Nowe miejsca najlepiej zwiedzać z ich mieszkańcami. Z tym że ta zasada w Walencji się nie sprawdza. Nie w dniach 18 i 19 marca, podczas największego święta, Las Fallas. Wtedy Walencjanom w głowach tylko płomienie.

Karykatury hiszpańskich polityków, aktorów, celebrytów. Ale też Obama, elfy, wróżki i dżin z lampy… Jest ich z 700. Wykonane z papier mâché i tworzyw sztucznych, ogromne, kilkumetrowe stwory. Na dodatek ustawione jeden na drugim, tworzące piramidy o wysokości nawet 30 m. O figurach i imprezie „w płomieniach” słyszałam wielokrotnie od znajomych, Sergiego i Eli. Że to wyjątkowe święto, i wyjątkowe miasto... W końcu więc jestem, dzień przed wielkim finałem Las Fallas. Przyjaciele obiecują oprowadzić mnie po okolicy, ale na razie zdradzają, o co w tym wszystkim chodzi.

Wieki temu walencjanie podzielili się na bractwa, tzw. casal falleras. I to one ze sobą rok w rok rywalizują: które z nich wystawi ładniejsze postaci, komu uda się zwerbować lepszych projektantów… Aby zgromadzić pieniądze na papierowe olbrzymy, członkowie poszczególnych bractw dobrowolnie się opodatkowują. Najbogatsze, jak Campaner czy Pilar, stać potem na wystawienie figur nawet za 600 tys. euro. Wszystko po to, żeby 19 marca poszły z dymem. Na powitanie wiosny!

Nie chcę odrywać moich przyjaciół od robienia zdjęć figurom. Zmywam się więc i na własną rękę zwiedzam Walencję. Ponoć wszystko jest tu w zasięgu spaceru. Obieram azymut na katedralną wieżę Micalet. W wąskich uliczkach, wzdłuż których wznoszą się wysokie średniowieczne, renesansowe i modernistyczne kamienice, tracę ją z oczu. Dlatego szybko się poddaję i idę po prostu do przodu. W ten sposób trafi am na plac Almoina, z sadzawką pośrodku. Wzdłuż jej brzegów stoi kilka osób, którzy uporem czegoś w jej głębi wypatrują.

Przyszłości? Zamiast lustra wody szklana tafla, a pod nią rozciąga się 2500 m2 przeszłości, czyli ruiny rzymskiej i arabskiej Walencji. Kupuję bilet do Museo de la Almoina i przez godzinę spaceruję ulicami starożytnego miasta.

Aby dotknąć starożytności, można też iść do katedry. Najpierw wznosiła się tu rzymska świątynia. Po przyjęciu chrześcijaństwa stała się kościołem. Przez kilkaset lat arabskiej obecności służyła muzułmanom za meczet. Chrześcijanie wrócili tu po raz pierwszy w 1094 r. dzięki Cydowi. Jego panowanie nie trwało długo. Ostateczny cios Arabom zadał dopiero król Jaume I, zajmując miasto w 1238 r. Po rekonkwiście budowla po raz kolejny została przywrócona chrześcijaństwu. Podobny los spotkał większość meczetów. Wciąż jeszcze w bryłach staromiejskich kościołów można dostrzec islamskie akcenty – charakterystyczne łuki, wieże przypominające minarety.

Przy katedrze w każdy czwartek zbiera się Trybunał Wodny. Od czasów króla Jaume przed Wrotami Apostołów „ośmiu sprawiedliwych” rolników rozprawia w języku walencyjskim, wciąż używanym przez rodowitych walencjan. Przypomina nieco kataloński, więc jedynie Katalończycy – oprócz mieszkańców Walencji i okolic – rozumieją wydawane tu wyroki. Dotyczą one nawadniania pól ryżowych otaczających miasto. To ważna sprawa, bo jak twierdzą walencjanie, na tych polach rośnie najlepszy na świecie ryż do paelli. Potrawa z ryżu z dodatkiem mięsa, ryb, owoców morza i warzyw urosła do rangi narodowego dania Hiszpanii. Mało kto wie, że pochodzi właśnie z Walencji, której mieszkańcy wcale Hiszpanami się nie czują! Jak się robi paellę valencianę? Każdy kucharz ma swój jedynie właściwy przepis. O szczegóły nie zapytam ani Eli, ani Sergiego, bo zaraz by mnie prowadzili do swoich ulubionych knajp. A tam biesiada do późnego wieczora… Dlatego spuszczam głowę i modlę się, by nie spotkać na ulicy nikogo znajomego. Ryzyko jest olbrzymie, bo właśnie zbliżam się do plaza de la Reina, a podczas Las Fallas to tu prowadzą wszystkie drogi.

Słowo „punktualnie” w Hiszpanii zazwyczaj jest traktowane dość elastycznie, ale w przypadku la mascleta, czyli pokazów pirotechnicznych, walencjanie mentalnie łączą się z zegarem atomowym. Pierwszy strzał rozlega się punkt 14.00! Największe fajerwerki odpalane są na placu del Ayuntamiento. Po kilku minutach strzelania dym szczelnie zasnuwa niebo. Za chwilę strzały rozlegają się we wszystkich częściach miasta, bo każde bractwo odpala swoje ładunki.

