Park Mużakowski to jeden z najpiękniejszych parków Europy i jedyny z Polski na liście UNESCO.

Jeżeli komuś zazdroszczę, to właśnie jemu. Nie dlatego, że miał wielki talent i pisał bestsellerowe książki. Powodem nie jest również to, że podróżował po świecie w czasach, gdy wszystko jeszcze było świeże i zadziwiające. Ja mu zazdroszczę pieniędzy, które wydawał na spełnianie szalonych marzeń. Kiedy książę Hermann von Pückler-Muskau wymyślił sobie, że będzie jeździł nago po swoich włościach, zainwestował w taki park, w którym mógł ucieleśnić każdą ekstrawagancję. Stworzył krainę, która do dziś zapiera dech każdemu, kto do niej wkroczy. 

Podoba mi się kluczenie poprzez tutejsze labirynty z roślin i odkrywanie tajemniczych zakamarków. Książę urodził się i mieszkał w Muskau, które po 1945 r. zostało rozdzielone granicą na dwie miejscowości po przeciwległych brzegach Nysy Łużyckiej: dziś po polskiej stronie leży Łęknica, po niemieckiej Mużaków. Razem są wielkim parkiem, w którym dwa państwa łączy most Podwójny. Twórca parku od maleńkości marzył o świecie idealnym. Jako dziecko został oddany przez rodziców do zakładu dla trudnych chłopców z wyższych sfer. Tam w ramach terapii miał uprawiać... działkę. Który chłopiec lubi sadzić, pielić i podlewać? Ale Pückler był inny, z czasem ogrodnictwo stało się jego wielką pasją. Przy uprawie warzyw dorastał buntownik i niespokojny duch. Po wielu młodzieńczych awanturach, kiedy ożenił się i odziedziczył po ojcu rodzinną posiadłość Muskau (1811 r.), zaczął kreować własny ogród. Wszystkie pieniądze inwestował w wizję, w której nie było miejsca na ograniczenia. Kupował ziemię i na prawie ośmiuset hektarach urządzał park, który miał wyglądać tak, jak stworzony przez naturę.

Wikimedia Commons

Park Mużakowski zaskakuje mnie za każdym razem. Wczesnym latem eksploduje kolorami, jesień przyprósza go złotem i czerwienią. Jego zwiedzanie na piechotę może zająć cały dzień, rowerem dwie–trzy godziny, ale spieszyć się nie należy. Zwiedzanie zaczynam od Łęknicy, gdzie na końcu ul. Wybrzeżnej stoi Wiadukt, rodzaj wjazdu do parku. Docieram do Arboretum, a następnie do Jeziora Skowronków. Stamtąd schodzę na Tarasy nad rzeką, z których widzę już zamek. Dla mnie najbardziej pociągająca jest polska część, nieoczywista, zaprojektowana tak, żeby ciągle czegoś się domyślać, bez przerwy szukać. Głazy w kręgu leżą tuż obok grupy wiekowych dębów, cieniste aleje prowadzą do małych oczek wodnych, nagle pojawia się mały wąwóz i kamienny mostek, do którego nie wiadomo z początku, jak dotrzeć przez labirynty krzaków. Za mostem Podwójnym, po niemieckiej stronie, wszystko staje się niemal kiczowate. Kanały z romantycznymi przejściami, wypielęgnowane łąki, plamy kwiatów, nic, tylko usiąść i malować, o ile oczywiście starczy talentu. Bonusem jest wizyta w zamkowym muzeum, a potem w niemieckim Mużakowie.

Zanim pójdę dalej, jeszcze raz przeglądam mapę parku. Hermann był mężczyzną wyjątkowo romansowym. Po ślubie oświadczył żonie, że ich związek będzie miał wolny charakter. Miewał kochanki, a kiedy skończyły mu się pieniądze na park, rozwiódł się i pojechał do Anglii szukać kolejnej bogatej żony. Awantury księcia zostawiły ślad w parku. Żonie poświęcił Szmaragdowe Jeziorko Lucie i Łąkę Łez. Ścieżka Słowika przypomina o związku z pewną śpiewaczką. Również inne, nadane przez księcia nazwy: Pogańska Dolina, Dęby Sióstr, Ogród Niebieski, Grób Nieznajomego czy Koniec Świata, działają na wyobraźnię. 

Tekst: Joanna Lamparska