Jadąc do Włoch, spełniłem swoje największe marzenie i udowodniłem sobie, że wciąż mogę wiele osiągnąć

Trasę mam dokładnie zaplanowaną: w pierwszym etapie przejechać północne Włochy od Triestu aż pod Mont Blanc, następnie dotrzeć do miejscowości Magreglio, zdążyć na 20 etap Giro d’Italia z metą na Passo dello Stelvio i pokonać przełęcz Passo dello Stelvio i Arlberg. Rower nowy, cztery sakwy spakowane, namiot odnowiony. Jestem gotowy do wyprawy, która ma być rehabilitacją po wypadku rowerowym dla mojej złamanej nogi, ale też dla głowy. Podróż rozpoczynam na dworcu kolejowym w Lublinie, na który odprowadza mnie moja „lepsza połowa”. Dojeżdżam do Katowic i dalej do Pszczyny. Przesiadam się na rower. Pierwszy nocleg mam w Cieszynie – biwakuję na dziko. Czechy i Słowację mijam szybko. W Bratysławie wjeżdżam na szlak rowerowy, którym w jeden dzień przejeżdżam przez Austrię aż do Fertőd na Węgrzech. Dalej jadę do miejscowości Tömörd i tak docieram do Triestu. Zaliczam tylko jedną awarię roweru. Madonna od rowerzystów W Trieście wita mnie ulewa. I tak jadę przez cały dzień aż do Marina Julia, gdzie zatrzymuję się na kempingu. Niestety jest zimno, więc nici z kąpania się w Adriatyku. Muszę zdążyć na 20 etap Giro d’Italia, więc omijam Wenecję. Zresztą po drodze i tak mam dużo pięknych miast. Najpierw Padwa, następnie Teolo, Montagnana, Mantova, Cremona, Pawia, Vercelli i wiele innych. Nad jezioro Viverone też docieram w strugach deszczu. Na kempingu La Rocca jestem uziemiony przez dwa dni. Po przerwie w podróży doliną Aosta ruszam pod Mont Blanc. Wieczorem jestem już w Entrves (około 1300 m n.p.m.). Rozbijam namiot i mam widok na najwyższy szczyt Europy. Wracając, zatrzymuję się na kempingu Plein Soleil nad jeziorem Viverone. Następnie przez Vercelli ruszam do Novary, Galliate, Gallarate. Na przedmieściach Erby w Corogna zatrzymuję się na dziko z namiotem. Z Erby zaczyna się „wspinaczka” aż do Magreglio – miasteczka w Lombardii. To właśnie tu znajduje się kościółek z Madonną del Ghisallo – patronką kolarzy. Historia tego miejsca jest niezwykła i sięga średniowiecza, kiedy to włoskiego hrabię Ghisallo zaatakowali zbójnicy. W lokalnej kapliczce ukazać mu się miała Dziewica Maryja – dzięki jej wstawiennictwu został uratowany. Miejsce stało się punktem na mapie pielgrzymów. Dzięki staraniom lokalnego proboszcza i włoskich kolarzy Madonna del Ghisallo uznawana była za postać ważną także dla rowerzystów. W 1948 r. 31 uczestników Giro d’Italia wysłało do papieża list, w którym prosili o uznanie jej ich patronką. Pius XII udzielił swego błogosławieństwa. Obok kościółka stoi rzeźba kolarza z ręką podniesioną w geście zwycięstwa i kolarza upadającego. Ze skweru, na którym wznosi się pomnik, rozpościera się piękny widok na Alpy, obok jest również muzeum kolarstwa.


