W Toskanii najważniejsze są tradycja i lokalność. Dlatego wiele miejsc nie zmieniło się tu od pokoleń.

Wysoki, zamyślony, w klasycznym prochowcu i kapeluszu, siedział przy stoliku w rogu i dyskretnie obserwował. Być może układał w głowie historie: przystojnych playboyów, ekscentrycznych pisarzy i neurotycznych arystokratek, których później uwieczniał w swoich filmach – w końcu nie brakowało ich w całej okolicy Caffe Poliziano w cichym toskańskim miasteczku Montepulciano. Prawdopodobnie dlatego legendarny dziś reżyser Federico Fellini, kiedy robił sobie przerwę od ukochanego Rzymu, wpadał na kawę właśnie do tej kawiarni, słynnej wśród włoskiej bohemy w zasadzie od zawsze, a więc od roku 1868 r.

Dobrze czuł się wśród rzeźbionych żyrandoli, antycznych mebli i obrazów sprzed lat – każdy przedmiot to przecież kolejna opowieść. W tym otoczeniu ja również czuję się niemal jak gwiazda filmowa, zwłaszcza że mieniące się w słońcu wzgórza mogłyby być równie dobrze elementem filmowej scenografii (w rzeczywistości to malownicza Val d’Orcia).

Jakby dopasowując się do tego nastroju, kelner pojawił się niemal bezszelestnie, podając teatralnym ruchem kolejne przysmaki: ribollitę – tradycyjną zupę z fasoli i toskańskiego chleba, ser pecorino, suszone figi i orzechy. I kieliszek wina. Nie przypominam sobie, żebym zamówiła wino, więc patrzę na niego pytająco – w końcu jest dopiero południe. – Nigdy nie jest za wcześnie, żeby dobrze zacząć dzień – oświadcza. A ja mam wrażenie, że uczestniczę w filmowej scenie równie surrealistycznej jak niektóre filmy Felliniego.

 
Rytuały mistrzów

Zamiast stresować się faktem, że moja lista „do zobaczenia” jest niemal tak długa jak Autostrada Słońca, zamierzam się wyluzować. Kiedy tylko wychodzę poza utarty szlak, obok zabytków i zgiełku obserwuję prawdziwe życie, gdzie rytuał jest świętością: w zacienionych bramach dwóch chłopaków w koszulkach ulubionych drużyn piłkarskich kłóci się ze sobą, żywo gestykulując, sąsiadki przekrzykują się, wieszając pranie na linach między okiennicami, a szpakowaci panowie przerzucają strony dziennika Corriere della Sera przy filiżance kawy.

W samo południe okiennice sklepów są już zasunięte, bo nadchodzi najważniejsza pora dnia – sjesta. Kiedy przechadzam się zawieszonymi w upale ulicami, obserwuję, jak przepasane fartuchami mammity stawiają na stole dzbanki z oliwą, panzanellę – sałatę z chlebem, z dodatkiem świeżych pomidorów, ogórków, cebuli i bazylii, i oczywiście pastę. W jednym z mieszkań dziecko próbuje dosięgnąć ciasteczek z migdałami stojących na wysokiej szafce, gdzie indziej starszy pan schyla się do telewizora, żeby podkręcić dźwięk. Słucham brzęku talerzy, dźwięku odkorkowywanych butelek, rozmów i śmiechu dzieci. Może się wydawać, że to esencja dolce far niente – słodkiego nieróbstwa – ale w rzeczywistości to dziedzictwo pokoleń.

Bo w Toskanii najważniejsza jest tradycja, a przerwa w pracy jest jej nieodłącznym elementem. Po sjeście wszyscy wracają do zakładów i sklepików, w których rzemiosło przechodzi z pokolenia na pokolenie. Najlepiej widać to w małych miasteczkach, dlatego właśnie tam warto po prostu dać się ponieść.

