Po nocy na tym pustkowiu zrozumieliśmy, że to nie piach czyni pustynię, lecz poczucie izolacji.

Żeby trafić na jedyną polską pustynię, musieliśmy trochę pokluczyć. Z gierkówki zjechać na Zawiercie, a potem bocznymi drogami ciąć na Olkusz. W Kluczach nic nie rzucało się w oczy poza niepozorną tabliczką mówiącą, że jesteśmy na miejscu. Pustynię Błędowską znałem wcześniej wyłącznie jako jednozdaniową ciekawostkę z podręcznika do geografii. Właściwie nie wiedziałem, czego się po niej spodziewać. Poważnie zrobiło się już na linii lasu. Drzewa znikły nagle, jakby ktoś zerwał utkaną z nich kurtynę. Dalej była już tylko pustynia. Słońce stało w najwyższym punkcie nieba, ale raz po raz przesłaniały je chmury.

Pierwsze kroki stawialiśmy nieśmiało. Tyle piasku widzi się w Polsce tylko na plaży. Ale tam on się zaraz kończy, ustępując wodzie. A tu pod linią horyzontu było jeszcze więcej piachu. Samochód zostawiliśmy w mieście, więc po paru kilometrach marszu asfaltem i leśnym duktem czuliśmy już każdy kilogram niesiony na plecach. Jeśli na pustynię wybierasz się bez dromadera, szybko zaczynasz rozumieć, że te cztery litry wody, które na dobę powinien wypić dorosły facet, to jednak bardzo dużo. Można by tu pewnie wpaść z półtoralitrówką pod pachą i trampkami na nogach. Rozejrzeć się, a potem wrócić do Klucz czy Olkusza. Ale jeśli to miała być poważna ekspedycja, to do kwestii zapasów trzeba było podejść serio. 

Fatamorgany

Pojechałem na Pustynię Błędowską, bo miałem dość siedzenia w domu, a na dłuższy wypad nie pozwalały dzieci. Chcieliśmy przejść ją ze wschodu na zachód i z powrotem, i jeszcze zanocować na samym jej środku. Chodziło o to, by iść przed siebie, ze wschodu na zachód, bo w tej osi pustynia jest po prostu najdłuższa. Zdjęcia satelitarne podpowiadały, że jej koniec jest gdzieś pod Błędowem.

Pustynia Błędowska nie jest pustynią w sensie klimatycznym i żadną miarą nie może być porównywana do choćby najskromniejszej z prawdziwych pustyń – wyczytałem wcześniej w opracowaniu przygotowanym przez geografów z Uniwersytetu Śląskiego. Przekonywali, że powstała w wyniku średniowiecznej katastrofy ekologicznej spowodowanej przez intensywne hutnictwo. Gdyby nie ona, wciąż rósłby tu las. Były też liczby: średnia roczna opadów na Pustyni Błędowskiej to ok. 700 mm, na Gobi – 107 mm, Saharze – 21 mm, Atakamie – 3 mm. Poprzedniego dnia podobno rzeczywiście padało, ale przez noc wszystko wsiąkło w ziemię. 

Zresztą świat nauki już dawno przestał zapuszczać się w miejsca takie jak to. Podejrzewałem, że nawet wybitny geograf Wacław Nałkowski, który jako pierwszy błędowskie piaski nazwał „polską Saharą”, zrobił to zza biurka w nieodległym Krakowie, bo tak właśnie pisał swoje książki. Tymczasem my, idąc coraz dalej na zachód, mieliśmy swoje równie mocne argumenty. Były nimi piasek uporczywie przesypujący się przez sandały i o wiele bardziej męczący brak jakiegokolwiek cienia. Na pofałdowanym terenie wszystko było jednakowe. 

Parę godzin jazdy samochodem od domu, w szaroburym uprzemysłowionym krajobrazie polskiego wyżu, znalazłem egzotykę, której wcześniej szukałem na innych kontynentach. Widziałem już w życiu kilka pustyń – w tym podstawowym aspekcie monotonii i izolacji Błędowska była taka jak one. I jeśli tak, to nie ma co spędzać wielu godzin w zamknięciu blaszanej puszki samolotu. Lepiej otworzyć się na to, co znajduje się na wyciągnięcie ręki.

Pierwsi podróżnicy byli piechurami – to bardzo szlachetna tradycja, pomyślałem, stawiając kolejne kroki. Plecaki ciążyły coraz bardziej, więc postanowiliśmy, że dalszego trawersu pustyni dokonamy na lekko. Wcześniej trzeba było jednak znaleźć jakieś miejsce na biwak. Weszliśmy w pole wydm tak wysokich, że spokojnie zasłaniały dorosłego człowieka. Przybyło też roślinności, żywych traw, jak i dawno uschniętych gałęzi. Kłody drewna nadawały się na ognisko, jednak coraz trudniej było o fragment płaskiego terenu, na którym można by założyć obozowisko. Wreszcie znaleźliśmy obwarowaną z czterech stron wzniesieniami piaszczystą polankę. W sam raz, by pozostać niewidocznymi. Zrzuciliśmy plecaki, a potem, żeby nie kusić losu, oznaczyliśmy ich pozycję na kieszonkowym GPS-ie. 

