Romek Zańko z synem Jonaszem co roku wyruszają na wycieczki po świecie. Gdy Jonasz miał 6 lat, przeszli pieszo ze Świnoujścia na Hel bez namiotu i pieniędzy.

W kolejnych latach autostopem pojechali do Francji, Szkocji, Indii, Mongolii i Tybetu. W 2007 r. wybrali się do Japonii. Ich trasa prowadziła przez Ukrainę, Syberię, Sachalin i zakończyła się w Szanghaju. Na wyprawy zabierają setki pluszaków, które dostają od znajomych i nieznajomych.

– Zabawki wieziemy, żeby dać je na pamiątkę komuś w dalekim świecie – mówi Romek. W podróży piszą maile – otrzymywać je może każdy, kto wyrazi na to ochotę. Publikujemy skróconą korespondencję z ostatniej wyprawy, z której pomogliśmy im wrócić, sponsorując bilety lotnicze.

Szczecin, 17.07.2007

Co roku jadąc na wycieczkę, stawiamy sobie cele. W ubiegłych latach chcieliśmy m.in. spotkać słonia, uwolnić misia. Jonasz dorasta 11 lat – poważna sprawa, więc i nasze wypady muszą być poważniejsze. W związku z tym postanowiliśmy, że tegoroczna wycieczka będzie wyprawą naukową. Obywatel Japonii, gdy ucieknie mu pociąg, nie rozpacza, tylko korzysta z kapsuł hotelowych. Naszym celem jest zbadanie, czy Romek (czyli ja) zmieści się w kapsułowym hotelu. Ale to nie jedyny cel, w który chcemy wcelować w Japonii. Jonasza mocno poruszyła informacja, że podobno w japońskim języku nie ma brzydkich wyrazów. Zaniepokojony wyznaczył nam cel ambitny: sprawdzić, czy Japończycy mówią brzydko. Sam jestem ciekawy, jak to zrobi. Jeśli ktoś chce nam wysłać swego pluszaka, to zapraszamy na zbiórkę Pod Sukniami.

Jonasz i Romek, i pierwsze misie


Szczecin, 23.07.2007

Tradycyjnie mamy opóźnienia ze startem. Im dłuższa trasa, tym później wyjeżdżamy. Zobaczycie, jak późno wyjedziemy, gdy będziemy jechać do Australii. Przesunęliśmy start na środę. Dziś dołączyły kolejne misie. Budżet wycieczki w chwili obecnej wynosi 120 euro dzięki uprzejmości pana Ryszarda.

Jonasz i Romek z gromadką misiów


Warszawa, 26.07.2007

Wyruszyliśmy! To wcale nie takie łatwe, bo plecak ciężki, bo może by tak jeszcze jeden dzień w domu, bo już tak bardzo tęsknimy. Tradycyjnie za miasto wywiózł nas Piotrek. Przez dłuższy czas nic się nie zatrzymywało. Jonasz zaczął dezerterować, wykrzykując, że jak coś nie „stanie”, to on zaraz wróci do domu. Ja udawałem twardziela, ale w duchu uciekałem w stronę własnego łóżeczka i ciepłej kolacji. W końcu ruszyliśmy. Jonasz wśród kierowców popularyzuje wiedzę o Japonii, opowiadając o Godzilli. Jeden z nich gdy usłyszał, dokąd jedziemy, powiedział, że z niego żartujemy i wysadził nas w Skwierzynie.

Jonasz i Romek z podróży z misiami

Lublin, 28.07.2007


Szlak do Japonii wiedzie przez Warszawę i Lublin. Przy czym Warszawa musi być bliżej Japonii, bo spotkaliśmy tam więcej Japończyków. W stolicy było ich dwoje, a w Lublinie – żadnego. W ambasadzie indyjskiej spotkała nas niespodzianka: od niedawna nie ma bezpłatnych wiz i trzeba na nie długo czekać. Nie dość, że zeżrą pół budżetu, to będziemy musieli tyle dni czekać. Na szczęście uprosiliśmy, kogo trzeba i dano nam wizę następnego dnia. Dziś chcemy przekroczyć granicę w Dorohusku, potem kierunek Kijów, Charków i do Rosji Saratow, Samara, Ufa w stronę Uralu.

Jonasz i Romek z podróży z misiami


Samara, 05.08.2007

Ciężko było. Mimo, że stop szedł początkowo bardzo szybko, nasza kondycja jest kiepska. Jonasz cały czas namawiał do odwrotu. Któregoś ranka wybuchnął płaczem: – Ja chcę do Mamy – nie przerywając płaczu – albo do Japonii! Nastrój wyraźnie poprawił się za Uralem, gdzie przy paskudnie obdrapanym postumencie (ciekawe, czy tak go obdrapali Europejczycy, czy Azjaci) wyznaczającym granicę kontynentów, stwierdził: – Odwrót nie ma już sensu. Patronat nad naszą wycieczką objęła łada, w każdej postaci i na każdy sposób: pięknie wytuningowana, stara, z dziurami w podłodze i nówka sztuka (na liczniku miała 17 km, była cała ofoliowana i unosił się w niej zapach świeżego plastiku). Na razie jednym z najtrudniejszych momentów było spotkanie z misjonarzem. Stoimy od paru godzin pod Samarą, upał, nic nie bierze, zero cienia. Podjeżdża na rowerze misjonarz i gdy dowiaduje się, że my z Polszy, objawia nam, że nas w 44. i 45. wyzwolili. I że źle na świecie się dzieje, bo w szkole już nie uczą o Leninie. Idziemy w upale z ciężkimi plecakami, on za nami na rowerze. Ale nawet najgorsze rzeczy kiedyś się kończą. Czas i kasa też już nam się kończą.

Jonasz i Romek z podróży z misiami.

Jesteśmy w Irkucku. Ogromnie spóźnieni. Idziemy do polskiego kościoła poprosić o nocleg. Jeśli się uda, to za trzy godziny coś więcej napiszemy, jeśli nie, to gnamy dalej i chyba dopiero z Sachalina lub Japonii się odezwiemy. Mateuszu! Jeśli teraz czytasz, to poproś Martę, by przez swoje kontakty sprawdziła, co będzie, jak spóźnimy się na granicę 3 dni. Co należy zrobić? – o przedłużaniu wizy nie ma mowy, bo trwa to parę dni. Postaramy się napisać wieczorem.

