Pociąg z Aten w ślimaczym tempie pokonuje kilometry. Tu-tu, tu-tu... Tu-tu, tu-tu... Z każdą chwilą przybliżamy się do strzelistych skał Meteorów.

Trikala, stolica Tesalii, gości nas przez kilka godzin, ale wcale nie śmie zatrzymywać. To nie miasteczko, jego ulice i kafejki są główną atrakcją tego regionu, lecz zawieszone na skałach klasztory. Kłaniamy się jednak nisko, dziękujemy za kawę i wyruszamy dalej autobusem, jeszcze jakieś 20 km na zachód. Przez Nizinę Tesalską tniemy drogą płaską niczym stół i prostą jak strzelił. Na horyzoncie widać masyw górski ze śnieżnymi czapami na szczytach. Przed nami powoli wyłaniają się Meteory. Majestatyczne skały wyrastają na rozległej równinie jak grzyby po deszczu. Dzieje  się  to  na  moich oczach. Najpierw majaczą w wiosennym, leniwym słońcu. Pustynna fatamorgana! Jednak z każdą sekundą nabierają kształtów i masy. Wstrzymuję na chwilę oddech. Nawet na tle gór wyglądają potężnie.

Wysiadamy w Kalambace, tuż u podnóża Meteorów. W przededniu święta narodowego (25 marca) miasto jest bardzo senne. Życie toczy się w ślamazarnym tempie greckiej sjesty. Ludzie piją kawę, grają w tavli i dyskutują o polityce albo piłce nożnej. Nie słychać rozmów w obcych językach. Ale czemu się dziwić – jest dopiero początek wiosny. Do sezonu jeszcze daleko. To fantastyczny moment  na  podróżowanie  po  Helladzie. Słoneczko  przygrzewa,  na  szlakach niewielu turystów, ceny też niższe, bo kwatery rzadko są obłożone, a właściciele skłonni do ustępstw. Same pozytywy.

PALUSZEK ŚW. JANA

Po grecku Metéora znaczy „zawieszony w powietrzu” albo „na górze, w niebiosach”. Poetycko, ale bardzo trafnie. Te imponujące piaskowcowe olbrzymy sięgają 550 m n.p.m. Sam twór geologiczny robi wielkie wrażenie, a jeśli jeszcze do tego obrazka dodać zwisające ze szczytów i urwisk skalnych klasztory? Tam właśnie prawosławni mnisi i mniszki usadowili swoje domy i miejsca kultu, zaklinając jednocześnie prawa przyrody, fizyki i zdrowego rozsądku. Sam pomysł, żeby się na skały wspiąć, zdobyć i tym samym poskromić, wydaje się absolutnie szalony. Nawet w dzisiejszych czasach. Ale żeby cokolwiek tam zacząć budować!?

Pierwszego wieczora w Kalambace Jannis, właściciel pensjonatu, opowiedział nam legendę o tym, jak św. Atanazy, założyciel pierwszego monasteru, został przywleczony na szczyt skały przez orła. Pod fundamenty klasztorów wkładano relikwie świętych (pod klasztorem Warłama, na przykład, mamy paluszek św. Jana i obojczyk św. Andrzeja!). W sumie wzniesiono 24 monastery. Aż sześć funkcjonuje do dzisiaj – cztery męskie (klasztor Warłama, Wielki Meteor, Świętej Trójcy, Św. Mikołaja Odpoczywającego) i dwa żeńskie (Jera Moni Rusanu i  Świętego  Stefana).  Każdy  z  nich  zamieszkuje  nie  więcej  niż  10  mnichów lub  mniszek.  Niedawno,  bo  w  1988  r., Meteory znalazły się na liście UNESCO.

WINDĄ DO NIEBA

Niemal do samych wrót monasterów prowadzą już wyasfaltowane drogi, którymi wożą się turyści w klimatyzowanych autobusach, taksówkach, samochodach. Żeby jednak nabrać respektu do tego miejsca, z Kalampaki najlepiej wybrać się na nogach. My oczywiście tak właśnie robimy. Stok jest stromy, ścieżka kręta, ale w miarę przetarta i nieźle jak na Grecję oznakowana. Rankiem na szlaku – pustki. Spotykamy jedynie hordę ujadających dzikich psów. Nagle wybiegają z krzaków i zbiegają jak szalone tuż obok nas, czyniąc straszny harmider i napędzając nam niezłego stracha.

Po trzech kwadransach wspinaczki docieramy do asfaltowej drogi. Stąd przechodzimy  brukowanym  chodnikiem i przeciskamy się do wykutej w skale klatki schodowej. Nierówne stopnie prowadzą do samych wrót klasztor Św. Trójcy (Agías Triádos). To jednak droga dla zwykłych śmiertelników, takich jak ja i ty. Mnisi jeżdżą tam windą, która przypomina trochę gondolę jakiejś ekstremalnej kolejki linowej. Zawieszona nad przepaścią między asfaltem a monasterem kursuje tam i z powrotem, wożąc mnichów, zapasy wody, żywności itd.

Do monasterów wchodziło się kiedyś po długich drabinach, a improwizowane żurawie wciągały w koszach wszystko, co trzeba było wciągnąć – materiały, żywność, ludzi. Było to szalenie niebezpieczne, gdyż liny wymieniano dopiero wtedy, kiedy Bóg pozwolił im się zerwać. W latach 20. poprzedniego stulecia wykuto w skale schody i od tamtego czasu dużo łatwiej dostać się do monasterów.

