Coraz bardziej trendy, ale jeszcze nie zepsuta masową turystyką. Miotająca się między piekłem najnowszej historii a rajem ciągle nieskażonej natury. Ostatnio wieją dla niej pomyślne wiatry. Mieszkańcy Kambodży spieszą się, jakby chcieli zostawić przeszłość za plecami.

Kocimi ruchami przebiegła przez dziedziniec, wskoczyła na kamienny mur świątyni z orientalnymi freskami przerośnięty korzeniami gigantycznego drzewa. Po czym wdała się w śmiertelną walkę wręcz. Lara Croft, przystojna pani archeolog w ciele Angeliny Jolie – jej kilka szybkich ciosów wystarczy, by przeciwnicy pokotem leżeli na ziemi. Nie czekając, aż przybędą wrogie posiłki, kobieca wersja Indiany Jonesa zeskoczyła na ziemię i... grunt się pod nią rozstąpił. Lecąc z naszego Angkoru, wylądowała wprost w halach Paramount Pictures w Hollywood, gdzie nakręcono dalsze sceny filmu Tomb Raider – mówi przewodnik.

Historia powstania hollywoodzkiego hitu kręconego w ruinach kambodżańskiej świątyni i inspirowanego tajemnicami tego miejsca jest żelaznym punktem każdej wycieczki po Angkorze.

Nic dziwnego, że Angkor rozpala wyobraźnie scenarzystów i turystów – wygląda, jakby był nie z tego świata. Pierwszy raz zobaczyłem go jeszcze przed świtem. Ogromny zespół pałaców i świątyń. Długie rzędy kolumn, wielopiętrowe, kaskadowe kamienne konstrukcje. Gigantyczne twarze bogów wykute w omszałych piaskowcach. Setki budowli. Największe otoczone niewiarygodnie szeroką fosą porośniętą kwiatami. Każdy detal konstrukcji ma znaczenie symboliczne, religijne. A całość w samym sercu gęstej dżungli... „Sceneria niczym z kanonu literatury podróżniczej” – pomyślałem, czekając, aż opadną opary mgieł, które potęgowały jeszcze wrażenie, jakie robiły wyłaniające się wysokie wieże świątyń.

Przyjechałem tak wcześnie, że jeszcze nie było turystów. Pałace emanowały spokojem. Wewnętrzną harmonią. Pięć wielkich wież, znanych z flagi Kambodży, dopiero z wolna zalewało światło świtu. Ruszyłem w ich kierunku szerokim kamiennym mostem.

Owoce związków bogów

Nazwa Angkor pochodzi od sanskryckiego słowa oznaczającego miasto. Do dziś w używanym w Kambodży języku khmerskim znaczy „stolica” lub „święte miejsce”. Leżący kilka kilometrów od miasta i lotniska w Siem Reap na północnym zachodzie kraju zespół pałaców, świątyń i pozostałości zabudowy miejskiej, zwany Angkor, jest największym skarbem Kambodży – o ile nie całych Indochin. Miejsce to przez pół milenium było stolicą najpotężniejszego królestwa południowo-wschodniej Azji – Imperium Khmerskiego.

Jeśli wierzyć legendzie, jego budowa rozpoczęła się od  wygnania z dworu w Delhi hinduskiego księcia Preah Tonga przez ojca. Bezdomny arystokrata napotkał na piaszczystej plaży na wybrzeżu oceanu piękną córkę króla węży, w której zakochał się bez pamięci. Jej ojciec podarował młodym wyłaniający się z wody ląd zwany Kambudżą, na którym wznieśli Angkor. W innych wersjach legendy księcia zastępuje bramin lub maharadża, który poślubia bóstwo wodne – nagę, lub boginkę mgieł, chmur i wody – apsarę. Miejsce wyłonienia się świętego lądu wskazuje rzucona włócznia, a synowie zrodzeni z tego boskiego związku nazywani są Kambudża.

Z badań archeologów i historyków wiadomo, że pierwsze budowle stolicy powstały w 802 r., w czasach panowania króla Dżajawarmana II. Najwspanialszą z nich – Angkor Wat, do której idę kamiennym mostem przerzuconym nad porośniętą lotosami szeroką na 200 m fosą, wzniesiono na początku XII w. Budowa trwała prawie 40 lat. Jej nazwa znaczy „miasto, które stało się świątynią”. – Ale właściwie powinno się ją nazywać dziełem sztuki, w którym bogowie pozwolili bywać ludziom – mówi samotny przewodnik czekający na turystów, którego spotykam na pustym jeszcze moście. Im jestem bliżej, tym bardziej doceniam słowa staruszka. Każdy filar, każda kamienna płyta, rzeźby smoków, lwów i węży, każda ozdóbka zwieńczająca kamienną poręcz wygląda tak, jakby z rąk wypuścił ją nie kamieniarz, a jubiler. Wejście do świątyni zdobią apsary – półnagie boginki tancerki o tak rozkołysanych biodrach, jakby chciały natychmiast zerwać się do płynnych, ceremonialnych tańców. Każda z dwóch tysięcy kobiet przedstawionych na reliefach w Angkor Wat ma inne rysy twarzy – inne oczy, inne usta. Na głowach noszą ozdoby, które wyrażają nie tylko przepych królestwa Angkoru, ale i wielką dbałość o piękno i oryginalność. Próbuję sobie wyobrazić to miejsce w szczycie swojej średniowiecznej świetności – kiedy ulicami zabudowanymi drewnianymi domami, zapewne zdobionymi z równą pieczołowitością, przejeżdżały wozy zaprzężone w słonie, orszaki królewskie w otoczeniu dostojników i mnichów...

Angkor Wat jest największą na świecie budowlą religijną. Na powierzchni 200 ha Khmerowie stworzyli model hinduistycznego Wszechświata, miasto, stolicę, ale przede wszystkim świątynię poświęconą bogowi Wisznu. Jej ciągnące się setkami metrów ściany pokrywają kamienne reliefy przedstawiające sceny bitewne z walk ludzi i bogów, wyobrażenia zdarzeń historycznych, a nawet wizje nieba i piekła. Na każdej z nich tysiące postaci prawie naturalnej wielkości, a każda o innej twarzy, w unikalnej pozycji. Patrząc na rozmach, z jakim 5 tys. rzemieślników i 50 tys. robotników wzniosło Angkor Wat, o grunwaldzkim dziele Matejki można pomyśleć jak o miniaturce.