Kobiety na Wyspach Trobrianda noszą najkrótsze w rejonie, ledwie zakrywające pośladki spódniczki, seks przedmałżeński jest nieskrępowany, a nocą latają... czarownice.

 

Sto lat temu na Wyspach Trobrianda  (Papua - Nowa Gwinea)  badania prowadził nasz rodak, ojciec współczesnych nauk społecznych Bronisław Malinowski. Dziś dociera tam Aleksandra Gumowska. „Kiedy przyjechałam tam pierwszy raz w 2009 r., poczułam się jak w środku jego czarno-białego zdjęcia, tyle że pokolorowanego”.

 

Czarownice Wysp Miłości

Czarownica jednoznacznie wskazała winnego: – Ten, który wkrótce nie wróci z wyprawy morskiej, będzie tym, który mnie okradł.

Nie wyróżniała się szczególnie – ot, kobiecina sprzedająca orzechy betelowe – miejscową używkę. Niestara, ale też niemłoda, z ujarzmioną na krótko fryzurą afro.

Kiriwińczycy, mieszkańcy niewielkiej Kiriwiny na Papui-Nowej Gwinei, wzięli jednak jej słowa na poważnie. Wiedzieli, że kobieta pochodzi z Kitavy, jeszcze mniejszej sąsiedniej wyspy w Archipelagu Trobrianda, ze znaczącą populacją wiedźm. 

Tydzień później z morza nie wróciło czterech młodych mężczyzn. Widziano ich, jak wiosłują w drodze powrotnej, a potem – jak płyną wpław. Nie dało się im pomóc, bo morze było zbyt wzburzone, wiatr zbyt silny. Turkusowe Morze Salomona na południowym Pacyfiku potrafi się gwałtownie zmienić w granatową otchłań. Miejscowe czółna wbrew pozorom radzą sobie lepiej niż kutry czy jachty: są lżejsze, łatwiej ślizgają się po falach i nie ma dramatu, jak trafią w rafę. Ale czarownica może wytworzyć wiatr, swoje fale, sprowadzić ciemne chmury, deszcz, żeby żeglujący nie znaleźli drogi. Potrafi usunąć wyspę, przenieść ją gdzie indziej.

Jednego z tych czterech pożarł rekin, trzej pozostali chcieli dopłynąć do wyspy, ale utonęli i wtedy pożarł ich rekin. – Ale nie prawdziwy żarłacz – szczupły, wyprostowany niemal 60-letni wuj Mulamada, emerytowany nauczyciel, robi pauzę, żeby spojrzeć mi prosto w oczy. Chodzi w koszuli, ale przewiązuje się w biodrach tradycyjną chustą – laplapem. Jest pewien, kto jest odpowiedzialny za śmierć tych czterech. – Czarownica ich pożarła. To pewne.

Czarownice żyją w świecie duchowym, mogą się zmieniać, w co chcą. Czy miała wystarczająco dużo mocy? Jest jeszcze młoda, są silniejsze od niej – wuj nie daje odpowiedzi.  Od człowieka, u którego czarownica mieszkała, wie, że ukradziono jej 100 kin (ok. 135 zł), trochę tytoniu i ryżu. Pieniądze niby niewielkie, ale na wyspach, gdzie 95 proc. ludzi nie zarabia pieniędzy, a żyje z tego, co wyhoduje w ogrodzie, znaczne. Wśród 38 tys. Kiriwińczyków gotówkę regularnie mają nauczyciele, pastorzy, nieliczni urzędnicy, sprzedawczynie trzech sklepów, pracownicy dwóch pensjonatów i szczęściarze, których odwiedzili krewni z miasta albo nieliczni turyści.

Miał być jeden złodziej, a na morzu zaginęło czterech – zwracam mu uwagę.

– Trzej pozostali nie chcieli z nim płynąć, ale ich zmusił – wuj nie wnika jak.

Skąd wiadomo, że nie chcieli?

Ich duchy wróciły i powiedziały.

To jasne, jakżeby inaczej? Chłopcy wypływali w tajemnicy i swoje telefony komórkowe zostawili w domach.

 

Malinowski płoszy

Sto lat temu badania na Wyspach Trobrianda prowadził nasz rodak, ojciec współczesnych nauk społecznych Bronisław Malinowski. Autor słynnego Życia seksualnego dzikich i Argonautów zachodniego Pacyfiku archipelagiem nie był zachwycony: monotonne przestrzenie porośnięte niskimi krzewami to bardzo trafne określenie.

W porównaniu z okolicznymi wyspami wulkanicznymi, z gorącymi źródłami i bujną dżunglą wapienna, koralowa Kiriwina jest przyrodniczo uboga i jednorodna. Jej mieszkańcy nie byli ludożercami ani łowcami głów, jak ludy z wyspy Ferguson, na którą płynęli zaginieni czterej chłopcy.

Ale już sto lat temu przyciągnęły badacza – tym, że kobiety nosiły najkrótsze w rejonie, ledwie zakrywające pośladki spódniczki, i tym, że seks przedmałżeński był nieskrępowany i wolny zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn. To przez Malinowskiego do Trobriandów przylgnęła nazwa Wysp Miłości.

Kiedy przyjechałam tam pierwszy raz w 2009 r., poczułam się jak w środku jego czarno-białego zdjęcia, tyle że pokolorowanego. Ściany domów były, jak wówczas, z liści bananowca, dachy – z długich liści pandanu. Żadnych toalet, studni, kanalizacji, prądu. Za to ciotki, jak sto lat temu, zachęcały swoje bratanice do seksu z jak największą liczbą chłopców, pojęcie dziewicy było zupełnie obce, a nocą latały czarownice. I nadal tak jest. Pomimo tego, że liczba chrześcijan na wyspie przekroczyła 50 proc., że stanął maszt telefonii komórkowej, że bywa telewizja satelitarna, jeżdżą samochody, nieliczni mają prąd z generatorów.

