Dokładnie w południe 16 grudnia promienie stojącego w zenicie słońca wpadają do mrocznego wnętrza. Oświetlają napis na płycie sarkofagu: „Dla Ciebie, Południowa Afryko”

Zaniemówiłam z wrażenia, gdy zobaczyłam go po raz pierwszy. Voortrekker Monument. Poraziła mnie jego wielkość i niezwykła cisza. Ze ścian patrzyły na mnie kamienne oczy dawnych wędrowców. Tablice Pamięci są największą marmurową płaskorzeźbą na świecie. Przedstawiają wydarzenia od wyruszenia Burów z Kolonii Przylądkowej w 1835 r. do podpisania Konwencji Rzeki Sand w 1852 r., która gwarantowała Burom własne niepodległe państwo.

Nad głową miałam okienko, przez które wpadało słoneczne światło. Poniżej z gęstego mroku wyłaniał się kamienny sarkofag – cenotaf, pusty symboliczny grobowiec. Serce Pomnika Voortrekkerów. Od dnia, w którym Andries Pretorius Bogu i Burom ślubował, że taki pomnik-świątynia powstanie, do czasu, kiedy gigantyczny sześciobok wyrósł na południe od Pretorii, minęło niemal sto lat. Pretorii, czyli stolicy Południowej Afryki – nazwanej tak na cześć Pretoriusa właśnie. Jego gigantyczny posąg umieszczono na jednym z rogów monumentu. Podobnie jak Pieta Retiefa czy Hendrika Potgietera. To od nich, ale też od tysięcy wędrowców przemierzających afrykański Weld zaczęła się ta historia. W niewielkim muzeum oglądałam zdjęcia trekerów, przedmioty, których używali na co dzień. Dziecięce ubranka, miski, broń, fragmenty wozów, egzemplarze Biblii – układały się w mozaikę życia i wiary wędrowców.

Utracony raj

Droga, która współcześnie, z postojami na safari i zwiedzaniem, zajmuje niespełna tydzień, XIX-wiecznym wędrowcom zajęła trzy lata. 1500 km dzieli Pretorię od Kapsztadu, pierwszej burskiej „stolicy” położonej u podnóża góry wznoszącej się nad rozległą zatoką. Przez stulecia była punktem wyznaczającym morskie szlaki. Nazwano ją Górą Stołową ze względu na ścięty jakby nożem wierzchołek. To właśnie u jej stóp Jan van Riebeeck – przedstawiciel Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej – w 1652 r. postanowił założyć bazę zaopatrzeniową dla handlowych statków płynących szlakiem do Indii i Batawii, czyli współczesnej Indonezji. Podczas 10-letniego sprawowania rządów w kolonii przez Riebeecka wyrosła strażnica, osada i warzywny ogród, z którego plony trafiały do kambuzów handlowych karaweli. W porcie cumowały nie tylko handlowe okręty, ale też przybijały statki z osadnikami. Schodzący na ląd marzyli o skrawku własnej ziemi, która mogłaby wyżywić ich rodziny, a na którą w rodzinnych Niderlandach nie mieli szans. Tu ziemi nie brakowało, urodzajnej i przyjaznej. Z czasem wprowadzono prawo mówiące o tym, że każdy osadnik może mieć tyle ziemi, ile od wschodu do zachodu słońca zdoła objechać na koniu. Kapsztad urósł do rangi jednego z największych i najbogatszych portów kolonialnych, wokół miasta powstawały kolejne farmy i miasteczka. Choćby Stellenbosh z okalającymi je winnicami. Uniwersyteckie miasteczko z uroczymi zaułkami, placami, alejami. Dojrzewające w słońcu winogrona i… pola słoneczników nieodparcie przywodziły mi na myśl europejskie miasteczka. Podobnie jak chłodna bryza znad oceanu. Siedemnastowieczni przybysze musieli się tu czuć jak w raju. Tym bardziej że uprawą ziemi… zarządzali. Na farmach pracowali niewolnicy: Mężczyzn, będących obywatelami tego kraju, rzadko widuje się na zewnątrz. Zazwyczaj przesiadują w domu, roznegliżowani, spędzając czas na paleniu tytoniu i wałęsaniu się z pokoju do pokoju. Po obiedzie zażywają drzemkę indyjskim zwyczajem, a wieczorem grają partyjkę kart. Nie będąc amatorami lektury, są bardzo nieoświeceni i niewiele wiedzą nawet o tym, co się dzieje w innych częściach świata... – pisał w swojej relacji holenderski admirał Stavorinus. Tymczasem właśnie w tych „innych częściach świata” zapadły decyzje, które na zawsze zmieniły historię Republiki Południowej Afryki i Burów. Wojny napoleońskie wbrew naszym wyobrażeniom nie dotyczyły tylko Europy. Objęły cały „zglobalizowany” już wówczas świat. I tak w 1806 r. brytyjska flota zajęła Kapsztad, strategiczny punkt na kolonialnej mapie świata. Po kongresie wiedeńskim w 1815 r. Anglicy… odkupili od Holendrów Kolonię Przylądkową. Wraz z Burami oczywiście.