Błądząc po uliczkach średniowiecznego Anghiari, docieram do zakładu tkackiego Busatti, który funkcjonuje tutaj od 1842 r., a właściciel – Giovanni Sassolini Busatti – reprezentuje… ósmą generację zajmującą się wyrabianiem najwyższej jakości tkanin. Malutka „fabryka” w piwnicy XVI-wiecznego palazzo wygląda jak na początku XX w., kiedy sprowadzono tu maszyny tkackie z Anglii. Wełna jest tkana tradycyjnymi sposobami, a tekstylia wyszywane ręcznie. Z kolei w maleńkiej Colle di Val d’Elsa mieszkańcy do perfekcji opanowali sztukę produkcji szkła i kryształów, którą praktykują od… XIV w. Można się tu natknąć na tradycyjne warsztaty, gdzie nadal wydmuchuje się szkło dawnymi technikami. Nawet w majestatycznej Florencji z eleganckimi butikami sąsiadują miniaturowe zakłady rzemieślnicze: stolarze heblują stoły, lalkarze ozdabiają strugane ręcznie drewniane zabawki, a na kołach garncarskich powstają ceramiczne cudeńka. Na swój raj natykam się przy Via della Scala – już przed wejściem do renesansowej kamienicy czuję zapach bergamotki, wanilii i pomarańczy, a w środku jest jeszcze lepiej: półki pod ozdobionym freskami sufitem pełne są balsamów, mydeł i perfum sporządzanych według dawnych receptur. A nawet bardzo dawnych, bo Officina Profumo Farmaceutica di Santa Maria Novella została założona w 1612 r. i jest jedną z najstarszych perfumerii na świecie. Oszołomiona nieskończonymi możliwościami wyboru (lub zapachem piżma) wychodzę z tego miejsca pokus zaopatrzona w ekstrakt z lawendy i kostkę mydła, w którym zatopiony został kwiat róży.

 

Rodzina przede wszystkim

I chociaż wydaje się, że toskańskie życie to sielanka, doskonałość narodziła się tutaj w wyniku krwawych potyczek. Nie tylko w Sienie panujące rody rywalizowały ze sobą, główna rozgrywka miała miejsce w stolicy. U schyłku XIV w. kupiec Jan Medyceusz założył dom bankowy, wskutek czego zaczął się szybko bogacić. A im więcej miał wpływów, tym więcej wrogów. Jego śmierć zapoczątkowała serię morderstw i spisków. W wolnych chwilach między knuciem Medyceusze zajmowali się sztuką – zamawiali dzieła u Michała Anioła, Leonarda da Vinci i Filippa Brunelleschiego; temu ostatniemu Kosma Medyceusz zlecił m.in. budowę kościoła rodowego – San Lorenzo.

Po tych czasach zostały w Toskanii wieże obronne. W sielskim San Gimignano rodziny Ardinghellich i Salvuccich w ramach udowadniania sobie, kto tu rządzi, budowały coraz wyższe gmachy zgodnie z zasadą „kto wyższą, ten lepszy”. W efekcie w czasach świetności w San Gimignano było aż… 70 wież, z których do dziś zachowało się 14. Na szczęście nie muszę się opowiadać po żadnej ze stron – jeśli przypadkiem Ardinghelli zabłądził pod wieżę Salvuccich, mógł liczyć na gorące przyjęcie – konkretnie: prysznic z rozgrzanej oliwy.

Rodziny jednoczyły się w tylko w jednej sytuacji – wspólnego wroga z zewnątrz. Na szczęście dziś jedynymi „najeźdźcami” są turyści. Włoskie miasta toczą o nich zażartą wojnę w konkurencji „przyrządzanie jedzenia”.
Chyba nie ma w Toskanii większej świętości niż prawdziwa uczta. „Wspaniała”, „czysta fantazja” – tak mówi się tu, nie tylko komplementując kobiety, ale określając… rodzaje sera mozzarella. „Przepiękny! Cudowny!”, zachwyca się z łezką w oku Dario Cecchini, czyli „Król Mięsa” z wioski Penzano, patrząc na leżący na blacie kawał wołowiny, który za chwilę zamieni się w najlepszy stek w całych Włoszech. Podziwiam jego umiejętności, kiedy marszcząc czoło, w skupieniu wykonuje zamaszysty ruch ostrym niczym samurajski miecz tasakiem. Mięso sieka w idealne plastry, skrapla oliwą, oprósza solą i pieprzem. To prawdziwy mistrz w przyrządzaniu bistecca alla fiorentina, za każdym razem wzruszony na widok swojego dzieła: steku szerokości dłoni. Gotowy stek jest soczysty, zawsze krwisty – pojęcie „dobrze wysmażony” wydaje się tu niemal obelgą.