Za drugim razem przydzielono mi domek z liści z żelaznym dachem, który stał, jak pamiętają najstarsi mieszkańcy, dokładnie w miejscu namiotu Malinowskiego. Antropolog wypracował swój sposób na dodanie sobie otuchy w ciemne noce. Słyszał przecież te wszystkie historie o czarownicach, a w bezksiężycową noc na Kiriwinie jest naprawdę czarno. Nawet dziś niewielu stać na naftę do lampy, nie mówiąc o lampie na baterie.

Z wierzchołków palm albo mangowców dochodzą tylko odgłosy trzepania skrzydłami. Nietoperzy. Albo czarownic. Więc Malinowski, idąc nocą, śpiewał na melodię Cwału Walkirii Wagnera, jak się domyślam po układzie powtarzanych słów: „Całujże mnie w du-pę”.

Czterej chłopcy, których dosięgnęła zemsta czarownicy, płynęli po betel. Pierwszy raz usłyszałam o nich, gdy jak co dzień przyszłam na śniadanie do naczelnego wodza Wysp Trobrianda, Pulayasiego Daniela. Tam, zamiast rodziny i mnóstwa dzieci – bracia wodza i nieznajomy 25-latek, zamiast yamu i innych ugotowanych bulw na śniadanie – betel przechodzący z rąk do rąk. Taki pomarańczowy, przejrzały, twardy w środku, ale jeszcze ze skórą, która nie wygląda na zupełnie przegniłą. Wódz już miał usta czerwone od betelu zmieszanego z wapnem i strąkami gorczycy. Ostry, cierpki smak wykręcający gębę. Generalnie stymulujący, ale mnie akurat niemal zwalił z nóg. Na betonowym tarasie „nowoczesnego”, jak mówią, domu krytego blachą falistą dyskusja ożywia się proporcjonalnie do ilości zjedzonej używki.

Stracić życie dla betelu – kiwa głową chudy Urubabeba, najmłodszy brat wodza. Chcieli zarobić – na wyspie Ferguson roślina jest znacznie tańsza, ale czółnem to trzy dni drogi. Ile mieli lat? Na Trobriandach większość ludzi nie zaprząta sobie głowy datą czy rokiem urodzenia. Wystarczy powiedzieć, że dwóch z nich było żonatych, a dwóch jeszcze nie, więc pewnie mieli po 20 kilka lat. Nie byli dobrymi żeglarzami, a pogodę wybrali najgorszą z możliwych. 

Chłopak, który okradł czarownicę, był, jak się dowiaduję, z mojego klanu – Lukwasisiga. Mojego, bo przyjęła mnie do niego żona naczelnego wodza, nadając mi imię Kadamwasila, po swojej córce, ale też ulubionej żonie wodza z czasów Malinowskiego.

Widzisz, jesteśmy dzicy, tak jak napisał Malinowski – chichotał dyrektor wiejskiej szkoły. – Lubimy siedzieć, rzuć betel, palić, gadać. Nic nam więcej nie potrzeba. Zamiast czytać gazety, wypalamy je.

Jak tylko przyleciałam, wypytywano mnie, czy nie przywiozłam gazet. Na wyspie prasy nie można kupić, a do skrętów jest niezbędna. Palenie tytoniu to drugi po betelu poważny nałóg Trobriandczyków. 

 

W zwarciu z Jezusem

Wielokrotnie zwracano mi uwagę, że uszłam z życiem. Klan dyrektora szkoły, u którego gościłam i którego czółnem podróżowałam, od zarania dziejów przekazuje z pokolenia na pokolenie tradycję czarownictwa – więc trzeba z nimi grzecznie. Na innym czółnie śpieszyliśmy się, żeby czarownice nie dopadły nas w czasie nadciągającej burzy. Przy źródle oddalonym od wszelkich siedlisk ludzkich, gdzie odpoczywałam, lubią też odsapnąć podróżujące dusze wiedźm. Znów żadnej nie było. Być może, jak twierdził pastor, z którym wtedy szłam, jego się wystraszyły, bo jak twierdzą niektórzy, moc Jezusa może być silniejsza.

Czarownice wojują z Jezusem okazjonalnie (dużo częściej ze sobą nawzajem). Ale zdarza się. Moi współpasażerowie ze starej łodzi, którą płynęłam na główną wyspę Papui-Nowej Gwinei, widzieli znaki: wiatr silniejszy, niż być powinien, wzbierająca woda w komorze silnika, niedziałająca pompa, brak prądu. Wreszcie wyrżnęliśmy z impetem w rafę, a łódka omal się nie przewróciła do góry dnem. – Przy pięknej pogodzie! – wykrzykiwali. – Jak to inaczej wytłumaczysz?

Aleksandra Gumowska

 
WARTO WIEDZIEĆ

Dojazd
Samolotem do Port Moresby i stąd awionetką na Kiriwinę (ok. 6 tys. zł).

Nocleg
Dwa pensjonaty: Butia Lodge i Kiriwina Lodge. Miejscowi chętnie przyjmują do swoich skromnych domów.

■  Jedzenie
Podstawa pożywienia (i kultury) to yamy (pochrzyny) – włókniste wielkie bulwy raczej nijakie w smaku. Do tego ugotowane (zwykle bez soli lub na wodzie morskiej) ziemniaki, bataty, gumowate taro. We wsiach na wybrzeżu: ryby i owoce morza (langusty!).

 

___________________________

Właśnie trwa 10. edycja konkursu TRAVELERY. To najbardziej prestiżowe nagrody podróżnicze. Poznaj nominowanych: