Wzywa się go do narodzin, żeby dobrze ulokował dziecięcą duszę, a także do opętanych przez demony, bo potrafi je wygnać raz na zawsze. Lub gdy na twarzy pojawi się liszaj, aby przeniósł chorobę na zwierzęta. Albo by przepowiedział przyszłość, albo by nawiązał kontakt ze zmarłym.

W Tuwie, graniczącej z Mongolią autonomicznej republice Rosji, szaman odgrywa rolę kapłana, a także psychiatry, wróżbity, akuszera, lekarza pierwszego kontaktu. I tak jak w przypadku pogotowia, wystarczy po niego zadzwonić.

Telefon w szamańskim centrum dzwoni rzadko. Raz na kilka dni, czasem tygodni. Ale jeśli już, to z pewnością jest to sprawa bardzo ważna i niecierpiąca zwłoki. Dyżurujący szaman zakłada wtedy swój płaszcz z kolorowymi frędzlami, dzwonkami i lusterkami, dzięki którym może oglądać ludzkie dusze oraz patrzeć w przyszłość. Okrycie to chroni go przed duchami. Do tego buty ze skóry z zadartymi noskami, żeby nie ranić matki ziemi, i korona z piór, które   pomagają w locie w zaświaty. Zabiera   też szamańskie ziele zwane artysz, czyli gałązki jałowca. No i najważniejsze – bęben. Bez niego nic się nie uda. – Tuwińcy przyzwyczajeni są do czekania. Ja mniej. Denerwowałem się, że na dworze taka piękna pogoda, a ja tu,   w zamkniętym pomieszczeniu, oglądam z szamanami telewizję. Gdy w końcu ktoś dzwonił albo sam przychodził do centrum po pomoc, nie zawsze życzył sobie, żebym towarzyszył mu ze swoim aparatem. Czasami jednak się udawało   – mówi Stanislav Krupař, który tuwińskich szamanów fotografuje od dziewięciu lat.

Wprowadzenie w trans zajmuje szamanowi od kilku minut do pół godziny. Gra na bębnie tak, że przypomina to tętent koni. Tańczy, śpiewa w stylu  khoomei, czyli śpiewem gardłowym, z  wnętrza, kilkoma dźwiękami naraz. Gdy szaman wejdzie już   w trans, łączy się z duchami. Negocjuje. Namawia, żeby zostawiły jego klienta  w spokoju, nie dręczyły go już chorobami, lękami. Lub aby się nim zaopiekowały. Seans trwa koło godziny. Do piero po nim szaman bierze zapłatę. Za oczyszczenie ciała 800 rubli (ok. 80 zł), mieszkania 500, samochodu 400, za rytuały pogrzebowe 1,5 tys. rubli. Nikt się w Tuwie z szamanem nie targuje. Wszyscy wiedzą, że ta praca kosztuje. Cennik usług wisi zresztą na drzwiach każdego szamańskiego centrum

W całej 300-tysięcznej Tuwie pracuje dziś 800 szamanów. W czasach ZSRR szamanizm był najpierw zwalczany, choć mniej niż buddyzm czy prawosławie. Władze sowieckie zrozumiały, że najstarszą religię świata trudno im będzie zlikwidować. Postanowiły ją więc oswoić, zinstytucjonalizować. I zaczęto tworzyć centra szamańskie. – To co mnie najbardziej interesuje w Tuwie, to właśnie to przenikanie się przeszłości   W szamanizmie miejscami kultu są  często górskie przełęcze. To tam  stoją magiczne owa – drzewa lub stosy kamieni, do których przyczepia się wstążki i prosi o pomyślność.  Ta rodzina wezwała szamana  Slavę, by oczyścił ich dom  od demonów. Na razie  wszystko idzie dobrze. ze współczesnością. Magii z sowiecką próbą stworzenia oficjalnych struktur – mówi Stanislav Krupař.

Bycie szamanem to nie jest przyjemne zajęcie, za to dość wyczerpujące emocjonalnie. Mało który rodzic chce, aby ich syn lub córka zajmowali się tym po pracy. Ale gdy pojawiają się pierwsze objawy powołania, choćby utraty przytomności,niewiele już można zrobić. Szaman sam odnajduje swoją ścieżkę, czasami tylko biorąc nauki u innego szamana. – Na co dzień są zaskakująco normalni – mówi Stanislav Krupař. – Wiele razy zaskakiwało mnie, że szamanami okazywali się chłopak z warsztatu samochodowego albo sprzedawczyni, która handlowała w sklepie batonami Snickers.