Jonasz i Romek

Irkuck, 09.08.2007

Nie najlepiej nam idzie. Początkowo pędziliśmy, a od paru dni idzie wolno. Nie martwilibyśmy się zbytnio, gdyby nie fakt, że 13. kończy się nam wiza rosyjska. Czasami wpadamy w jakąś „czarną dziurę” i nic nas nie bierze, a jak już weźmie, to klamot jakiś, którego wszyscy prześcigają, albo który się zepsuje, albo trafia się korek. Cały czas „coś”, na nudę nie możemy narzekać. Mimo zmęczenia Jonasz nieźle się trzyma i nawet groźba awantury na granicy nas nie zraża. W najtrudniejszych momentach dostajemy głupawki i Jonasz opowiada w kółko te same kawały. RATUNKU! Następny dostęp do Internetu może być za 5 dni. Jonasz i Romek PS: Może kto napisze jakiś kawał dla Jonasza, bo on mnie zamęczy.

Dotarliśmy wreszcie do morza. Jesteśmy w porcie Wanino. Drogą z Czyty do Chabarowska jechaliśmy 4 dni: 2 200 km, 1 500 km bez asfaltu. Kierowcy wybierają tę trasę, bo Putin obwieścił w telewizji, że zrobił nową drogę. Niestety, wszyscy śmigają na zachód, „goniąc” zakupione we Władywostoku japońskie auta. W naszą stronę, na wschód, jedzie „coś” raz na dwie godziny. Piszę bardzo krótko, bo za chwilę mamy prom na Sachalin, który płynie 14 godzin. Lądujemy w Cholmsku, gdzie podobno sprawdzają paszporty. Potem ok. 100 km do portu Korsakowo, skąd dwa razy w tygodniu płynie prom na Hokkaido. (Jeśli się nie odezwiemy w ciągu 4 dni, to nas posadzili. Przyślijcie wtedy cebulę; Jonasz życzy sobie czekoladę). Na granicy będziemy spóźnieni jakieś 4–5 dni. Dzięki za kawały.

Wstępując na pokład, Jonasz i Romek

Cholmsk, 17.08.2007

Przypłynęliśmy na Sachalin. Tu jest 4.00 rano (8 godz. różnicy w stosunku do Polski). Pan sprawdzający paszporty odłożył nasze na bok, powiedział, że jesteśmy spóźnieni i kazał czekać. Po półgodzinie tłumaczenia, dokąd jedziemy, oddał je nam. W Korsakowie, porcie na granicy, okaże się, co dalej. Siedzimy teraz do ósmej na morskim wagzale (dworcu), aż przyjedzie autobus do Jużnosachalińska. 90. Z naszych wyliczeń wynika, że 90 aut przewiozło nas ze Szczeci na do Wanino, gdzie wsiedliśmy na prom. Przez 18 dni byliśmy na drogach byłego Związku. Migające przez okna samochodów kraj- obrazy pozornie się nie zmieniały. Zarośnięte pola. Im bardziej na wschód, tym więcej lasów. Czasami wzgórza. Dierewnie (wioski) z przygarbionymi do ziemi chałupkami podpieranymi przez naszykowne na zimę sterty porąbanego drewna i babuszki, które życie spędzają na przydrożnym handlu. To zawartość ich wiaderek, kubełków, koszyków i straganików pokazywała, że coraz bardziej oddalamy się od domu. Gdy jesteśmy bardzo zmęczeni, zachodzimy do przydrożnych „Kafe”. Często, zanim się o coś zapytam, Pani błyska złotym zębem, krzycząc: ZAKRYTE! I powtarza to za każdym razem, gdy próbuję się czegoś dowiedzieć. W innym miejscu Pani miewa złote serce i gdy zamawiamy najtańsze kartoszki, obdarowuje nas wieloma potrawami. Jonaszowi szczególnie smakują rosyjskie naleśniki – blincziki. Zapowiadają nasz autobus.

Jonasz i Romek z podróży z misiami

Zaczęło się. Pojechaliśmy do Korsakowa. Doczłapaliśmy się do portu i w okienku usłyszeliśmy wrzask: obiad! Gdy uprosiliśmy obiadowiczkę o informację, ta przerwała swoją przerwę na obiad, którego i tak nie jadła, i powiedziała, że promy do Japonii to z północnego portu. Tam o żadnym promie nikt nie słyszał. Po naszych naleganiach okazuje się, że jednak działa tu jakiś przewoźnik. Niestety, nikogo nie ma w biurze. Pół godziny później przychodzi Pan i mówi, że za pół godziny będzie Pani, a prom odpływa dopiero we wtorek. Jesteśmy załamani, a to dopiero początek! Okazuje się, że nie sprzedadzą nam biletu bez ważnej wizy. Dzwonią do biura migracyjnego, po czym nas tam wiozą. Pan mówi, że musimy pojechać do ich głównej siedziby na wyspie w Jużnosachalińsku, a wyrobienie wizy potrwa około tygodnia. I żebyśmy jechali taksówką, bo niedługo zamykają biuro. Jonasz dostał szału. Taksówka wypompowała z nas 500 rubelków. W biurze miała na nas czekać Pani, ale gdzieś poszła. Wreszcie w którymś z pokojów na nasz widok krzyczą: Polaki! Czyli już o nas słyszeli. Bez jakiegoś sztrafu i zawrotnych kwot się nie obędzie, bo złamaliśmy zakon, przepisy. Przyglądamy się, jak próbują załatwić tym „zakonem“ biznesmena zatrudniającego obcokrajowców. Ale on się nie daje i im tym samym „zakonem“ równie ładnie przykłada, aż urzędnikowi wystąpiły krople potu na czole. Naczelnik, gdy się pojawił, zapytał, czy chcemy zostać, czy wyjechać. Gdy się dowiedział, stwierdził, że możemy wyjechać bez wizy. Tylko coś zapłacimy, a on wystawi nam bumagę (papier). Podpisałem jakieś papiery, przepisując z kartki: Ruskim jazykom władaju. Jutro o 10.00 mamy się stawić na Komuniczestkijskim prospekcie, gdzie nałożą na nas grzywnę, podobno 2 000 rubli (40 dolarów).

