Polak nie raz poczuje się tu jak u siebie. Ale warto pamiętać, że stolica Litwy to nie tylko stare miasto.

Dzień 1.

Wilno ma zmodyfikowane DNA. Na przestrzeni wieków tak często musiało zmieniać swoją narodowość, charakter i właścicieli, że zmienność stała się jego naturą. W związku z tym każdy z łatwością zobaczy w nim to, czego potrzebuje. Jeden Polak przyjedzie tu, by szukać polskich śladów. Drugi, żeby sprawdzić, jak na miasto wpłynęło 50 lat przynależności do ZSRR. Trzeci zechce przyjrzeć się kosmopolitycznej stolicy odrodzonej Litwy. I każdy z tej trójki będzie zadowolony.

Polak zwiedzanie Wilna musi zacząć od Ostrej Bramy, która jest pozostałością po dawnych murach obronnych miasta. Z jednej strony – nijaka. Tak niepozorna, że dość łatwo jej nie zauważyć. A trzeba się przeżegnać, na kolana paść, ukłonić, zdjęcie zrobić. Przywitać by się wypadało, bo od strony wewnętrznej w bramie znajduje się kaplica z obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej. O schody, które do niej prowadzą, kilka lat temu była wielka draka. Kiedyś były to schody falujące – powyginane od ciężarów ciał pielgrzymów, wyszorowane ich kolanami, wyżłobione łokciami, łzami pokoleń zalane. Po remoncie stały się zupełnie zwykłymi schodami. Tak bardzo zwykłymi, że ich remont litewski Departament Ochrony Zabytków nazwał przejawem „przerażającego wandalizmu”. Teraz są to więc schody funkcjonalne. Schody o wyższym standardzie. Schody jak schody.

Wchodzi się nimi do maleńkiej kaplicy, gdzie wisi obraz będący symbolem tego miasta. Maryję Ostrobramską za swoją uważają i Litwini, i Białorusini, ale co tu dużo mówić, Polak wkracza do środka i od progu puszy się jak paw, bo ściany kaplicy są pokryte wotami z napisami w języku polskim: „Dzięki Ci, Matko, za Wilno”, „za uzdrowienie naszego drogiego Księdza Dyrektora”, „za wysłuchane prośby serca”. Można tam posiedzieć w ciszy, o ile akurat kaplicy nie anektowała polska pielgrzymka i z głośników na całą starówkę nie lecą polskie pieśni religijne. A nawet i wtedy trudno nie poczuć, że to miejsce wyjątkowe, nawet dla niewierzących. W latach 70. pisarz Antoni Gołubiew pytał wilnian, jaka jest różnica między Matką Boską Jasnogórską a tą z Ostrej Bramy. Przekupka powiedziała mu tak: „Może i prawda, że ta sama. Ale różnica taki jest: do naszej Ostrobramskiej polecisz, wypłaczesz się, wypowiesz wszystko jak kobieta kobiecie, dusza cała otworzisz. A u tej Częstochowskiej na renku siedzi malusieńki Jezusik, patrzy swoimi oczkami i każdziutkie słowo podsłuchui – to i dyskrecji żadnej nie ma. A jeszcze Królowa Polski – ciż z królowa bendziesz gadał bez nijakiej żenady?”.

Po wyjściu z kaplicy Polak idzie cały czas w dół ulicą Aušros Vartų, aż do klasycystycznego ratusza. Stanie na placu, kilka zdjęć pstryknie, bo przecież pięknie jest dookoła. Odnowione czyste kamienice, księgarnia, eleganckie sklepy z nieprzyzwoitymi cenami. Idąc cały czas w dół, dochodzi się do ulicy Pilies. Jest to najpopularniejszy wileński deptak. Niemal na każdym straganie można tu kupić wyroby z bursztynu, nazywanego złotem Litwy. Ale na litewski bursztyn nie ma sensu liczyć. Nawet te sprzedawane w drogich sklepach z biżuterią pochodzą z Kaliningradu lub Polski, na straganach zaś można kupić bursztyn sztuczny – czasem z zupełnie współczesną muchą w środku. Warto natomiast wejść do butiku z lnem, uważanym tu za tkaninę narodową. Oprócz obrusów czy fartuchów da się tu dostać gustowne sukienki, żakiety, a nawet garnitury z lnu.

