Tu nie ma półśrodków, stanów pośrednich, subtelności. Wszystko jest przesadzone, wyolbrzymione, ekstremalne. Pogoda, powierzchnia, trzęsienia ziemi. Życie i śmierć.

„Cóż to za bomba uderzyła w USA? Oho, Hiszpania nażarła się sterydów i czknęła. Palma na palmie palmą pogania, obok się stroszy agawa, a tutaj złuszczone wesołe miasteczko, bałagan, zamęt, wolność...” – tak mój skołowany umysł próbował poradzić sobie z falującą wokół, natartą żarem przestrzenią, gdy dotarłam do Guadalajary, drugiego co do wielkości miasta w Meksyku.
 

– Bardzo dobrze trafiłaś – oznajmił José Rodriguez, przez najbliższe dni mój przewodnik. – Tu narodziła się tequila, orkiestry mariachi i najpiękniejszy folklor. Jalisco to najważniejszy stan Meksyku, a Guadalajara to nieformalna stolica kraju.
 

Wypowiedź tyleż efektowna, co luźno nawiązująca do prawdy; w każdym regionie wszyscy będą cię zapewniać, że prawdziwy Meksyk jest właśnie tu, a nie w miejscu, gdzie byłeś onegdaj. „Meksyk to Oaxaca”. „Meksyk? Oczywiście Puebla!”. „Nic nie wiesz o Meksyku, jeśli nie byłaś w Chiapas”. „Tylko Jukatan”. „Stolica jest kluczem do zrozumienia kraju”. „Stolica nic ci o kraju nie powie, Meksyk jest gdzie indziej!”.
 

Meksyk to jakby ktoś walnął cię obuchem, przyłożył pięścią i pogłaskał. Gdy w centrum stolicy samochody na chwilę przystaną na światłach, między maskami wirują w powietrzu akrobaci, chłopcy o kulach, każdy bez ręki i nogi, grają w piłkę i podrywają przechodzące dziewczyny, a w co bardziej szemranych dzielnicach dzieciaki z krawężnika niemal wciskają ci w rękę hasz. Obok katedry kupisz fioletową perukę z naturalnych włosów, tipsy z ptaszkiem Tweety, nieudolnie wypchane zwierzęta o głupawym spojrzeniu, ludowe różańce z kolorowych słomek, suszone insekty do chrupania, poręczne laleczki do życzliwych modlitw albo do rzucania uroków. Na straganach stoją obok siebie zezowaci święci w miłym towarzystwie kościotrupów, superbohaterów i zawodników lucha libre, tutejszej wolnej amerykanki. Cały Meksyk rozścieła się na straganach. Życie i śmierć, przemoc i witalność.
 

– Tu nie ma półśrodków, stanów pośrednich, subtelności. Wszystko jest przesadzone i ekstremalne – opowiadał mi Ricardo Gallardo z zespołu Tambuco.
 

– To prawda – przyznałam. – To pierwszy kraj, w którym żałuję, że nie poruszam się czołgiem.
 

Ricardo się zaśmiał.
 

– Meksyk to popis żywiołu życia i żywiołu śmierci: czujesz, że żyjesz, czujesz, że twoje zmysły są w stanie największego poruszenia, a jednocześnie śmierć jest na wyciągnięcie ręki. Wszystko jest ekstremalne: pogoda, powierzchnia, trzęsienia ziemi. Albo to kochasz, albo nienawidzisz, albo się na to godzisz, albo zrobisz wszystko, żeby stąd uciec.
 