Jonasz i Romek z misiami

PS Dobrze, że nie powiedzieliśmy im nic o misiach, bo mogliby na każdego nałożyć po 2 000 rubli!

Jużnosachalińsk, 19.08.2007

Zostałem osądzony (nie osadzony). O 10.00 rano przed sądem czekał na nas pracownik biura emigracyjnego. Powiedział, że będzie wnioskował o 2 000 rubli i zakaz wjazdu do Rosji na 5 lat. I pewnie spokojnie sobie wyjedziemy. Ale jak to, aż przez 5 lat nie wjeżdżać do Rosji. Tylko nie to! Może być inna kara. Mogę papierki pozbierać, wykonać jakiś budujący napis z szyszek albo kapsli. Ale przez pięć lat nie oglądać Rosji? Na to się nie mogłem zgodzić. Przekonałem pracownika biura emigracyjnego, że jestem niewinny, a on po wykonaniu telefonu do naczelnika zgodził się karę złagodzić do sztrafu w wysokości 2 000 rubelków.

Ukryliśmy Jonasza na korytarzu. On nie był sądzony, jakby w ogóle go tam nie było, jakby nie przebywał na terenie Federacji Rosyjskiej i nie przekroczył terminu wyjazdu. Sąd sądzący mnie był rodzaju żeńskiego. Zapytał mnie, czy rozumiem po rosyjsku, pouczyłem sąd, by nie mówił do mnie bystro, to go zrozumiem. Na co sąd pouczył mnie o moich prawach. Ciekawe, czy ktoś z was ma prawo do tłumacza, bo ja mam. Osądził mnie sprawnie, ale niesprawnie czekaliśmy na papierowy wyrok. Potem pojechaliśmy do banku i zapłaciliśmy 2 000 rubli plus 70 rubli opłaty manipulacyjnej (strasznie manipulują). Nie za bardzo jest tu gdzie spać, więc poszukaliśmy hotelu. Pierwszej nocy płaciliśmy połowę ceny, tj. 440 rubli i mogliśmy spać siedem godzin. Ale gdy przyszliśmy następnej nocy, recepcjonistka powiedziała, że nie przyjmie inostrańców i to nielegalnych. Przez dwie godziny szturmowaliśmy hotel, tzn. siedzieliśmy przed nim (w innych hotelach ceny 3–4-krotnie wyższe i brak miejsc), a przechodzący Rosjanie pytali, co robimy tu na zewnątrz. Wyjaśnialiśmy, że zawsze znajdujemy sobie jakiś fajny hotel, pod którym sobie śpimy. Wtedy oni zaczynali szturmować hotel, a recepcjonistka z ochroniarzem wykrzykiwali, że im nie lzja inostrańców. Szturmujący kwitowali: takaja Rasija i odchodzili. Proceder powtarzał się kilkakrotnie, aż sam ochroniarz zaczął wypowiadać kwestię takaja Rasija. Szturmy w końcu skruszyły recepcjonistkę. Noc ją bardzo odmieniła. Młoda, szczupła blondynka postarzała się o jakieś 20 lat, przytyła, włos jej zrudział i się zmierzwił. Także w środku coś się z nią stało, bo bez problemu sprzedała nam pokój na następną noc.


Czechow, który zwiedzał ten koniec świata, pisał, że Cejlon jest rajem, a Sachalin piekłem. Jak widać, w piekle też cuda się zdarzają. Rozpoczęliśmy działania artystyczne i sprzedajemy nasze rysunki (dorabiamy w ten sposób w podróży), idzie dość przyzwoicie, mamy na hotel, kartoszki i Internet.

Nie pisałem o promie, którym tu dopłynęliśmy. Złom i rdza. W naszych kajutach 3 klasy, głęboko pod pokładem, gorąc, hałas, brud, wszystko skrzypiało. Strach tam było spać. Większość czasu spędziliśmy na pokładzie. Bar ze zwiędłymi kwiatami na stolikach należał do miejscowych atrakcji, jednak zamykano go o 21.00 (prom przypływał o 4.00). Gdy ktoś próbował wejść, Pani ze znaną nam uprzejmością wrzeszczała: – Zakryte! Okrzyknęliśmy to naszym ulubionym okrzykiem. Zakryte!!!

Jonasz i Romek z podróży z misiami.

... Cały dzień zajęło nam załatwianie wizy, chcieli ją nam dać za 2–3 dni, ale udało się, już ją mamy. Niestety, nie zdążyliśmy kupić biletu. Spróbujemy jutro w porcie. Następny prom w sobotę. Jonasz na samą myśl, że mamy tu zostać do soboty, jest zrozpaczony, nie ukrywam, ja też. Poza tym chodzą słuchy, że Japończycy mogą nas nie wpuścić bez środków na koncie. Po kupieniu biletów (8 500 rubli) zostanie nam jakieś 90 dolarów. Myślimy, żeby podawać się za współpracowników jakiejś redakcji. Ale nie stworzyliśmy sobie takich papierów w Polsce. Trzymajcie za nas kciuki.