W zasadzie w każdej restauracji na tej ulicy podaje się litewskie potrawy tradycyjne, czyli... tłuszcz w przeróżnej postaci. Do jedzenia: chłodnik ze smażonymi kartoflami, cepeliny (duże ziemniaczane pyzy z mięsem polane skwarkami). Do picia: kwas chlebowy, mocne ciemne piwo. Na zakąskę: smażony chleb z czosnkiem. Jeśli Polak trafi na kelnera mówiącego po polsku, musi uważać. Po zamówieniu „uszek” do piwa dostanie cienko pokrojone wędzone świńskie uszy, a i „kopytka” okażą się gotowanymi kopytami tejże świni.

Po lewej stronie Pilies ciągną się zabudowania Uniwersytetu Wileńskiego. Można się tu pobłąkać po urokliwych dziedzińcach, wstąpić do kościoła św. Jana, gdzie organistą swego czasu był Stanisław Moniuszko. Na tej uczelni studiowali też m.in. Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Józef Ignacy Kraszewski, Czesław Miłosz. Nic dziwnego, że Polacy przyjeżdżający do Wilna dość łatwo zapominają, że są w stolicy Litwy.

Trzeba wrócić na deptak i iść dalej w dół. Ulica Pilies wychodzi wprost na olbrzymi plac Katedralny. Nad nim wznosi się Góra Giedymina z wieżą będącą pozostałością po zamku. Warto się na nią wspiąć, by zobaczyć dzwonnice barokowych wileńskich kościołów. Zostały zaprojektowane tak, by pasować do przepływających po wieczornym niebie chmur. Poza tym wędrówka na górę pozwoli pozbyć się wyrzutów sumienia po tradycyjnym obiedzie, który musi mieć co najmniej 1,5 tys. kalorii.

 

 

Dzień 2.

Jeśli ktoś po powrocie z Litwy opowiada o uroczych wileńskich zaułkach, to zwykle ma na myśli takie miejsca jak uliczka Bernardinų. Dla Polaka ważne będzie, że spacerował nią Mickiewicz. Ale też to, że na jej końcu jest jeden z piękniejszych wileńskich kościołów i – o dziwo! – nie jest to świątynia barokowa. Przewodnicy uparcie powtarzają, że kiedy Napoleon zobaczył gotycki kościół św. Anny, stwierdził: „Ech, gdyby się tak dało postawić go na dłoni i przenieść do Paryża!”.

Tuż obok płynie Wilejka, ukochana rzeka Tadeusza Konwickiego. Mówił o niej: „Większość scen miłosnych w moich książkach, gdziekolwiek by się działy, tak naprawdę odbywa się nad Wilejką”. Przerzucono przez nią miniaturowe mostki. Na Litwie istnieje tradycja, która każe panu młodemu w dzień ślubu przenieść pannę młodą przez most. Te na Wilejce mają po kilkanaście metrów, są więc oczywistym wyborem.

Dzielnica, która znajduje się po drugiej stronie, to Užupis, czyli właśnie Zarzecze. Kiedyś strach się było tu zapuszczać. Nędznie, niebezpiecznie, główny trakt potocznie nazywany był Ulicą Śmierci. Wszystko zmieniło się w 1997 r. za sprawą grupy artystów. Proklamowali niepodległą Republikę Zarzecze. Wybrali prezydenta, ministrów, ambasadorów. Ustanowili też konstytucję, która mówi, że człowiek ma prawo „czasami nie wiedzieć, czy ma jakieś obowiązki”, „być nieznanym i niesławnym”, „obchodzić albo nie obchodzić swojego dnia urodzin” albo też „uświadamiać sobie swoją marność i swoją wielkość”. W paru punktach konstytucji uwzględniono również zwierzęta. I tak: „Kot nie ma obowiązku kochać swojego gospodarza, ale w trudnej chwili
musi mu pomóc”, a „Pies ma prawo do bycia psem”.

Zaczęły tu powstawać galerie sztuki, a na obskurnych budynkach kolorowe murale. W dalszym ciągu mało tu odnowionych kamienic, ale na pewno jest jaśniej, radośniej. Na centralnym placyku Zarzecza przez kilka lat stał cokół z olbrzymim jajkiem. Z czasem wykluł się z niego anioł, który jest dziś symbolem dzielnicy. Nad samą rzeką znajduje się kawiarnia Užupio Kavinė. Nazywana jest Parlamentem Republiki Zarzecza. Na tarasie tej kawiarni jest obchodzony Dzień Białych Obrusów, jedno z oficjalnych świąt samozwańczej republiki. Drugiego dnia Wielkanocy sąsiedzi przychodzą tu z talerzami, na których przynoszą resztki świątecznego śniadania, żeby razem jeść.