Do klasztoru Św. Trójcy docieramy jednak  pół  godziny  za  wcześnie.  Prawosławni mnisi okazują się wyjątkowo punktualni, jeśli chodzi o udostępnianie klasztorów. Jeśli przybędzie się poza wyznaczonym czasem, można co najwyżej pocałować wrota w... kłódkę. Czekamy jednak  cierpliwie,  a  ta  cnota  zawsze przynosi  wynagrodzenie.  Szczególnie w miejscu takim jak Metéora.

KLASZTOR ŚWIĘTEJ TRÓJCY

 

O 9.30, niczym w szwajcarskim zegarku, jeden z mnichów otwiera wrota. Ma długą brodę, włosy spięte w kucyk i poważne, skupione oblicze. Drugi mnich – tłuściutki cherubinek – uśmiecha się życzliwie. Ten pobiera opłaty: dwa euro od osoby za wejście. Tak jest w każdym z monasterów. No co? Mnich też biznes potrafi  rozkręcić!  A  tak  na  poważnie – opłaty wstępu do klasztorów stanowią teraz najważniejsze źródło utrzymania dla zakonników. Mnich cherubin częstuje nas też loukoumi – grecką słodkością nad słodkości.

Do monasterów w Meteorach mnisi wpuszczają wszystkich,  bez względu na płeć, wiek czy przekonania religijne. Proszą jednak o odpowiedni ubiór. Mężczyźni muszą mieć długie spodnie, a kobiety przy wejściu dostają długie spódnice i szale, którymi mogą osłonić ramiona. Nie  wszystkim  to  się  podoba.  Dziewczyny kręcą nosami, boczą się na gust mnichów. Spódnice są wytarte, uszyte z  niemodnych  materiałów  i  ściągnięte  sparciałą  gumką.  Sprawiają  przede wszystkim wrażenie rzadko pranych... Ale to już urok takich właśnie miejsc.

W środku klasztoru czas jakby się zatrzymał na etapie późnego średniowiecza, czyli mniej więcej wtedy, kiedy go wzniesiono. To widać, słychać i czuć... Po przejściu głównego budynku wychodzi się na „taras widokowy”, czyli szczyt jednej ze skał. Kalambakę i Nizinę Tesalską mamy jak na dłoni. Ależ krajobrazy!  W oddali masywne góry Epiru z czapami śniegu. Pomiędzy nimi a miasteczkiem wiosenna zieloność pastwisk i łąk. Dawno się tyle nie nawzdychałem. Ocham  i acham bez końca.  

Z Meteoru na Meteor

Asfaltowa droga łącząca klasztory, miasteczko Kalambaka i wioskę  Kastraki nie jest przystosowana dla piechurów. Pobocze nikłe, a wąską ulicą jeżdżą obładowane turystami autobusy. Idziemy zatem po murku, balansując nad przepaścią i rozkoszując się panoramą skalnych maczug. Monastery wydają się być przytwierdzone jakimś mocnym klejem do piaskowca. W pełnym słońcu czerwienią się dachówki. Witraże i okna mienią się kolorowo. Rażą w oczy. Wygląda to cudownie. Jak z bajki.

Kierowcy autobusów i samochodów mrugają na nas światłami, czasem trąbią, pukają się w czoło albo uśmiechają – czasem życzliwie, czasem pobłażliwie. Że jak to!? Niezmotoryzowani? A właśnie że tak! Na piechotę czuje się klimat Meteorów lepiej. Pełniej.

Mijamy klasztor Warłama, potem Jera Moni Rusanu. Na deser wchodzimy do Wielkiego Meteoru. Największego i najbardziej reprezentatywnego ze wszystkich. Dziś pełni funkcję centralnego muzeum Meteorów. Przed klasztorem parking i kramy z pamiątkami. Na szczycie powiewają dwie flagi – grecka  i sakralna, greckiego kościoła prawosławnego – dwugłowy orzeł na żółtym tle. W środku atmosfera zadumy. Oaza spokoju. Nawet krzykliwi turyści (a tacy o tej porze już się zdarzają) nie przeszkadzają. Na zakończenie wizyty wrzucam jeszcze mnichom pieniążek i zapalam świeczkę z wosku pszczelego niedaleko klasztornego ołtarza. Niech sobie płonie w samych dobrych intencjach.

Z chmur na ziemię

Schodzimy trochę na przełaj, trochę jakimś  zarośniętym  szlakiem  od  strony Wielkiego Meteoru, oglądając pozostałe  zawieszone  w  powietrzu  klasztory. Docieramy do drugiej wioski położonej u stóp Meteorów – Kastraki. Nie wiem, czy nazwa miejscowości ma cokolwiek wspólnego z tym, co kiedyś robiono tam mnichom.  Brr...!  Wcale  nie  chcę  wiedzieć. Z Kastraki trafiamy już jakoś do Kalambaki, tym samym zataczając wielką pętlę dookoła  Meteorów. Stamtąd, posiliwszy się wcześniej pysznymi kanapkami, wybywamy w kierunku Epiru. Chociaż do teraz wydaje mi się, że ja tam gdzieś zostałem. Zawieszony. Na skale. Na górze, w niebiosach.

 

INFO:

 

Dojazd: liniami easyJet z Berlina do Aten doleci się nawet za 29 euro (w jedną stronę). Z Polski można dojechać np. autobusem (ok. 700 zł w obie strony).

Noclegi: najlepiej w pensjonatach i hotelikach (np. Alsos House w Kalambace). W sezonie tańszą opcją są bungalowy (od 10 euro/os.) i pola namiotowe.

Jedzenie: w ciągu dnia można żywić się pitą, gyrosem i souvlakami (szaszłyki), na kolację warto pójść do tawerny.

Warto wiedzieć: nikomu nie należy pokazywać otwartej dłoni. W Grecji jest to gest obraźliwy.

Waluta: euro; 1 euro = ok. 4 zł