Jonasz i Romek

21.08.2007

Nie udało się. W porcie w agencji był ten sam facet, który w piątek zrobił nam awanturę o wizy. Straszny typ. Powiedział, że wymagają od nas jakiegoś potwierdzenia z Japonii, np. rezerwacji hotelowej. Następny prom dopiero w sobotę. Jonasz kompletnie załamany. Ale gdy zaproponowałem, że się wycofamy, przez łzy powiedział, że nie ma mowy. 1) Może ktoś z was ma jakiegoś znajomego Japończyka, który w razie telefonu potwierdziłby, że nas przyjmie. Nie muszę pisać, że wcale się u niego nie pokażemy. 2) Może ktoś mógłby pogrzebać w Internecie i znaleźć hotel, gdzie zrobią rezerwację bez opłaty albo z możliwością zwrotu opłaty po rezygnacji? Proponuję Sapporo, Tokio, Hiroszimę – żeby było to spójne z naszą gadką na granicy. 3) Próbujemy wcisnąć kit o współpracy z mediami i o służbowym charakterze wyjazdu. Andrzej i Maciej coś już kombinują. Może ktoś ma jeszcze jakiś pomysł na potwierdzenie służbowego celu wyjazdu? Pierwsze rozwiązanie jest jednak najpewniejsze. Potrzebne dla Jonasza kawały o Leninie.

C.D.

Prom jest w piątek, nie w sobotę. Do czwartku, około 16.00–-17.00, czyli gdzieś do 8.00 rano polskiego czasu, musimy załatwić papiery. Jakiś Japończyk z adresem byłby najlepszy.

Śpimy w katolickim kościele, księdzem jest Koreańczyk, Amerykanin, którego nie spotkaliśmy. Jest tu też siostra z Polski – rozmawialiśmy z nią przez telefon, mówiła, że spróbuje adres jakiegoś kościoła w Japonii załatwić, ale żeby za bardzo na to nie liczyć.

Byliśmy w biurze przedstawiciela przewoźnika, Pani była bardzo niemiła, piętrzyła przeszkody. Radziła, żebyśmy polecieli samolotem, wtedy nie potrzeba żadnych poświadczeń. Co ciekawe, Rosjanie na promie mogą żądać lekarskich zaświadczeń. Przy wyjeździe!

Jonasz i Romek

C.D. C.D

Podobno problem jest tylko z tym przejściem, na innych takich cyrków nie ma. Tutaj jest tylko jeden przewoźnik i robi, co chce. Mówi się, że kiedyś facet opuścił Rosję, a nie wpuścili go do Japonii i tak sobie pływał. Teraz w ten sposób próbują robić odprawę graniczną. Jonaszowi pływanie tam i z powrotem bardzo się podoba. Jutro wybierzemy się do japońskiego konsulatu. Nie wiem, czy to dobrze rozdmuchiwać sprawę, ale nie mam lepszego pomysłu. Idziemy spać. U nas 21.10.

22.08.2007

Na razie tylko dwie osoby mają jakiegoś Japończyka. Ale to nic konkretnego. A czas leci. Musimy coś mieć do jutra (czwartku) rano waszego czasu. Wiem, że Andrzej wysłał z radia faksy do agencji turystycznej i konsulatu. Miał też Maciej wysyłać, ale nie mam żadnej informacji.

Pozdrawiamy, Jonasz i Romek

Jużnosachalińsk, 23.08.2007

Miasto znamy do złudzenia. Czyste, szerokie ulice, na planie kwadratu. Budownictwo nam i wam znajome. Gdy w latach 70. przyjechać miał tu Breżniew, w prezencie dla niego zburzono wszystkie japońskie budynki. Więc teraz jest ładnie. Mieszkańcy twierdzą, że mają tu chyba największego na świecie Lenina. Ale, jak wiadomo, każdy Lenin jest największy. Małych Leninów nie ma.

Jonasz się uczy. Zajęcia praktyczne. Marmurowy cokół pomnika wodza rewolucji zionął pustką. Ani jednego słowa, ani jednej literki, nawet jednego maleńkiego bazgrołka nie uświadczysz. Jakże to tak? Jonasz, ukrywając się za czerwoną parasolką, czarnym markerem z wielkim przejęciem wykonał napis: tu robi się ser dla ZSRR. Tak mu to się spodobało, że za rok chce objechać z markerem cały Kraj tak mu bardzo Rad.

Jonasz i Romek z podróży z misiami

Hakodate i Hokkaido, 28.08.2007

Czas najwyższy pożegnać Rosję. Jonasz denerwował się, że mówiąc do niego, wtrącam rosyjskie słowa. Da. Jeszcze w rosyjskim porcie odbyło się pierwsze spotkanie z Japonią. Stoję w kibelku przy pisuarze, obok starszy Japończyk uśmiecha się do mnie i pokrzykuje: – Uaaaa, wyraźnie zadowolony. Czy to są te brzydkie wyrazy, których Jonasz szuka? Grupa starszych Japończyków płynących promem zaprasza nas do swego grona i podejmuje gościnnie. Słodycze, soczki, piwo, prezenty (dostaliśmy szkło powiększające i ręczniczek). Pan Oagata zostawia nam swój numer, żebyśmy zadzwonili do niego w Sapporo. Podczas japońskiej odprawy pytano nas, gdzie będziemy mieszkać. I zabrano pomidora: nie wolno wwozić. Może był za czerwony? Spytano o mięso. Gdy powiedziałem: wegetarianie, Pan wybuchnął śmiechem, ale pomidora nie oddał. Jonasz uznał, że każdemu coś zabierają i robią sobie z tego drugie śniadanie. W Sapporo wylądowaliśmy w centrum, pod wieżą telewizyjną, która jest skarlałą wersją wieży Eiffla. Skorzystaliśmy z telefonu do pana Oagaty. Zjawił się i zaprosił nas do hotelu. Jeszcze nigdy w takim nie byliśmy. Błysk, dywany, obsługa się kłania, wszystko na jakieś przyciski. Malutka Japonka w hotelowym uniformie szarpie się z naszymi plecakami, nakładając je na wózek. My szarpiemy się z nią, żeby nie szarpała się z naszymi plecakami. Podczas szarpaniny wymieniamy grzecznościowe ukłony. Kolejną noc spędziliśmy w parku. Z Hokkaido chcemy przepłynąć do portu Omo.