Przyjaciele śmierci
 

Przez kraj snuje się opowieść o różnych światach, kulturach, językach i porządkach: prekolumbijskim, hiszpańskim, amerykańskim. Dopiero z pomieszania tych wszystkich elementów wyłania się Meksyk. Centra miast? Hiszpański kolonializm. Przedmieścia: typowe rozlazłe Stany Zjednoczone, niekończące się autostrady, wyblakłe reklamy, płożące się supermarkety. Poza miastami przycupnięte domki, powiewające proporczyki, ozdobność, chaos i kolor. Surrealizm wciska się w kadr, wykrzywia rzeczywistość. W dzielnicy Coyo-acán wkurzony chłopak z hienowatym psem na smyczy przechadza się wokół gigantycznych figur plastikowych niedźwiedzi. Przebrany za kurczaka facet spieszy się dokądś, gdacząc pod nosem. Indianka pod stacją metra sprzedaje z kapelusza żelki na wagę.
 

Już po pierwszych dniach jestem wyczerpana tym krajem i czuję, że mogłabym tu żyć latami. Wszyscy dookoła chcą ze mną rozmawiać. Nie wierzą, że nie znam hiszpańskiego. Mówią do mnie tak długo, aż zaczynam rozumieć. Z zakamarków pamięci wygrzebuję pojedyncze hiszpańskie słowa, rozmawiamy o wszystkim.
 

Poranki w stolicy są pełne sadystycznych przyjemności: spacery po wąskich enklawach zieleni kończą się niespodziewanie wielopasmówkami, które zamieniają dzielnice w labirynty, a ulice w ślepe uliczki. Po drodze kupuję w budce sok ze świeżo wyciśniętych mandarynek, smak niefrasobliwości, i mijam ten sam kiosk z okładkami tabloidów prezentującymi kolejne zmasakrowane twarze ofiar wojny gangów. Codziennie nowy, skąpany w krwi trup, codziennie prosty komunikat jak z tablicy ogłoszeń: ten pan już z nami nie współpracuje, ale uważaj, bo możesz być następny. Meksykanie są przyzwyczajeni do widoku krwi, śmierć stała się oswojona, bliska, swojska, nawet czuła.
 

Na każdym kroku widzę żarłoczne, mocne kolory, meksykański triumf życia, i powtarzające się znaki śmierci. Spękane mury pokryte są graffiti ze Świętą Śmiercią, raz kościstą i groźną, raz drapieżnie seksualną, z krwistymi ustami i czarną pustką oczodołów. Nawet na drzewach w Tlaquepaque, dzielnicy Guadalajary, czyjaś niewprawna ręka wymalowała uproszczoną czaszkę na tle plam fioletu i czerwieni. Śmierć jest towarzyszką życia Meksykanów; już w czasach prekolumbijskich wierzono, że zmarli przebywają w równoległym świecie i raz do roku wracają, by spotkać się z żywymi. Stąd też frenetyczne, szaleńcze w swojej intensywności trzydniowe obchody Święta Zmarłych, gdy dla duchów przygotowuje się kwiaty, wymyślne potrawy, tequilę i wodę, a żywi, w otoczeniu barwnych kukieł i figur śmierci, oddają się jedzeniu słodkiego chleba i chrupiących w zębach cukrowych kości. Nasze ludowe wytwory zawsze są kpiną z życia, afirmacją błahości i nieważności ludzkiego istnienia – notował Octavio Paz w Labiryncie samotności, najsłynniejszym traktacie o meksykańskiej duszy. Meksykanin spotyka się ze śmiercią, wyśmiewa się z niej, pieści ją, śpi z nią i czci, jest ona jedną z jego ulubionych zabawek i jego najtrwalszą miłością. A przywódca ruchu zapatystów, podkomendant Marcos, dodawał: Śmierć siedzi z nami codziennie przy jednym stole i jest tak bardzo nasza, że nikomu nie przyjdzie do głowy, by się jej bać.
 

Skoro koścista dama jest od stuleci dobrą znajomą Meksykanów, a w ostatnich latach ma pełne ręce roboty, zbierając śmiertelne żniwa w kraju, choćby podczas wojen gangów, trudno się dziwić, że czasy współczesne przyniosły renesans dawnego kultu. Z potrzeby serca ludzie powołali do życia nową świętą, wyspecjalizowaną w działaniach po ciemnej stronie mocy, odpowiedzialną za rzeczy, o które do Świętej Panienki z Guadelupe modlić się nie wypada. Wraz z upływem czasu Święta Śmierć stała się nie tylko patronką kryminalistów i prostytutek, ale także wyklętych, wegetujących na marginesie, których w rozwarstwionym ekonomicznie Meksyku nie brakuje.
 