Po chwili odpoczynku ruszam dalej. Najpierw ostrymi serpentynami do Bellagio i dalej promem do Varenny. Udaje mi się zdążyć na 20 etap Giro d’Italia z metą na Passo dello Stelvio. Docieram do „morderczego” podjazdu 4 km przed Tola. Wtedy zrywam łańcuch. Czekam więc w tym miejscu na kolarzy, naprawiam usterkę i odpoczywam w gronie kibiców. Pojawia się pierwszy kolarz Oliver Zaugg z grupy RadioShack-Nissan. Za nim, w grupkach, następni. Jedzie Sylwester Szmyd! Po 20 minutach przejeżdżają ostatni kolarze, ruszam więc i ja. Włoski policjant idzie mi na rękę i puszcza mnie trasą tylko dla kolarzy. Docieram do Teolo, gdzie zatrzymuję się na kempingu. Mam jeszcze siłę, by wyskoczyć na zakupy do pobliskiego miasteczka Cepina. Trzy przełęcze w dwa dni Jest już 27 maja – dzień, w którym spełnię swoje marzenie. Przygotowywałem się do niego psychicznie i fizycznie przez trzy lata. Jestem gotowy do pokonania Stelvio – najwyższej przejezdnej przełęczy we włoskich Alpach Wschodnich. Dzień wcześniej otrzymuję wiadomość, że przez opady śniegu trasa może być zamknięta. Ale skoro pozwolono na przejazd kolarzy, to może i mnie się uda? Zaraz za Bormio jest pierwsza tablica informująca, ile jeszcze serpentyn zostało do przełęczy. Jest ich 40. Pomimo sporego obciążenia roweru (cztery pełne sakwy) jedzie mi się bardzo dobrze. Sam podjazd nie jest trudny. Widoki tak piękne, że zapomina się o tym, że do końca drogi jeszcze daleko. Podjazd na Stelvio jest dla mnie najdłuższym – 21,5 km, ale i najwspanialszym spełnionym marzeniem. Późniejszy zjazd do miejscowości Prato Allo Stelvio zajmuje mi niecałą godzinę. Z „rozpędu” ruszam na przełęcz Reschenpass znaną sobie ścieżką rowerową (jechałem tędy w ubiegłym roku). Tym razem zatrzymuję się na nocleg w okolicy Burgusio, gdzie rozbijam namiot na parkingu dla rowerzystów. Następnego dnia z austriackiego Landecku skręcam na przełęcz Arlberg. Gdy dojeżdżam do celu (1793 m n.p.m.), załamuje się pogoda. Zjeżdżam więc na biwak w lesie w okolice miejscowości Braz. Jestem zadowolony. W dwa dni zaliczyłem trzy przełęcze: Passo dello Stelvio, Reschenpass i Arlberg, licząc w pionie 6006 m. Następnego dnia wyjeżdżam z Alp doliną Walgau. Nad Jezioro Bodeńskie docieram koło południa. Ścieżkami rowerowymi mijam urokliwe niemieckie miasteczka: Lindau (Bodensee), Friedrichshafen, Meersburg. Zatrzymuję się na kempingu Birnau-Maurach koło miejscowości Uhldingen-Mühlhofen. Obieram kurs na Ulm nad Dunajem. Dalej przez Donauwörth, Ingolstadt ponownie do Regensburga. Tu żegnam się z Dunajem i ruszam w kierunku Czech. Z Pragi jadę do miasteczka Rumcajsa – Jiczyna – i potem do skalnego Czeskiego Raju. Dalej kieruję się na Železný Brod i wjeżdżam na przełęcz Szklarską (886 m n.p.m.). Po minięciu Szklarskiej Poręby zatrzymuję się na odpoczynek pod Piechowicami. Stąd mam tylko około 20 km do Jeleniej Góry, z której wracam do Lublina. Chociaż wciąż nie mogę w to uwierzyć, moja wyprawa udała się i to pomimo kilkumiesięcznej przerwy w rowerowej jeździe po wypadku. Przejechałem 3280 km przez 9 państw: Polskę, Czechy, Słowację, Węgry, Austrię, Słowenię, Włochy, Liechtenstein i Niemcy. Plany na kolejną wyprawę? Ponownie południowe Włochy, ale tym razem zwiedzenie muzeum Lamborghini i Ferrari, na pewno Florencja i poważniejsza jazda w Alpach. Chciałbym przejechać przez większość przełęczy powyżej 2000 m n.p.m., zaczynając od Colle della Lombarda w Alpach Zachodnich, a kończąc pokonaniem trasy wysokogórskiej Grossglockner Hochalpenstrasse. Przez Europę rowerem: Rower to życie. (Fot. Marco Toniolo/Corbis)
Warto wiedzieć: Krzysztof Chmiel - modelarz z Lublina Krzysztof Chmiel (Fot. Archiwum prywatne) Wybrałem to miejsce, bo: Rok wcześniej przejechałem z Polski do Włoch i z powrotem przez Alpy. Pojechałem historycznym rzymskim  szlakiem cesarskim Via Claudia Augusta z Ostygli do Donauwörth nad Dunajem. Teraz chciałem zobaczyć etap Giro d’Italia Moja podróż jest wyjątkowa, bo: Udało mi się zrealizować wszystko, co zaplanowałem. 28 dni spędziłem na rowerze, pokonując 3280 km Mój patent: Umiem nieźle gotować. Zawsze sam przygotowuję posiłki i dzięki temu stosunkowo mało pieniędzy wydaję na jedzenie. Bary i restauracje nie są konieczne na mojej trasie. Zakupy robię w supermarketach, w których jest znacznie taniej niż w małych sklepach. DOJAZD 170 zł

---------------------------------------------------
nocleg 350 zł
Podczas swojego wyjazdu spałem łącznie na siedmiu kempingach.
---------------------------------------------------
transport 19 zł
Z lokalnego transportu korzystałem raz. Pieniądze te wydałem na podróż promem we Włoszech.
---------------------------------------------------
jedzenie 820 zł

Rachunek - koszt na osobę 28 dni
co kwota opis
dojazd 170 zł Tyle wydałem na podróż pociągami. Pozostałą część wyprawy pokonałem na rowerze.
nocleg 350 zł Podczas swojego wyjazdu spałem łącznie na siedmiu kempingach.
transport 19 zł Z lokalnego transportu korzystałem raz. Pieniądze te wydałem na podróż promem we Włoszech.
jedzenie 820 zł Zakupy robiłem głównie w marketach. Większość posiłków przygotowałem sam. Tylko raz „zaszalałem” w Glorenzie, wydając 3,5 euro na hamburgera. Byłem akurat po przejechaniu przełęczy.
Razem 1359 zł