Petardy eksplodują również na plaza de la Reina, gdzie trwają ostatnie przygotowania do procesji. O 16.00 zaczynają się tu schodzić członkowie bractw z naręczami kwiatów. Rzucą je następnie pod stopy olbrzymiej figury Matki Boskiej. Członkowie wszystkich casal falleras są ubrani w tradycyjne stroje. Ten kobiecy powinien składać się z jedwabnej spódnicy ze sztywną halką, gorsetu i trzewiczków. Wszystko wyszyte w kwiaty. A im więcej jest w tym złota i cekinów, tym lepiej. Kompletny strój kosztuje co najmniej 2 tys. euro – o ile sukienka zrobiona jest z taniego materiału. Ale pamiętajmy – jesteśmy w Walencji – mieście, które swoje bogactwo zawdzięcza handlowi jedwabiem. Dlatego szanujące się mieszkanki paradują w stroju wartym nawet 10 tys. euro i więcej.

Dzięki dochodom z obrotu jedwabiem miasto otoczyło się najpotężniejszym w Europie murem. Przetrwał wiele wojen i oblężeń praktycznie bez szwanku. Strawił go dopiero XIX-wieczny pogrom średniowiecznych obwarowań. Ocalały jedynie dwie bramy: Torres de Serranos (z końca XIV w.) i Torres de Quart (z XV w.). Odchodzące od nich ulice Quart i Serrano wyznaczają granice artystycznej dzielnicy El Carmen. Kamienice są tu może nieco mniej zadbane, uliczki bardziej ciasne i poplątane, ale klimatu nie da się porównać z żadnym innym miejscem Walencji. Po rekonkwiście w El Carmen przebywali ostatni muzułmanie. Z biegiem stuleci okoliczne domy popadały w ruinę, a reputację jej mieszkańców znacząco zaniżał przebywający tu element kryminalny – drobne łotrzyki i prostytutki. Dopiero w XX w. coś zaczęło się zmieniać. Do zniszczonych i tanich posesji wprowadzili się artyści. Włóczę się od knajpki do knajpki z flamenco, od galerii ze sztuką do galerii z biżuterią. Wszystkie zatłoczone, wszystkie z klimatem.




Ulice toną w kolorowych światłach, trafiłam na calle Cuba i Sueca. To zakątki najbogatszych bractw, biedniejsze stać jedynie na symboliczne oświetlenie. Co nie znaczy, że na ich uliczkach nic się nie dzieje! Trudno zliczyć, ile zabaw odbywa się dziś w nocy – w barach, na ulicach, w namiotach.  O północy w całym mieście strzelają fajerwerki. Największy z pokazów sztucznych ogni odbywa się właśnie dziś w nocy, czyli 18 marca.

W każdy inny dzień mogłabym bawić się do rana, a potem spać do południa. Ale jutro o godzinie 8 rano padnę ofiarą tradycyjnej pobudki zwanej la desperta. Wykona ją maszerująca po ulicach orkiestra lokalnego bractwa.

19 MARCA Po takiej dawce hałasu z samego rana wiem, że będę potrzebowała ciszy. Może znajdę ją nad rzeką? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu przez Walencję przepływała Turia. Rzeka, zazwyczaj spokojna i leniwa, co kilka lat występowała ze swego koryta. Miarka przebrała się w 1957 r. Podczas powodzi woda zalała miasto, w niektórych miejscach do wysokość nawet 5 m. Setki osób straciły życie, mnóstwo domów zostało zniszczonych. Wówczas zapadła ostateczna decyzja, by rzekę wyprowadzić poza Walencję. Udało się. Teraz, jeśli ktoś chce sfotografować się z Turią, musi udać się na plaza de la Virgen, gdzie w 1976 r. odsłonięto fontannę Rzeka Turia. Z tym że walencjanie wyobrażają ją sobie jako dobrze zbudowanego mężczyznę. Otacza go osiem kobiet symbolizujących kanały, którymi doprowadzana jest woda na pola. Po prawdziwej Turii pozostało 9 km żyznego dna. Powstał tu wielki pas zieleni – parków, galerii, terenów sportowych. Jednym słowem…

... CulTuria. Tak bowiem nazywa się cały projekt zagospodarowania starorzecza. Na początek Bioparc, czyli nowoczesne zoo. Wybiegi są przestronne, bardzo rzadko odgrodzone kratami czy szkłem. Prawdziwymi gwiazdami są lemury. Siadam na ławeczce,  a nade mną drzemie jeden ze zwierzaków. Kilka następnych leniwie przechadza się po alejce między zwiedzającymi.

