie ma się czego wstydzić… Różnica polegała na tym, że byłam białą kobietą i miało to prawo wzbudzać zainteresowanie. Wejście do wody też nie poprawiło mojej sytuacji, bo woda sięgała do… połowy łydek. Hm, jakie to człowiek ma głupie ograniczenia cywilizacyjne – karciłam się w myślach. – No, przecież w takich rejonach świata nagość jest zupełnie naturalna! Nie była. Większość miejscowej ludności nosi dziś koszulki, bo twierdzą, że tak jest wygodniej. Zrobiłam z siebie idiotkę.
W dniu obchodów święta Naghol atmosfera była bardzo podniosła. Kobiety miały na sobie wyłącznie spódnice z traw sięgające kolan, a mężczyźni nosili jedynie kawałki liści zręcznie oplecione wokół członków. Wszyscy nucili pieśń, która miała poprzedzać najważniejszy dzień w roku… Naghol organizuje się pod koniec zbioru słodkich ziemniaków, z prośbą o dobre plony w przyszłym sezonie. Tego dnia też każdy z chłopców mieszkających na wyspie musi się popisać odwagą i skoczyć z wysokiej nawet na 30 m drewnianej wieży. Jedynym zabezpieczeniem przed upadkiem jest liana przywiązana do nóg śmiałka. Wygląda to dokładnie tak samo jak skok na bungee, tyle tylko, że w przypadku tej ucywilizowanej wersji mamy do czynienia z rozciągliwą liną, która zapewnia mnóstwo mocnych wrażeń i niemal 100 proc. bezpieczeństwa. Jeśli natomiast chodzi o „oryginał”, to często kończy się on tragicznie… To właśnie Naghol stał się inspiracją Alana J. Hacketta, który w 1979 r. wykonał pierwszy skok na bungee poza wyspą Pentacost. Tymczasem ja z przerażeniem obserwowałam maleńkich chłopców, którzy po raz pierwszy w swoim życiu mieli się na taki skok odważyć. Kilkanaście metrów w górze malcy trzęśli się ze strachu i nie pomagały ani zachęty wykrzykiwane przez rodziców, ani transowe pieśni, ani palone kadzidła, które miały ich otumanić. Powietrze pachniało adrenaliną, a ja zastanawiałam się, czy nie powinnam przerwać tego strasznego widowiska… Małe ciałko gruchnęło o ziemię. Nie zniosę tego – myślałam gorączkowo – przecież liana prawie się nie rozciąga, a rozkopana gleba, która rzekomo miała stanowić amortyzację, nie wystarczy, jeśli któryś z chłopców skoczy niewłaściwie… Kolejna osoba stanęła na platformie, szykując się do skoku. Tym razem był to dobrze zbudowany młodzieniec, który chyba bardziej czuł dumę niż strach. Tłum zamilkł w oczekiwaniu na przemówienie. W końcu mogły to być ostatnie słowa śmiałka… Skoczył, zręcznie uderzając bokiem ciała w ziemię. Mnie znów zemdliło. Przy kolejnym widowisku, kiedy spychano z platformy siedmioletniego chłopca, postanowiłam na to nie patrzeć… Wieloletnia tradycja jest widać silniejsza od rozsądku. I tak musi pozostać.
Wieczorem było znacznie przyjemniej. Nie mogłam się opędzić od lokalnych adoratorów, którzy szturchali mnie swoimi „klejnotami” owiniętymi listkiem bananowca i szczerzyli do mnie zęby w uśmiechach. Piliśmy lokalne alkohole, tańczyliśmy, zjedliśmy świnię pieczoną na ogniu, która smakowała najlepiej na świecie, a potem padłam w objęcia Morfeusza… Uff, to był długi i emocjonujący dzień.
Przed wyjazdem żegnałam się wylewnie ze wszystkimi. – „Szefie”, to jest kilka upominków dla twoich dzieci i dla ciebie – gadałam jak najęta, by ukryć zmieszanie, bo nie lubię pożegnań. – Cieszę się, że pozwoliłeś mi obserwować wasze święto. Doceniam to. Może kiedyś przyjadę z liną do bungee i sama skoczę? Pokręcił przecząco głową.
– Kobiety nie uczestniczą w takich świętach, bo całe nieszczęście na świecie jest przez was. Tak mówi nasza legenda o święcie Naghol.
– Nie wierzę! Wszyscy mężczyźni na świecie gadają to samo. Niezależnie od kraju ta sama śpiewka! – zaczęłam się śmiać, a cała ekipa i „Szef” razem z nami.
– Żałuję tylko, że nie możecie obejrzeć naszego filmu. Zrobiliśmy tu piękny reportaż, naprawdę! Wiesz, puścimy to w telewizji. Czy wiesz może „Szefie”, co to jest TELEWIZJA? – powoli przeliterowałam to magiczne słowo.
– No właśnie, dobrze, że mi przypomniałaś! Przyślij nam ten materiał koniecznie, jak już go zmontujecie – pospieszył z odpowiedzią „Szef”. – Może być VHS lub DVD – już jak tam wam wygodnie… No nie, to dopiero jest koniec świata…