Do zachodu słońca było jeszcze kilka godzin – zamiast kontynuować wędrówkę, odbiliśmy więc na północ, na Chechło, w stronę zalesionej granicy piasku. Mało kto wie, że Błędowskie są tak naprawdę dwie. Dzieli je obrośnięta zielenią struga Białej Przemszy, o której miejscowi – najwyraźniej rozumiejący konwencję – mówią: oaza. Jeśli się przez nią przeprawić, wyjdzie się na część pustyni, którą zawiaduje wojsko. Ale nikt normalny na pustynię nie wyprawia się z maczetą, a drogę szybko przegrodził nam gąszcz leszczyny. Trzeba było skapitulować i wrócić do pierwotnego planu. 

Gdziekolwiek spojrzeć, walały się przewiane do suchości pniaki, gałęzie, konary. Były pozostałością jednego z tych innowacyjnych projektów zalesiania pustyni. Rozległe piaski od zawsze drażniły mieszkańców okolicznych miast i wsi, bo silniejszy wiatr rzucał drobinami nawet na parę kilometrów. Podobno już za Kazimierza Wielkiego sadzono tu wysokie trawy, którymi zwykle stabilizuje się nadmorskie wydmy. Ale na dobre zabrano się do Błędowskiej w PRL-u. Najpierw sadzono wierzbę, potem sosny, topole, buki. To znikanie pustyni można podejrzeć na archiwalnych zdjęciach lotniczych. Trwało aż do połowy lat 90. Dziś grube miliony idą na naprawienie tego błędu. Co roku karczuje się to, co próbuje tu wyrosnąć. Ślady eksperymentów nosi też sam piach. Jest szarawy, brudny, bo między ziarna kwarcu wmieszała się materia organiczna. 

W schowanej w plecaku książce miałem starą, jeszcze przedwojenną mapę. Piasku było na niej dużo więcej niż na tych dzisiejszych, a koniec pustyni znaczyło pasmo ciemnogranatowych plam, jakimi zwykle kreśli się jeziora. Im bardziej zbliżaliśmy się do Błędowa, tym większa była nasza ekscytacja, że wreszcie je zobaczymy. Jednak wdrapując się na każdą kolejną wydmę, coraz bardziej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że nic nie znajdziemy. Zamiast wody było tylko coraz więcej roślinności, a pustynia stawała się najpierw pełnokrwistym stepem, a potem gospodarczym sosnowym lasem. Doniesienia o mirażach są na pustyniach codziennością i Błędowska nie jest pod tym względem gorsza. W momencie, gdyśmy się znaleźli pośrodku wielkiej płaszczyzny piaszczystej, ukazała nam się w zachodniej stronie pustyni falująca lekko ciemnostalowa tafla jeziorna, w której przeglądały się wydmy i drzewa na nich rosnące, tak że złudzenie istnienia pobliskiego jeziora było zupełne – pisał w 1924 r. botanik Kazimierz Piech. Ale ten, kto naniósł wodę na naszą mapę, nie miał na myśli fatamorgany. Już w domu dowiedziałem się, że przed wojną mieszkańcy Błędowa chcieli na pustyni hodować ryby. Wykopali stawy i kanał od Białej Przemszy, ale porzucone szybko zniknęły pod piachem. 

Bez zastawy

Początkowo wracaliśmy na czuja, po własnych, nieźle widocznych śladach. Ale chyba po drodze je zgubiliśmy i minęliśmy plecaki, więc drogę do obozu musiała jednak wskazać technologia. Namiot rozbijaliśmy jeszcze przed zmrokiem. W sierpniu dni są wciąż długie, ale i tak trzeba było pilnować, żeby się nie zagapić. Do gotowania kolacji wzięliśmy się dopiero po wbiciu w piach ostatniego śledzia. W biografii Gertrudy Bell wyczytałem, że przez Półwysep Arabski podróżowała z obrusami, kryształową zastawą i srebrnymi sztućcami. Nam wystarczyć musiały plastikowe i jeszcze przybrudzona menażka, którą postawiliśmy na prymusie. Od piachu biło już chłodem, więc obok turystycznej kuchni rozpaliliśmy ognisko. Drewno było tak suche, że co rusz trzeba było wstawać od ognia i szukać kolejnych gałęzi i konarów. Dookoła mrok rozświetlały tylko wieże kościołów z okolicznych wsi i kominy dawnej huty Katowice.

Przez noc wszystko, co zostawiliśmy na zewnątrz namiotu, pokryła cienka warstwa ciemnego piasku. Mieliśmy go nie tylko pod nogami, ale też we włosach, na sztućcach i między zębami. Spojrzałem na wschód, w stronę Klucz. Zza lasu wtaczała się na pustynię pomarańczowa kula słońca. Telefon podpowiadał, że za parę godzin będzie nawet 30 st. C. Zaparzyliśmy ostatnią herbatę, zwinęliśmy namiot. To, co zostało po naszym biwaku, wrzuciliśmy do plastikowego worka. Wreszcie lżejsi o parę litrów wody uciekliśmy w stronę Klucz, w stronę jakiegoś cienia. 

Adam Robiński