Zaraz po wyjściu z parku dopada mnie bardzo silny prąd. Prąd sztuki nowoczesnej! Porywa i niesie obok rzeźb, licznych pawilonów artystycznych, łuków mostów, które teraz, na sucho, otrzymały nowe życie jako oryginalne ozdoby ogrodowe. Kilka  z nich udekorowano kwiatami, przez inne przebijają się palmy. W końcu docieram do ultranowoczesnego  Miasteczka Sztuki  i Nauki. Kosmiczny projekt Santiago Calatravy przeniósł Walencję w XXI w. Budowle jednym kojarzą się z hełmami kosmitów, inni widzą w nich krążowniki międzygalaktyczne. Dla mnie to niezwykła porcja doskonałej architektury. Wzniesienie całego miasteczka miało kosztować 150 mln euro. Mistrz Santiago Calatrava słynie jednak z potknięć przy robieniu kosztorysów swoich budowli. Inwestycja po 16 latach zamknęła się w 1282 mld euro, czyli kosztowała 8,5 razy więcej, niż przewidywano. Dla dobra miasta i turystyki przymknięto oko na tę drobną różnicę. Jednak po kilku większych ulewach w prasie zawrzało, że za taką cenę budynki mogłyby przynajmniej nie przeciekać!

– Nie trać na nie czasu! Idź od razu do Oceanografic! – Sergi sam do mnie dzwoni. Nie słucham się go i najpierw oglądam mało ciekawy film, a potem zwiedzam muzeum nauki. Po kilku godzinach przyznaję: Sergi miał rację. Gdybym od razu, tak jak radził, weszła do oceanarium, mogłabym spędzić chwilę w najdłuższym podwodnym tunelu w Europie, oglądając krążące nad głową niczym u-booty rekiny żarłacze. Cóż, następnym razem.

Przyjaciele dzwonią: – Gdzie jesteś?  Przecież za chwilę rozpocznie się Nit de la Crema, finał Las Fallas! W takim momencie nie mogę ich opuścić! O godz. 22 podpalone zostaną mniejsze figury. Dwie godziny później z dymem pójdą większe. O 1.00 w nocy wszyscy przejdą na plaza del Ayuntamiento. Tam, na balkonie ratusza, Fallera Mayor, czyli miss bractwa, które wygrało konkurs na najbardziej spektakularną papierową figurę, da hasło do rozpoczęcia wielkiego pokazu sztucznych ogni. To od nich zajmie się największa papierowa piramida ufundowana przez władze Walencji. W jakim innym mieście z taką pompą puszcza się z dymem pracę kilku tysięcy osób? Piękniejszej katastrofy nie mógłby sobie wymarzyć nawet Grek Zorba!

WALENCJA - NO TO W DROGĘ

CZAS: 2 DNI

KOSZT:
2 TYS. ZŁ (W TYM BILET LOTNICZY)

INFO

Położenie: W Hiszpanii, nad Morzem Śródziemnym.

Ludność: ok. 800 tys.

Język: hiszpański (kastylijski) i valenciano (walencyjski) – zbliżony do katalońskiego.

Waluta: euro; 1 euro = 4,4 zł.


Przez cały rok, choć najciekawiej jest w marcu. Wtedy dni są zazwyczaj dość ciepłe (13–18°C), ale wieczorami robi się chłodno. W hiszpańskich domach przeważnie nie montuje się centralnego ogrzewania.

Nie ma bezpośredniego połączenia lotniczego z Walencją. Odpowiednio wcześniej zarezerwowany bilet z jedną lub dwoma przesiadkami kosztuje ok. 1 tys. zł.

Można też dolecieć tanimi liniami do Barcelony (od 600 zł), a następnie pociągiem (od 22 do 44,60 euro w jedną stronę). Latem kursują czartery do Alicante.

W Walencji doskonale działają komunikacja autobusowa oraz metro. Mapki z przystankami i stacjami dostaniemy w punktach informacji turystycznej. Przy okazji poprośmy również o mapkę Valenbisi, www.valenbisi.com. Ten miejski system wypożyczania rowerów cieszy się olbrzymią popularnością. Stanowiska z rowerami oraz terminale, gdzie można kupić kartę (10 euro za tydzień), rozsiane są  po całym mieście.

Hotele z sieci Husa (od 56 euro za noc), www.husa.es.

Apartamenty: www.waytostay. com, www.friendlyrentals.com. Przykładowa cena: apartament Flora Quart, w którym może zamieszkać do 6 osób, kosztuje 55 euro za noc. Barceló Valencia, www.barcelo.com, od 54 euro za pokój.

Za paellę zapłacimy od ok. 17 euro. W barach i restauracjach, np. Casa Roberto (c/Maestro Gozalvo 19, www.casaroberto.es), zjemy obiad za blisko 30–70 euro.

Nigdzie nie ma lepszych oliwek, serów i gotowych tapas jak na Mercado Central. Na stoiskach cukierniczych sprzedawane są tradycyjne walencyjskie wypieki. Dostaniemy tu też turrony, czyli hiszpańskie nugaty krojone z bloku na wagę.

Podczas Las Fallas trzeba spróbować smażonych na głębokim tłuszczu churros, czyli podłużnych paluszków, i bunuelos – smażonych na głębokim tłuszczu kulek z ciasta dyniowego. Obydwa smakołyki serwowane są z sosem czekoladowym.