 

Jadą wozy

Nowa administracja oznaczała nowe prawa – zniesienie religii państwowej, jaką był kalwinizm, wprowadzenie obowiązkowego języka angielskiego do szkół i w końcu w 1833 r. zniesienie niewolnictwa. Tego było Burom zbyt wiele. Język, który dziś jest przedmiotem badań naukowych, bo afrikaans jest najbliższy XVI-wiecznemu holenderskiemu, oraz religia były podstawą ich tożsamości. Niewolnictwo zaś podstawą ekonomicznego bytu i dostatniego życia. Mieli wprawdzie przyznane odszkodowania za wyzwolonych niewolników, ale po pierwsze, by je otrzymać, należało… udać się do Anglii, co było w zasadzie nierealne, a po drugie Burowie wyliczyli, że proponowane im kwoty pokrywają najwyżej jedną trzecią poniesionych strat. Opuszczamy kolonię w pełnym przekonaniu, że rząd angielski (…) pozwoli nam rządzić się samym bez swojej ingerencji – stwierdził Piet Retief, który stanął na czele jednej z grup wędrowców. Przez dwa lata Burowie zastanawiali się nad przyszłością. Wybór był desperacki. Za granicami kolonii roztaczał się obcy świat i czaiły nieznane niebezpieczeństwa. Kiedy Burowie całymi rodzinami i z całym dobytkiem wyruszali w drogę, wnętrze Afryki nie było jeszcze znane. Czasy myśliwych, safari i wielkich odkryć miały dopiero nadejść. Wędrowcy byli więc prawdziwymi pionierami. Nazwali sami siebie trekerami i dzięki nim słowo „trek” weszło do światowego języka. Mamy wyprawy trekingowe i trekingowe buty. Tymczasem owo słówko w języku afrikaans z podróżowaniem i trudnymi wyprawami nie ma nic wspólnego. Oznacza po prostu „ciągnąć”. Trek polegał bowiem na ciągnięciu wozów. Przez woły, a czasem przez ludzi. Wozów okrytych płótnem, z drewnianymi kołami wzmacnianymi metalem. Wozów, które stały się na długie lata domami, a na wieki symbolem kształtującym tożsamość Republiki Południowej Afryki.

Smocze łzy

Ja, w przeciwieństwie do XIX-wiecznych wędrowców, wiedziałam, co mnie czeka w drodze. Teoretycznie… Kiedy bowiem zobaczyłam Drakensberge, czyli Góry Smocze, mina mi zrzedła. Smoczymi nazwano je dlatego, że całe pasmo z oddali wygląda jak… ogon smoka. Z gigantycznymi skalistymi wypustkami, łuskami rozpadlin, zdradliwymi zakamarkami, gdzie o choćby kropli wody nie ma co marzyć. Z pewną dumą, a jednocześnie z zabobonnym niemal lękiem południowoafrykańscy przewodnicy mówią, że zimą w tych górach pada śnieg.