Rzadko który turysta wykracza poza granice starego miasta. Ale opuścić je trzeba, by z góry zobaczyć, że Wilno jest miastem bardziej skomplikowanym. Niech więc Polak pojedzie teraz do dzielnicy Karoliniškės, aż na wieżę telewizyjną. Niech się zdziwi. Jej wysokość to 326,5 m. Na jej parterze znajduje się wystawa poświęcona wydarzeniom z 1991 r., kiedy wieżę zajęli sowieccy żołnierze. Tysiące wilnian próbowało powstrzymać rosyjskie czołgi, 14 ludzi zginęło pod ich gąsienicami. To pierwsi bohaterowie niepodległej Litwy. Na wysokości 165 m znajduje się restauracja. Stoliki są w niej ustawione przy oknach, na obrotowym podeście. Tak że nie przerywając jedzenia, można do godziny 23 wpatrywać się w niebieskie wody rzeki Wilii, ale też szare bloczydła. Żadnego barokowego kościoła na horyzoncie, żadnego pomnika księcia czy poety, żadnych ochów i achów. Tylko korki, bloki, szosy. Ale również lasy. Tu trudniej jest się odprężyć i poczuć tak zwaną magię Wilna, ale za to jest to doświadczenie poszerzające horyzonty. Wieczorem trzeba zjechać na dół. Wsiąść do trolejbusu, popatrzeć na ludzi, nie tak zrelaksowanych jak ci na starówce, i przejechać tymi samymi ulicami, na które z niedowierzaniem patrzyło się z góry.

 

Warto wiedzieć
 Zrób to taniej

Podwileńskie wsie zamieszkałe są często przez miejscowych Polaków. Warto wziąć ze sobą namiot i poprosić o możliwość rozbicia się w pobliżu któregoś z gospodarstw.

 

Kiedy jechać?

Od późnej wiosny do wczesnej jesieni. Klimat jest bardzo podobny do polskiego. Ale to na początku marca odbywa się w Wilnie olbrzymi jarmark rękodzieła nazywany Kaziukami. Niższa temperatura jest wtedy podnoszona przez gorącą atmosferę wydarzenia.

 

Waluta

Walutą Litwy jest euro.

 

Dojazd

Najtaniej z Warszawy, rezerwując bilet wcześniej, autobusem firmy Lux Express, Simple Express, ewentualnie Ecolines można dojechać już za 20 zł - to jest cena biletu w promocji w jedną stronę.

Po wileńskiej starówce warto poruszać się pieszo. Do innych dzielnic dojedziemy trolejbusem albo autobusem. Jednorazowy bilet kupiony u kierowcy kosztuje 1 euro. W kioskach nie da się kupić biletu „papierowego”, a jedynie kartę Vilniečio Kortelė. Można ją doładować np. biletami czasowymi (30 min – 0,64 euro).

 

Nocleg

Downtown Forest (ul. Paupio 31 A). Klimatyczny hostel  i kemping na Zarzeczu. Latem nocleg w czteroosobowym pokoju kosztuje  tu ok. 15 euro.
Polscy turyści często zatrzymują się w Domu Kultury Polskiej (od 40 euro za noc).
Około 23 euro zapłacimy za noc w hotelu LITiNTERP (Bernardinų 7) mieszczącym się w uroczym zaułku na starym mieście.
Za noc w komfortowym hotelu Stikliai na starówce. wydać trzeba nawet 200 euro.
W internecie można znaleźć też sporo ofert noclegu w mieszkaniach prywatnych – od 10 euro.

 

■ Jedzenie

Koniecznie trzeba spróbować litewskich dań narodowych: cepelinów, blinów żmudzkich, kiszki ziemniaczanej. Do piwa natomiast zamówić tradycyjne przekąski: smażony chleb z czosnkiem, groch z boczkiem czy świńskie uszy.
Dobry obiad można zjeść w legendarnej restauracji Neringa, (al. Gedimino 23) z 1959 r. albo w przytulnej knajpce z tradycyjnymi daniami Forto Dvaras (ul. Pilies 16). Zapłacimy 5–10 euro.
Prawdziwym litewskim hitem Litwy jest czarny chleb z mąki żytniej, czyli bočių.
Z Litwy warto też przywieźć ziołową nalewkę 999, produkowaną z 27 rodzajów ziół, sękacza i wędzoną lub soloną słoninę.

 

■ Przeczytaj o Wilnie

Powieść Silva rerum Kristiny Sabaliauskaitė o wielokulturowym Wilnie; w Polsce wydana przez Znak.

Tekst: Ewa Wołkanowska-Kołodziej