Jonasz i Romek z misiami

Hakodate, 29.08.2007

Gdy zbliżaliśmy się do Hakodate, Jonasz wymyślił, że zamiast spać w plenerze, pójdziemy do kościoła, który odnalazł na mapie. Gdy dotarliśmy tam około 21.00, w kościele nikogo nie było. Za to przed kościołem – tłum pielgrzymów. Podobnych budowli było tu mnóstwo – Hakodate to jedno z pierwszych miejsc otwartych po okresie izolacji szogunów. Panuje tu pełny ekumenizm: nieczynna cerkiew rosyjska, protestancki zbór, a obok świątynie buddyjskie. Zdecydowaliśmy się zanocować pod schodami Japońskiego Kościoła Episkopalnego. Długo tam miejsca nie zagrzaliśmy, bo zostaliśmy zaproszeni do salki katechetycznej. Kolejną noc spędziliśmy w hotelu zwącym się z angielska „ładny dzień“ i tak przespaliśmy ładny dzień. Za 3 tys. jenów (ok. 50 zł) dostaliśmy jedno łóżko (redukcja kosztów). Dziś płyniemy do portu Oma. Planujemy jechać wschodnim wybrzeżem w stronę Tokio. Nie wiadomo, kiedy będzie Internet, przez 3–4 dni możemy się nie odzywać.

Jonasz i Romek ... Przepraszam wszystkich za brak kontaktu. Znowu był problem ze znalezieniem Internetu. W wypasionych kafejkach typu „Internet plus komiksy mangi” nie otwiera się nasza poczta. Poza tym – super. Na przedmieściach Tokio poprosiliśmy kogoś na ulicy, żeby wpuścił nas na kompa. Jesteśmy strasznie padnięci po ciężkiej nocy na parkingu pod Tokio. Noclegu spróbujemy poszukać w kościele u dominikanów.

Dotarliśmy do klasztoru Dominikanów. Okazało się, że ksiądz z Polski wyjechał wczoraj do Izraela. Wróci za miesiąc. Przełożony klasztoru, Japończyk fadertanaga, w ogóle nie chciał z nami rozmawiać. Nawet nie pozwolił skorzystać z prysznica. Powiedział, że nie praktykuje takich zwyczajów. Wierzący niepraktykujący. Wsiadł do taksówki i odjechał. Udało mi się przekonać Panią na recepcji, by na chwilę wpuściła nas na komputer. Jonasz załamany. Ale mamy jeszcze na dwie noce w kapsułach (jeśli pozwolą nam spać w jednej). Idziemy szukać.

Jonasz niezdeklarowany i Romek praktykujący niewierzący z Tokio

Poprzedni mejl wysłaliśmy od Świadków Jehowy, którzy nas zaczepili, gdy rano ledwie żywi szukaliśmy Internetu. Pytali, w czym mogą nam pomóc. Gdy się żegnaliśmy, Pani powiedziała: – Armagedon wery kłykli. Skąd oni to wiedzą? Naradzamy się nad powrotem. W Japonii mamy plany na jakieś 14 dni. Podróż w okolice Indii, Pakistanu lub Nepalu może nam zająć kolejnych 12 dni i zrobi się już październik. Nie wiadomo, czy Agnieszka (mama Jonasza) to przeżyje, bo się denerwuje o szkołę. Wyjść mamy kilka. Albo trafimy na jakiś tani bilet z Japonii (na razie nic nie znalazłem), albo szybciej stąd wyjedziemy, albo później wrócimy.

Tokio, 05.09.2007

Pierwszą noc na Honsiu spędziliśmy w łódce wyciągniętej na plażę w porcie Oma. Przeczytaliśmy, że jednym z najświętszych miejsc w Japonii jest Osorezan. Dawniej wybuchł tu wulkan, obecnie spotyka się tu duchy zmarłych. Święte miejsce poczuliśmy z daleka. Smród zgniłych jaj, siarki i innych wspaniałości. Zaraz wskoczyliśmy do gorących źródeł. W drewnianych domkach urządzono baseniki z żółtozieloną gorącą wodą. Usnęliśmy pod wiatą przy restauracji dla pielgrzymów, w sąsiedztwie duchów, w jajkowych oparach. A rano Pani z budki z pamiątkami dała nam kanapki z jajkami... Kolejną noc spędziliśmy na plaży Jodogahama. To bardzo miła zatoczka ze skalnymi wysepkami, porośniętymi drzewami. Ku rozpaczy Jonasza nad ranem popsuła się pogoda i nie wykąpał się, choć zdążył zamoczyć ubranie. Bo „nie zauważyłem tej fali”.

Jesteśmy w Tokio, w dzielnicy Shibuja. Jak pisałem, po spotkaniu z gościnnym fadertanagom, udaliśmy się do kapsułkowatego hotelu. Nie przekonaliśmy obsługi, by zgodziła się na jedną kapsułę dla nas dwóch. Cena jednej 3 700 jenów. Postanowiliśmy rysować, by sfinansować nocleg. Sprzedaliśmy dwa rysunki i spadł deszcz. Zwijając się w pośpiechu, rozważaliśmy kolejnego pecha. I gdy już tylko wystawał fragment kartki z napisem Koniczila, zatrzymało się dwóch samurajów. Przeczytali całą kartkę i, śmiejąc się, sypnęli garść monet do naszego kubka. Postawili nam dwie zgrabne kapsułki. Jonasz prowadzi swoje badania ligwistyczne. Polski jest podobny do japońskiego. Sajonara (do widzenia) brzmi przecież jak: nara.

To nara – Sajonara. Jonasz i Romek

Tokio, 06.09.2007

Pewien Niemiec szukał dla nas tanich biletów z Japonii. Wszystko poza naszym zasięgiem (ok. 1 500 euro za nas dwóch). Z Szanghaju jest tylko trochę taniej. O wiele taniej – z Indii i Tajlandii (ok. 600 euro za nas dwóch). Zobaczymy. Jonasz skłania się do szybszego wyjazdu z Japonii, w stronę Indii. Na dziś zapowiadają tajfun w Tokio. Jonasz nie może się doczekać. Od wczoraj pada. Mocno i krótko, jak przestaje, to od razu robi się duszno. Pada, więc nie za wiele rysowaliśmy. Ale spotkaliśmy samurajów z Niemiec i Szkocji – walczą tutaj dla jakiejś zagranicznej korporacji. Bardzo nam pomogli.