Trekerzy dotarli do nich zimą. Wierzyli, że za ich łańcuchem kryje się ziemia obiecana. Grupie dowodzonej przez Hendrika Potgietera drogę zagrodziła rzeka. Zdecydowali, że kobiety i dzieci zostaną w obozie na skarpie nad rzeką pod opieką nielicznych mężczyzn, a reszta wyruszy poszukać przeprawy. Niemal natychmiast wyprzężono zwierzęta, a wozy ustawiono w lager – obronny czworobok. Dla afrykańskich plemion taka „fortyfikacja” była niemal nie do zdobycia. Kobiety wypakowały woreczki z nasionami. Ziemia została zaorana. Takie „przerwy w podróży” były znakomitą okazją do uzupełniania zapasów. Warzono piwo z prosa i jęczmienia. Wlewano do beczek, które podczas podróży były balastem gwarantującym stabilność wozów. Łatano porwane płachty pełniące funkcję dachu nad głową. Życie w obozie kwitło i z każdym mijającym dniem nabrzmiewało niepokojem. A w końcu smutkiem, bo wszyscy stracili wiarę w to, że zwiadowcy kiedykolwiek wrócą. Postanowili bez nich ruszyć w dalszą drogę. Rzekę, nad którą stał obóz, nazwali Treur – rzeką smutku. Jakaż była radość i zdumienie, kiedy kilka dni później nad inną małą rzeczką spotkali wracających z dobrymi wieściami zwiadowców. Rzekę nazwano więc Blyde – rzeką szczęścia. I rzeczywiście szczęście przyniosła lata później… poszukiwaczom złota. Pilgrims Rest za sprawą bogatego złoża stało się ich stolicą. W tutejszym muzeum ze zdumieniem oglądałam dyplom dla… płukaczy złota ze Złotoryi. W Pilgrims Rest nadal bowiem odbywają się konkursy poszukiwaczy tego kruszcu. Dla sportu. Złoża bowiem dawno się skończyły, poza tym te najbogatsze odkryto w Gautengu – krainie, która stała się dla Burów ziemią obiecaną.

Jednak by ją zdobyć, nie tylko trzeba było przeprawić się przez góry Drakensberge. Za nimi faktycznie rozciągają się żyzne pastwiska. Te jednak w czasach, kiedy zobaczyli je trekerzy, należały do Zulusów. Wędrowcy nie chcieli wojny. Ziemię chcieli po prostu kupić. Piet Retief spodziewał się trudnych negocjacji z zuluskim królem – Dingaanem. Gotów był na wiele ustępstw, nawet to, że przed wejściem do stolicy – uMgungundlovu – zgodził się zostawić broń. Takie były zuluskie prawa.

uMgungundlovu było gigantycznym „miastem”. Tworzyły go tysiące okrągłych glinianych chat krytych trawą. Zaledwie kilka z nich zostało zrekonstruowanych. Dlatego współczesne uMgungundlovu jest puste i ciche. Ma jedynie dawać pojęcie, jak mogła wyglądać stolica zuluskiego króla, który był bratem słynnego Czaki. – Pochyl głowę – przestrzegał przewodnik, kiedy chciałam wejść do jednej z chat. Nie musiał mówić. Wejście było tak niskie, że nie sposób było postąpić inaczej.

Dingaan jak ognia bał się skrytobójców. W końcu on sam osobiście zabił swojego brata Czakę i przejął tron. Drzwi musiały być niskie, bo ktoś przygięty do ziemi nie może od progu zaatakować. Piet Retief nie znał jednak historii Zulusów. Propozycja króla bardzo go ucieszyła. Nie chciał pieniędzy. Oczekiwał jedynie, że biali przybysze odzyskają bydło skradzione przez jedno z niezależnych plemion, którego zuluska armia przez wiele miesięcy odzyskać nie mogła. Sprawa okazała się najprostsza na świecie, Retief użył podstępu, uwięził wodza i Dingaanowi upragnione bydło przyprowadził.