Choć Kościół katolicki zdecydowanie potępia kult mrocznej świętej, jej ołtarze można dziś zobaczyć nawet w samym centrum stolicy. Nieopodal stołecznej katedry, zwanej sercem Meksyku, szczerzy się do przechodniów kościotrup w bladożółtych szatach, mając za towarzysza świętego Tadeusza o dobrotliwym uśmiechu. To spotkanie dwójki świętych jest wspaniałym symbolem meksykańskiego synkretyzmu religijnego: Święta Śmierć, choć czczona przez katolików, odwołuje się do wierzeń prekolumbijskich i reprezentuje aktywność i mrok; święty Tadeusz jest synonimem Kościoła katolickiego, biernego, ale dobrotliwego i wybaczającego.
 

Kraj wszystkich świętych
 

Z jednej strony w Meksyku króluje Matka Boska z Guadelupe, z drugiej Santa Muerte (Święta Śmierć), a z trzeciej Angelitos, aniołki, dusze dzieci, które zmarły zaraz po chrzcie, pozostając czyste – bez żadnych przystanków idą do nieba, nie ciąży na nich ani gram grzechu. W centrum stolicy trafiłam przypadkowo do sklepiku z ubrankami dla martwych aniołków: na półkach lśniła różowa satyna, fioletowy jedwab, błękit i złoto, a wszystko udrapowane, w batystowych koronkach, prezentowane na setkach lalek zastygłych w przeróżnych pozach, z rączkami wyciągniętymi w kierunku śmierci.
 

Meksykanie wierzą w świętych bardziej niż w Boga – pisał Carrière, a w obecność opiekuńczych duchów wierzą bardziej niż w świętych. Kasia, Polka mieszkająca w Meksyku, opowiadała mi: – Niedawno przez całą noc nie mogłam spać, bo w kuchni ciągle coś chrobotało, poruszało się, stukało. Powiedziałam o tym pani, która sprząta, a ona tylko machnęła ręką: „Nie ma się co dziwić, to duszyczki zmarłych dzieci szabrują po nocach! Proszę poczekać, poszabrują i się uspokoją!”. Dopiero ślady szczurzych odchodów wyjaśniły tajemnicę.
 

W Meksyku ciągle jeszcze mieszkają bogowie i duchy, a śmierć bez trudu wygrywa z życiem. Choć na co dzień tego nie czuć, statystyki morderstw są jednymi z najwyższych na świecie. Meksykanie sypią opowieściami: ten zginął, bo spojrzał się krzywo, tamten, bo źle wskazał drogę, a jeszcze inny po prostu wyszedł z domu i zniknął. Życzliwość Meksykanów może usypiać czujność, najlepszy przyjaciel w jednej chwili staje się śmiertelnym wrogiem. Ludzie są więc zachłanni na życie, impulsywni, żywiołowi. Dostałeś pensję? Wydaj ją od razu, kto wie, czy doczekasz następnej! Mają cię zabić jutro? A na co czekać? Strzelajcie teraz!
 

O tej obojętności Meksykanina wobec śmierci i życia pisał Octavio Paz: Nasze piosenki, przysłowia, uroczystości i refleksje ludowe wyrażają w sposób niedwuznaczny, że śmierć nas nie przeraża, bo życie nas wyleczyło ze strachu. Umrzeć jest rzeczą naturalną i nawet pożądaną; im wcześniej, tym lepiej.
 

Ricardo Gallardo miał rację: tutaj czujesz, że żyjesz. Przemijanie nigdzie nie smakuje tak jak w Meksyku, gorącym kraju w chłodnym cieniu śmierci.
 

Tekst: Małgorzata Rejmer