Jonasz i Romek z podróży z misiami

Tokio, 08.09.2007

Jonasz poważnie zabrał się do swoich badań lingwistycznych. Okazuje się, że Japończycy potrafią brzydko, i to bardzo brzydko, mówić. Pewna Pani raz tak brzydko powiedziała, że nie wiem, czy mogę to napisać. Jonasz opowiadał jej długo i dogłębnie, że są takie sytuacje, w których człowiekowi same wychodzą wyrazy, o których dorośli mówią, że są brzydkie. Gdy ucieknie autobus, albo gdy przy wbijaniu gwoździ człowiek uderzy się młotkiem w palec. Na koniec zapytał ją, co ona w takich sytuacjach mówi. Tu wszystkich przepraszam, może wrażliwsi niech nie czytają. Pani odpowiedziała: Ajmnospikinglisz! Jeszcze dwa dni będziemy w Tokio i ruszamy dalej. Na jutro mamy bilet na otwarcie jesiennego sezonu sumo. Nadal nie wiemy, jak wracamy. Jonasz zaczyna tęsknić i chyba jest zmęczony tą niepewnością powrotu.

Jonasz i Romek z podróży z misiami

[

Tokio, 10.09.2007

Z jednej strony areny wisiała czerwona flaga, którą ktoś zamalował na biało, zostawiając tylko czerwone kółko, z drugiej strony wisiała całkiem inna flaga, cała biała z czerwoną kropka. W sumie sumo to wiele różnych zawodów sportowych. Jedną z konkurencji są zawody w zamiataniu – panowie z miotełkami latają po ringu. Inna konkurencja to dziwne śpiewanie z jednoczesnym wygrażaniem wachlarzem. Nam najbardziej podobały się zawody w klepaniu się po pupach i poprawianiu majtek.
Jonasz i Romek z podróży z misiami

Kioto. Który to dzisiaj dzień?


Dotarliśmy do Kioto o 4 rano. Kierowca, który nas wiózł, ani słowa nie mówił po angielsku. Zadzwonił do Roberta z pytaniem, gdzie ma nas zawieźć i zjechał ze swojej trasy spory kawałek. Aż boimy się wyjechać, tak przyzwyczailiśmy się do tych wygód w Japonii. Szkoda tylko, że nie zobaczyliśmy Fuji. Chcieliśmy chociaż popatrzeć na nią z daleka. Niestety jechaliśmy nocą i dostrzegliśmy tylko tablicę z informacją, w którym kierunku trzeba patrzeć na Fuji. No i jeszcze w sklepie na stacji benzynowej była Fuji na pudełku czekoladek. Bardzo ładna.

Nocleg dostaliśmy u Roberta, który na tutejszym uniwersytecie się doktoryzuje. Poznaliśmy go podczas pamiętnego szukania japońskich adresów. Nawet nie wiemy, kto nas skontaktował.

Kompletnie rozleniwieni zwiedzamy Kioto. Na każdym kroku stoją stare świątynie i pagody. Wszędzie sklepy i pasaże handlowe; podziemne, naziemne, jedne się kończą, zaczynają kolejne. Gubimy się. Kto z tego korzysta?

Postanowiliśmy być trendy i zajęliśmy się szoppingiem. Spodobały mi się buciki – japonki całe drewniane, z dwoma drewnianymi obcasami. Pani w sklepie szmatką wyszorowała mi stopiska. Wtedy zaczęły się sceny jak z Kopciuszka. Pani z całej siły wciskała na moją nóżkę japonkę. Niestety, bez sukcesu. Chyba trzeba by było mi uciąć część nogi, ale Pani nie miała pod ręką żadnego ostrego narzędzia. No cóż, obędę się bez japonek. Niech żyją Polki!

Jonasz zapragnął mieczy samurajskich. Cena dość przystępna, co daje do myślenia, że to gadżet pamiątkowy. Jonaszowi to nie przeszkadza, bo nie zamierza żadnych głów ścinać. Ciekawe, jak się zabierzemy z tymi mieczami. Spodobały mu się też kimona we wspomnianym wcześniej hotelu w Sapporo. Dla Jonasza było kimono za duże, dla mnie za małe. Wtedy w niedopasowanych kimonach poszliśmy w kimono.

Jonasz w za dużym kimonie i Romek bez japonek

Hiroszima

Dużo się działo. Lecz nie mieliśmy dostępu do internetu, a jak był, to się nie otwierał. Z Kioto sprawnie dostaliśmy się na wyspę Sikoku. To najmniejsza z czterech głównych wysp Japonii. Słynie z 88 buddyjskich świątyń, do których pielgrzymuje się, okrążając wyspę. Widzieliśmy paru pątników z kijami, którzy w białych szatach i słomianych kapeluszach wędrowali po oświecenie.

Nas najbardziej interesowała dolina Iya słynącą z wiszących mostów zrobionych z lian. Obecnie mosty wzmacniane są stalowymi linami. Przeszliśmy po takim moście w ciemnościach w ulewie, objuczeni plecakami. Noc spędziliśmy na opustoszałym polu namiotowym, pod wiatą stołówkową. Kierowca, który nas podwiózł, obdarował nas jedzeniem. Okazało się, że to parówki. Jonasz był zdeterminowany, zarzekał się, że je zje. Przy latarce usiedliśmy do kolacji. Japońsko-rybi zapach parówek sprawił, że stracił determinację. W kompletnych ciemnościach dochodziły do nas tylko odgłosy płynącej rzeki i deszczowej ulewy, jakoś nie mogliśmy zasnąć. Najlepszym tematem do rozmowy stały się strachy. Gdy Jonasz wyczerpał już wszystkie, od wodników po „straszenie spowiedzią”, w końcu usnął. A ja jeszcze jakiś czas sam siebie straszyłem, czy w tej okolicy są niedźwiedzie i czy te parówki ich do nas zaproszą.

Następnego dnia też lało, przeczytaliśmy wszystko, co było do przeczytania, nawet opakowanie od parówek.

Po kąpieli pod wodospadem w górskiej dolinie udaliśmy się po letnie słońce na wybrzeże, na plażę Kazurahama. Tym razem zasnąć nie pozwoliło nam szczekanie foki w pobliskim akwarium. Kolejna noc przegadana. Rano przyszedł czas na ocean. Wysokość fal Jonasz mierzył w „jonaszach”. „O! ta ma dwa jonasze, a ta trzy!”. Już po sezonie, więc się kąpiemy sami, a tubylcy – jak to Japończycy – nas fotografują. Fale takie, że nie wchodzimy do wody za daleko, tylko siadamy i czekamy na nie. A potem jazda, fala nas pcha i szorujemy czasami po przyjemnym żwirku ze 30 m. Największą radość sprawia Jachowi, jak ktoś podejdzie blisko i nieoczekiwanie podcięty przez fale i ląduje z aparatem w wodzie.

Już mieliśmy wychodzić, gdy przyszła kolejna fala. Nagle poczułem, że lecę, nogi mi się w coś zaplątały i nie mogę się ruszyć. Siedzę chyba na jakiejś górce piachu? Szukam Jonasza, nigdzie go nie ma, zniknął. Jonasz wspomina to nieco inaczej: – „Rzuciło mną i nagle poczułem, że nie mogę wstać, chyba wieloryb na mnie usiadł. Strasznie się bałem”. Tym wielorybem byłem ja. Pocieszałem go, że jego imiennik siedział we wnętrzu wielkiej ryby aż trzy dni. Jonasz, mimo że solidnie najadł się strachu, nadal był głodny, więc poszliśmy na lody.

Naskrobiemy coś wieczorem.

Jonasz i Romek

Hiroszima, 20.09.2007

Dziś będzie krócej, bo sytuacja bardzo nietypowa. Straszny upał. Na dodatek pokłóciliśmy się (zmęczenie daje znać o sobie). Wszystkie pomniki stoją na półwyspie między rzekami. Przez mostek wchodzimy na wielki pasaż handlowy. W dużym sklepie z elektroniką jest chłodno. Można odpocząć, sprawdzamy pocztę, piszemy. Wybuch był parę metrów stąd 600 m nad ziemią. Za chwilę wracamy pod pomnik z żurawiem (symbolem długowieczności). Dziewczynka chora na białaczkę wierzyła, że jak zrobi 1 000 origamowych żurawi, to będzie żyła. Nie zdążyła. Teraz żurawie robią za nią inni i przynoszą tutaj. Jonasz, nie zachowując kanonów japońskiej sztuki składania papieru, wygniata z kawałka papieru swojego żurawia.

Papierowych ptaków gromadzi się tu tyle, że co jakiś czas są zbierane, mielone i z tej masy powstają notesy i inne gadżety. Dziś był dzień zbierania żurawi. Jonasz jest cały mokry od tachania wielkich worków z żurawimi. Panowie, z którymi Jachu pracował, pozwalają nam kilka żurawi zabrać. Przyjadą z nami do Polski.

Jonasz i Romek z podróży

Hiroszima, 20.09.2007

Pan, u którego mieliśmy mieszkać, przyjechał po nas na dworzec, zamachał ręką i zapakował nas do auta. Przez całą drogę się nie odezwał. Chyba się na nas obraził, pomyśleliśmy.

W domu „pod zieloną gwiazdą esperanto” – podobnie. Pokazał cały dom, pokój, gdzie będziemy spali. Gdy się rozgościliśmy, włączył telewizor, ustawił japońską kreskówkę na DVD i usiadł przed telewizorem na podłodze. – Tajmumaszyn – wyjaśnił tylko, gdy bohaterowie przenieśli się w czasy dinozaurów. Ożywił się, gdy zobaczył naszą Godzillę (prezent od jednego z Japończyków). Wziął ją, obejrzał i posadził koło siebie, by mogła razem z nami oglądać bajkę. Po bajce zaczął coś w kuchni pichcić. My szeptem między sobą zastanawiamy się, o co chodzi. Żona jego w pracy i Jonasz dochodzi do wniosku, że na pewno to ona tu rządzi. Podczas obiadu, zwracając się do Jonasza (bo jeśli już się odzywał, to do Jonasza) powiedział: – Majłajf przyjdzie za trzy godziny i z nami pogada. Wzruszające było to wyznanie człowieka mówiącego w ten sposób o swej żonie. Żona nie tylko była majłajf męża, ale też nauczycielką w szkole podstawowej. I zaproponowała Jonaszowi, żeby ją odwiedził. Zachęcam go do tego, bo mama stale pisze, że się denerwuje o jego szkołę. Ale Jonasz mówi, że do japońskiej szkoły też nie pójdzie i wszystko nadrobi po powrocie.

Rano Pan obudził nas, trzaskając garami, jakby wołał: – „Nie spać, zwiedzać, zdjęcia robić, pamiątki kupować”. I zaprosił nas na morniglancz. Dziwni ci Japończycy – na śniadania jadają lancze. Że im się nie znudzi, rano lancz, w południe lancz, a co wieczorem? Przy porannym lanczu Pan się rozgadał i przemawiał, używając słów japońskich, angielskich i esperanto. O dziwo, mimo że to nasz pierwszy kontakt z esperanto, coś dało się zrozumieć. Wiwat Zamenhof!

Napisał na kartce, jakim autobusem mamy wrócić i wywiózł nas do miasta. Jeszcze tylko przeliterował swoje nazwisko, oczywiście Jonaszowi, przeciągając długo „o”. „Oooo-siooo-ka”, powtórzył  kilkakrotnie. Na co Jonasz odpowiedział oczywiście do mnie: „W sumie miły ten Pan. Tylko chyba bardzo się wstydzi. Ale bardzo fajnie wymawia „o”. Za dwa dni powinniśmy być w Nagasaki. Jeszcze nigdy nie było nam tak żal opuszczać jakiś kraj.

Jooo-nasz i Rrooo-mek z podróży z misiami … Czas wracać. Mama śle listy poważne. Pokrzyżowały nam się plany. Chyba nic nie wyjdzie z drogi do Pakistanu przez Karakorum. Myślimy, jak szybciej się stąd wydostać. Lądem szybko nie da rady, bo załatwienie wizy do Rosji lub Iranu potrwa 10 dni. Przedostanie się w obszar tańszych biletów z Szanghaju zajmie nam około 12 dni. Chyba że coś się uda kupić w Szanghaju. Będziemy tam za około 4 dni (zależy kiedy złapiemy prom w Nagasaki). Parę osób deklarowało pomoc przy zakupie biletu, jeśli to aktualne, to potwierdźcie, jeśli nie, to spoko.

Jonasz i Romek

Tubylcy pięknie się wam kłaniają. Haj! PS Misie już się nie mogą doczekać, kiedy wysiądą na chińskiej ziemi.

Szanghaj, 27.09.2007

Z Hiroszimy udaliśmy się w stronę wyspy Kiusiu. Dostaliśmy się tam na piechotę, podziemnym tunelem. Potem, dzięki Babci Wandzie, świętowaliśmy Jonasza imieniny w japońskiej odmianie „restauracji innej niż wszystkie”. Menu się zgadzało, tylko do „mięciutkich, plastikowych” bułeczek dodany był chrzan wasabi. W Nagasaki okazało się, że promów do Chin od jakiegoś czasu nie ma. Więc dawaj z powrotem przez pół Japonii do Osaki, bo stamtąd 25 września odpływa prom, a następny jest za dwa tygodnie. Dojechaliśmy na pół godziny przed. Ale się okazało, że większość kasy mamy w euro, a tu nie ma gdzie wymienić. Obsługa była dość niemiła i dopiero negocjacje pewnej Japonki sprawiły, że sprzedali nam bilet. Jonasz płakał: – „Chcę do Mamy albo do Japonii”.
Statek płynął 2 dni, ja rozważałem, czy dobrze wydaliśmy ostatnie euro. Kapitan Chińczyk starał się być miły, cały czas nas obserwował, z uśmiechem zaglądał nam w chińską zupkę. A my również z uśmiechem odpowiadaliśmy mu, żeby zaglądał sobie gdzie indziej.

Potrzebujemy trochę aklimatyzacji, a tu nie ma czasu. Jeśli kiedyś będziecie chcieli odwiedzić Chiny i Japonię, to najpierw Chiny, potem Japonia. Śmieci i śmierdząca rzeka płynie między drapaczami chmur, podświetlona neonami i reklamami. Rzetelność i uprzejmość. W hostelu próbowaliśmy skorzystać tylko z jednego łóżka, Pani prawie nas wyrzuciła i nakrzyczała na nas, że mamy takie głupie pomysły. W kafejce poprzedni tekst pisaliśmy trzy godziny, próbowałem też odpisać na wasze listy, ale żaden się nie wysłał. Poszły za to wszystkie juany i jeszcze zabrakło. Udało nam się dzięki naszym rysunkom zapłacić za Internet i zjeść kolację.

Jonasz i Romek

Szanghaj, 30.09.2007

Będziemy świętować proklamowanie republiki. Od poniedziałku przez trzy dni oficjalnie, a nieoficjalnie przez tydzień (taki długi weekend). W ramach świętowania na ulice wylała się ludzka rzeka, jeszcze większa od codziennej, bo świąteczna. Władze były tak miłe, że zamknęły ruch uliczny, by można było się przechadzać z chorągiewkami w dłoni, kupować baloniki i inne świąteczne akcesoria, jeść szaszłyki. Armia narodowowyzwoleńcza w tych dniach czuje silną potrzebę prężenia się przed swym ludem, którego zbrojnym ramieniem jest. Pręży się więc przed wystawami, reklamami i neonami. Na Jachu świąteczne przygotowania zrobiły takie wrażenie, że sam dobrowolnie poddał się reedukacji i, zabrawszy napotkanemu śmieciarzowi szczotkę, zaczął zamiatać ulicę. Jonasz i Romek z podróży z misiami … Właśnie dostaliśmy list od Macieja, że pismo National Geographic Polska zainteresowane jest naszą wycieczką i za udostępnienie naszych zdjęć gotowe jest włączyć się w naszą drogę do domu. Jeśli nic się nie zmieni, to w czwartek w nocy lądujemy w Wiedniu lub Warszawie. Przestaliśmy biegać za biletami. I świętujemy! Na ulice wyległ chyba miliard Chińczyków i choćby każdy krzyknął choć jeden raz, i każdy zjadłby choć jeden raz i każdy rzucił choć jeden raz pod siebie śmiecia (i znów trochę pokrzyczał, zjadł, wyrzucił, pokrzyczał, zjadł, wyrzucił), to nie udźwigniesz, taki to ciężar.

Szanghaj, 4.10.2007

Dziękujemy wszystkim, którzy przyśpieszyli naszą podróż do domu. Jutro lecimy. Na lotnisko podobno jedzie się kolejką, która rozpędza się do 400 km/godz., czyli nie tak pomału. Potem polecimy samolotem, ale najpierw zapraszamy was na lot kapsułką. Jak pamiętacie, Jonasz miał prowadzić badania na temat występowania brzydkich wyrazów na japońskich ustach, ja natomiast sprawdzić miałem, czy przeciętny Romek zmieści się w kapsułce.

Wynik badań kapsułkowych przeszedł najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że w kapsułkę wchodzę z luzem. Z dużym luzem. Niemożliwe. To jakaś filozofia, że tak małe jest tak duże, że tak duże jest tak małe, że im więcej ciebie, tym mniej więcej... Udaliśmy się na kolację, podejrzewając, że dieta stosowana w ostatnich czasach może fałszować wyniki badań. O zgrozo, po kolacji też się zmieściłem. Kapsułka, zwana przez nas rakietą, okazała się bardzo komfortowa do lotów w oniryczny kosmos. Wyposażona w telewizor, lampkę nocną, półeczkę, okrycie i poduszeczkę. Jest jeden minus. Kapsułki nie są koedukacyjne.

Naukowcy Jonasz i Romek z podróży z misiami